Page:Hanns Heinz Ewers - Żydzi z Jêb.pdf/131

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


kolwiek rodzaju. Ponieważ trucizna ma jest trucizną duchową, mogę sobie wyobrazić niejedno skuteczne antidotum — bądź to jakąś religję, filozofję, bądź jakąkolwiek silną wiarę. Dla wszystkich tych ludzi jestem, to mi przyznacie, zupełnie bezpieczną. Zaszkodzić może trucizna bakterji tylko temu, którego ciało jest podatnym dla niej gruntem: miłość trucizny sama nie wystarcza, musi znaleść wzajemność u każdego poszczególnego osobnika.

Tak, sądzę, jest i ze mną. Iskry, które ze mnie promienieją, tam tylko mogą wzniecić pożar, gdzie dają na dobrą hubkę.

W jedną rzecz wierzę mocno, moi panowie, mianowicie, że najpotężniejszy czarodziej nie może z człowieka wydobyć tego, co w nim nie tkwi. Odnosi się to zarówno do dobrych jak do złych rzeczy. Nikt nie staje się poetą, kto nie urodził się poetą — i nikt się nie stał mordercą, jeśli w nim nie tkwi od urodzenia możliwość mordowania. Zapewne: może być, że taki człowiek nigdy się nie stanie mordercą lub nigdy poetą. Ale może się nim stanie, może skoro nieznane jakieś słowo czarodziejskie otworzy szeroko zamknięte wrota jego duszy!

I tylko to ja czyniłam, moi panowie! Tylko to! Powiadacie — że zarażałam wiele dusz! Myślę, że nie było zupełnie tak źle. Myślę raczej, że byłam