Page:Radosne i smutne.djvu/128

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 124 —

wickiej w kierunku obejścia lewego skrzydła frontu polskiego.

Z płonącemi oczyma śledzę w myśli tę drogę nadludzkich trudów. Ten zaś człowiek, na oko nikły, suchawy, a jakiś orli i żelazny, mówi najspokojniej:

— Tu było strasznie ciężko. Nad rzeką Wkrą. Dywizja nasza szła przez ogień i krew. Chłopcy nasi bili się jak lwy z jakąś wściekłą pogardą śmierci...

— Ochotnicy?

— Tak, oni. Wrąbali się w bolszewików, rwąc ich jak można. Ale ciężko... wielkie straty...

Głos zelżał dowódcy, przez duszę musiał mu przebiec cień serdecznego smutku.

— ...dziesięciu oficerów padło jednego dnia.

Dziesięciu nieśmiertelnych przybyło dnia tego Ojczyźnie, zaś z opowiadań szczerych i entuzjastycznych wiem o roli oficerów, zachowujących się świetnie, najświetniej zaś w pułkach ochotniczych, gdzie oficer jest doprawdy, że piastunem, że jest niemal matką tych orlich dzieci, bijących się jak napoleońska gwardja. Stosunek do wojska więcej, niż serdeczny, bo braterski. A to Ochotnicze wojsko nietylko teraz dokazuje cudów, gdy naprzód