Page:Radosne i smutne.djvu/114

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


dzące dreszcz, chytre, jak każdy pobrzask. Potem znów zżęte pola, ciche i spokojne i znów druga, kolczasta strofa pieśni o wojnie, zakończona błyskawicznym wykrzyknikiem bagnetu wartownika, który czujny na każdy odgłos, jak żóraw, wypatruje oczy na wszystkie strony. Jeszcze kilka kilometrów i wiatr roznosi już chrapliwe, nagłe, żelazne dźwięki wojny.

Drogą pełzną na daleki już front żarłoczne, lśniące, z otwartą paszczą smoki armat, a na każdym siedzi sobie roześmiany płowy żołnierzyk i gryzie jabłko, niefrasowity. Siedzi sobie na śpiżowej śmierci i tyle o nią dba, co o zdechłą krowę: „I na ogromnym smoku jeździć będziesz“. Toteż jedzie, aż miło i czasem z wielkiej radości, że idzie naprzód, ryknie sobie piosenkę w przestwór, aż pięć par koni przy armacie uszyma strzyże z wielkiego ukontentowania, a ona sama już nie tak głośno dudni, aby mu nie przeszkadzać, tylko czasem łańcuchami wcale dźwięcznie zadzwoni do wtóru. Jakaś radość jedzie w tych śpiżach, jak ona taka opasła, huczna i jurna, wielka, niewstrzymana radość siły, jakaś śpiżowa pewność, dzwoniąca żelazem dla dodania ludziom otuchy i zaklęta w nich dumna moc śmierci, patrząca daleko przed siebie czarnem okiem wylotu, co się