Page:Julian Tuwim - Czyhanie na Boga.djvu/142

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


Jakże-m ja was ślicznemi nazywał słowami,
Gdyście ogniami lśniły, świetliki czerwcowe!
Jakże-m ja was miłował! Jakże-m igrał wami,
Rzucając szczodre garście w wody księżycowe!

I zdało mi się wtedy, że się na dnie kłębi
Przegibna błyskotliwość złotołuskich wężyc,
Że z głębi wodnej w niebo, z nieba do wód głębi
Tka siatkę pająk nocy: szaławiła-księżyc!...

...Jasna, słodka i ciepła, jak majowe rano,
Szła do mnie w takie noce na kwietne pościele.
Szeptała, tuląc z lękiem główkę ukochaną:
„Włodzicze najmilejszy, mój Lele-Halele!”

A potem, nagle... z śmiechem, wwijała się we mnie,
I jak fala o brzegi biła w moje ciało,
Włosy jej bursztynowe pachniały tajemnie,
I od onej wonności serce łomotało!

I od onej wonności mgławiły się oczy,
Wargi wilgotne ssały słodycz nienasytnie,
Od jędrnych mlecznych piersi rozsądek się mroczy,
A w biodrach, jak jabłonka, z dnia na dzień mi kwitnie!

I wiłem się w jej splotach, jako w sieci ryby,
Niecierpliwy w gorączce, ramionami skuty!
A one łaskotania! o one wygiby!
A one tajne chwyty, skręty i podrzuty!


140