Page:Radosne i smutne.djvu/121

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 117 —

 

zastali już jednak towarzysza komisarza, który obrażony, że mu nieuprzejmie nie pozwolono na wydanie drugiego numeru pnoklamacji — zwiał, aż się zakurzyło pod Pułtuskiem.

Nie można już było, niestety, przeszkodzić wywiezieniu zakładników, których przezornie zabrali jeszcze w sobotę, mimo serdecznych i głośnych błagań całego ludu. Porwano trzech czcigodnych księży, siwowłosego kanonika Dmuchowskiego i wikarych Turowskiego i Wilczyńskiego. Ktokolwiek dziś z mieszkańców miasteczka mówi o tem, każdy blednie; kobiety mają łzy w oczach, mężczyznom drżą szczęki i zaciskają się zęby. Milczące podniesienie w górę rąk woła jakiejś strasznej pomsty bożej. A równocześnie czuje się, że prosta, uczciwa dusza robotnika, wzdryga się na widok ohydy, plugastwa i cynizmu, na widok kłamstwa, które woła o sobie, że niesie w prawej ręce „wolność“, a lewą — zabija. Pojął to dziś każdy, kto choć przez dwa dni stykał się z tem wszystkiem. I zrujnowana, okradziona, pogwałcona wieś polska to pojąła.

W Nasielsku, podczas trzydniowego pobytu zabrali bolszewicy wszystko, co zabrać było można, rzeczy potrzebne i niepotrzebne, te niepotrzebne, to już tak dla złodziejskiej satysfak-