Page:Radosne i smutne.djvu/131

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 127 —

powieści polskich (razem z mojemi) warte są torby sieczki. Zdaje się, że już śmierci znudziło się uganianie się za tymi ludźmi. Już ich miała w szponach, już ich otoczyła tak, że im brakło tchu, a przecież tchem ostatnim dobyli się z piekła i teraz idą regulować rachunki. O, niech Was, Bóg ochrania, najdrożsi.

Ruszyli z przeciągłem wołaniem rozkazu i poszli szlakiem zwycięstwa, a miłość narodu za nimi. Tą miłością stali się tacy silni i tacy dumni. Czują ją, wiedzą o niej radują się nią, jak dzieci. Przy każdej sposobności wspominają o niej z radością, że się tam poza nimi naród skupił, że się sprzągł, a oni z wielkiego serca narodu czerpią krew, gdy im ich własnej zabraknie, kiedy wyciekła przez sito świętych ich ran. Toteż niemal dziecinna radość ich ogarnia na widok każdej oznaki tego sprzężenia się i pamięci o nich. Związał się naród sercem z swojem wojskiem, — o, niechże jeszcze silniej się zwiąże, niech całą miłość swoją tym dzieciom odda najdroższym.

Bo to dzieci! Siedzi sobie pan major Sierant z porucznikiem i je „obiad“ przed wyjściem na pozycję. Obiad składa się z mizernych klusek, przypominających dość żywo glisty. Pan major, jako starszy, je te kluski łyżeczką. Pan po-