Page:Julian Tuwim - Czyhanie na Boga.djvu/144

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


Rodzic zasię, czestując chmielnem piwem gości,
Śmiał się, czkawiąc i trzęsąc kudłami rudemi;
„Wierę, szydził pijany, nastały cudności:
Wżdy z bydłem w chlewie leży kneż z żydowskiej ziemi!“

Tybyś legł, Swietozarzyc, w łabędziej kolebie,
A ssałbyś, synu chrobry, piersi gołębiane!
Wytulił ci je ojciec! wcałował w nie — siebie!
Wyhołubił, wypieścił, dzieciątko kochane!

Jak bije serce ziemi, sokiem napęczniałe,
Tak od całunków moich jara krew w niej biła,
A we mnie moc szumiała, jak zboże dostałe,
Moc święta miłowania, moc dziewięciosiła!

Dymem żertw błękitniały leśne uroczyszcza,
Brzmiały śpiewem dziękczynnym poświęcone gaje,
I sprzyjały mej sławie surowe bożyszcza
Za mlody, za tłustości, pszenne korowaje!

Dziś gniewne bogi w dęby miotają pioruny,
Dziś Lęk w sitowiu zżókłem zaczaił się skrycie...
Próżno leki raicie mi, starce-widuny!
Próżno wy, baby, zioła tajne mi warzycie!

Wy mi wróćcie te oczy, smętnym stepem tchnące,
Głos gędziebny mi wróćcie i różane dłonie!
Słyszcie: sławę wam oddam i skarbów tysiące
I głowę uwieńczoną, jako rab, przekłonię!


142