Page:Radosne i smutne.djvu/104

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 100 —

nej uprzejmości, poczęła nurtować głucha nienawiść. Niemiec nie umiał sobie uczynić przyjaciół nawet z tych napół dzikich ludzi, którymi pogardzał i którzy z początku byli mu oddani na śmierć i życie. Po miesiącu współżycia Hunnów cywilizowanych z zupełnie niecywilizowanymi, rozpoczęły się najpierw ciche, potem coraz głośniejsze kłótnie. Zdarzało się, że patrol wojskowy, który poszedł na kijowskie przedmieście, już nigdy nie powracał. Mniej więcej każdej niedzieli, kiedy zbiorowiska uliczne były większe, na balkonach gmachów rządowych ukazywały się karabiny maszynowe, a na ulicach stalowe patrole, które w porze nocnej zatrzymywały każdego przechodnia. Wtedy szlachetni mołojcy przechodzili uśmiechnięci patrząc w niebo, i obserwując igraszki wron.

Pobyt Niemców w Kijowie od samego ich wejścia napełniał melancholją rdzennych Rosjan, których wstyd palił na widok tego, co zaszło. Niejeden za ich sprawą miał w grobie całą rodzinę, teraz musiał być uprzejmym, więc był uprzejmym fałszywie. Byłem żywym świadkiem takiej uprzejmości, kiedy oficer niemiecki wszedł do sklepu w poszukiwaniu za herbatą. Kupiec brodacz wytłumaczył mu na migi i ja-