Page:Hanns Heinz Ewers - Żydzi z Jêb.pdf/129

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


rjami, których był roznosicielem. Z drugiej strony zaś z wielkim przywilejem: nosił równocześnie w sobie silne antydotum, które truciznę tyfusową w ciele jego czyniło nieszkodliwą. To co czynił, musiał czynić: nie ponosił żadnej winy wobec sprawiedliwości boskiej. Człowiek wypowiedział wyrok nad nim — a że był sam człowiekiem, wierzył w ten wyrok i winę swą. Wypadek takiego niewinnego wroga ludzkości jest przecież dość rzadkim między ludźmi — lecz bynajmniej niczem szczególnem między innemi stworzeniami. Czy nie jest każda żmija niebezpieczeństwem dla ludzi? Czy szczur nie jest roznosicielem cholery? A anofeles malarji? Lecz ktoby żądał od tych komarów, od szczurów i żmij, by się same zabiły? Społeczeństwo ludzkie twierdzi, że ma prawa — ja osobiście, co prawda, jestem zdania, że się nie ma wogóle praw — na cokolwiekbądź. Lecz zostawmy to. — Głównem prawem społeczeństwa jest bronić się, więc zniszczyć to, co mu szkodliwe. Dlatego tępi szczury, żmije, morderców i jeszcze niejedno. Jeśli społeczeństwo w pewnych szczególnych wypadkach jednak nie śmie wypalać ośrodków zarazy — jak owego Quintera — to wszak to z pewnością tylko wina tego właśnie społeczeństwa — które zazwyczaj bynajmniej nie jest takie skrupulatne! Jeśli mianuje świętą jadowitą kobrę,