Page:Radosne i smutne.djvu/118

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 114 —

 

po lasach i polach, jeszcze niepogrzebione trupy po drogach i polach. Leżą oto pod krzyżem, ułożone przy sobie, nieszczęsne, prażone jakby przerażonem słońcem. Dokoła gromadka ludu wiejskiego, jeszcze podniecona i rozmawiająca nerwowo, kopie powoli na wielkim upale dół grobowy. Zwłoki niczem nie przykryte, biedne, odarte, wołające o pomstę w niebo szklanemi oczyma. To Polacy. Do grobu włożą ich już spokojnych i pomszczonych. Po kilku godzinach widziałem już gliniastą, cichą mogiłę w cieniu wyniosłego przydrożnego krzyża. Ktoś klęczał przy niej i Bogu polecał dusze bohaterów, co staną przed Bogiem jaśni i czyści, choć w łachmanie skrwawionym, choć głowa jednego z nich rozbita pociskiem w krwawą miazgę.

Wieczny, najcichszy odpoczynek racz im dać Panie!

A i tym także, nierównie liczniejszym biedakom obłąkanym, nieszczęsnym, zmienionym djablą chytrością w zwierzęta, pędzonym chińską kulą i batogiem. Oto leży taki jeden w prochu gościńca, okryty brudem zapylonych ran, młody, może ośmnastoletni chłopak, z jasnemi włosami. Urodził się może w permskiej gubernji, a zginął na drodze z Nasielska do Puł-