Page:Radosne i smutne.djvu/115

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 111 —

 

w chwili sprawiedliwej walki zaczerwieni, zajdzie krwią, ogniem się rozpłomieni i ciśnie z czarnej źrenicy błyskawicą gniewu i śmierci. Patrzymy na te wspaniałe śpiże, długim pochodem idące i ugniatające ziemię swoją mocą — z jakimś nabożnym a radosnym lękiem, z jakimś milczącym szacunkiem dla wspaniałego okazu straszliwej siły; wydaje się taka cudowna, polska armata jak ktoś w Polsce niezwykły, ktoś nieugięty, co kiedy przemówi, to gromem, kiedy krzyknie, to zabija.

Błyskające w słońcu, wydają się czasem jak żywe, tylko przyczajone i jakoby senne, każda poważna, jak ów królewski słoń z Kiplinga, straszliwy, a spokojny, kiedy po nim łazi bez ceremonii, mały, ukochany przez słonie Tomai. Taki dzieciak, co potwory za uszy ciągnie, to każdy polski młodzieńczyk, zakochany w swojej armacie, a ona pewnie w nim.

Coraz ich więcej i więcej, aż wreszcie radość liczyć je przestaje i tylko się raduje; nie z tego, że zryją na cmentarze pola, lecz że się w nich czuje stężałą na śpiż moc polską: tak oto, jak te armaty, długim ciągnące szeregiem w stronę bitwy, śmiertelnie spokojne, a śmiertelnie straszliwe, wspaniałe w przemożnej dostojności swojej tak jakby się odwrócił głęboki