Jump to content

Małżeństwo Klaudyny

From Wikisource
>>> Dane tekstu >>>
Autor Sidonie-Gabrielle Colette
Tytuł Małżeństwo Klaudyny
Wydawca Instytut Wydawniczy „Lektor“
Data wydania 1920
Druk Tow. Komand. St. J. Zaleski & Co.
Miejsce wyd. Lwów Kraków Warszawa
Tłumacz J. Junczyk
Tytuł oryginalny Claudine en ménage
Źródło Skany na Wikisource
Inne Download as: Download as ePub Download as PDF Download as MOBI
page=
Indeks stron
[ tyt ]
WILLY
MAŁŻEŃSTWO
:-: KLAUDYNY :-:
POWIEŚĆ.
LEKToR
CZWARTY TYSIĄC.
WYDAŁ INSTYTUT WYDAWNICZY LEKTOR“.
LWÓW—KRAKÓW WARSZAWA 1920.



[ red ]
WSZELKIE PRAWA AUTORSKIE ZASTRZEŻONE
SKŁADY GŁÓWNE:
we Lwowie
„Lektor“ Mikołaja 23 (dom własny)
„Księgarnia nauczycielska“ Batorego 12
w Krakowie
„Lektor“ Rynek gł. 12
w Lublinie
„Lektor“ Szopena 5
w Warszawie
Księgarnia Jerzy Dunin-Borkowski, Ś-to Krzyska 18
№.







EGZEMPLARZE NIENUMEROWANE BĘDĄ PRAWNIE ŚCIGANE
OKŁADKĘ WYKONAŁA M. JANUSZANKA
KLISZE WYKONANO W ZAKŁADZIE CYNKOGRAFICZNYM „NOWOŚCI ILLUSTR.“
ODBITO W DRUKARNI D. E. FRIEDLEINA W KRAKOWIE
POD ZARZĄDEM STEFANA KARCZMARSKIEGO




[ 1 ]
CZYTELNIKU!
Dlatego, że bierzesz tę książkę do czytania — dlatego właśnie została przetłomaczoną — w przeciwnym razie pozostałaby w oryginale francuskim, do którego prawnie należy. „Dzikość“ stylu została tu i ówdzie złagodzoną a brzmienie imion własnych niech Ci przypomina, że to dzieje się w społeczeństwie francuskiem, które już jutro, być może, też będzie innem.

Wierz mi jednak — na dnie każdej Klaudyny jest coś z końca tego tomu.

Mojej lepszej połowie za pomoc w tłomaczeniu — dziękuję.

J. Junczyk.

[ 2 ]
Wobec tego, że współpracownictwo Willy i Colette Willy skończyło się już, okazało się koniecznem oddać każdemu z nich, co im się należy i zastąpić podpis tego tomu nazwiskiem obojga.

Z powodów czysto drukarskich moje nazwisko znajduje się przed Collette Willy, chociaż z powodów literackich należałoby jej dać pierwszeństwo.

Willy.

[ 3 ]
Stanowczo, nasze małżeństwo jest jakieś dziwne, niezwykłe, Renaud ani nie przeczuwa; bo i skądżeby?

Sześć tygodni jak wróciliśmy. Koniec tej włóczęgi pary leniuchów i gorączki, która trwając piętnaście miesięcy, wiodła nas, włóczykijów, z ulicy de Bassano do Montigny, z Montigny do Bayreuth’u, z Bayreuth’u do maleńkiej wioseczki, o tiórej myślałam z początku, ku wielkiej uciesze Renaud’a, że nazywa się „Forellen-Fischerei“, ponieważ ogromny afisz głosił, że w górze rzeki łowi się pstrągi, ale ja nie umiem po niemiecku.

Ostatniej zimy, ostrej i srogiej, w ramionach Renaud’a zobaczyłam Morze Śródziemne, z powiewającym zimnym wiatrem i ze skośnie operującem słońcem. Zbyt wiele parasolek, kapeluszy i twarzy psuły mi to fałszowane południe, a nadewszystko niepożądane spotkania to przyjaciela, to dziesięciu przyjaciół Renaud’a, to całych rodzin, którym dostarcza najprzeróżniejszych bezpłatnych biletów, dam, u których bywa na obiadach. Ten straszny człowiek jest [ 4 ]miłym wobec wszystkich, przedewszystkiem dla tych których zna najmniej, bo inni, to już prawdziwi przyjaciele, mawia z bezczelną słodyczą, dla podobania się im nie warto tracić temperamentu, cóż po nich...

Moja lękliwa prostota nie mogła zrozumieć tych zim nad brzegiem morza, gdzie suknie koronkowe drżą otulone kołnierzami sobolowymi!

A potem, krzywdy, które wyrządzaliśmy sobie wzajemnie niszczyły mi nerwy i czyniły mą zrezygnowaną duszę słabo odporną wobec małych kamyczków, spotykanych na drodze. I skołatana, popadłam w stan pół przykry, pół miły fizycznego upojenia, niemal szaleństwa i skończyłam na tem, że zaczęłam prosić, jak o łaskę, o spokój i sen, choćby wieczny. Oto mój powrót! Czegóż mi zatem trzeba? Czegóż mi jeszcze brak?

Spróbujmy uporządkować tę mieszaninę wspomnień jeszcze zupełnie bliskich, a jednak tak dalekich...




[ 5 ]
Smieszna komedja ten dzień mego ślubu! Trzy tygodnie narzeczeństwa, częsta obecność Renaud’a, którego kocham jak szalona, jego oczy, wyprowadzające mnie z równowagi, jego ruchy (ciągle wstrzemięźliwe) jeszcze bardziej wprawiające w kłopot, jego usta zawsze w pogoni za odrobiną mnie w ów czwartek... z pewnością miałam minę gwałtownej roznamiętnionej kotki. Nie rozumiałam zupełnie jego ostrożności, jego powściągliwości w tym czasie! Byłabym cała jego, gdyby był zechciał; on czuł to dobrze. A jednak, z pieczołowitością prawdziwego znawcy swego szczęścia (i mego?) trzymał nas w wyczerpującej... roztropności. Jego rozhukana Klaudyna rzucała mu często spojrzenia pełne gniewu, jako zakończenie pocałunku nadto krótko trwałego i urwanego przed... przed uświęconą chwilą: „ależ wkońcu, czy teraz, czy za ośm dni, cóż to znaczy? podniecasz mnie niepotrzebnie, nuży mnie to straszliwie...“ Bez litości nad obojgiem, zostawił mnie niepokalaną, wbrew mojej woli, aż do dnia ślubu tego małżeństwa na łeb, na szyję.

Poważnie rozgniewana potrzebą zawiadamiania panów mera i księdza proboszcza o postanowieniu [ 6 ]życia pospołu z Renaud’em, nie chciałam pomagać ani papie, ani nikomu w niczem. Renaud włożył na się zgrabną cierpliwość, papa wściekły, a wyniosły nie będącem już w modzie poświęceniem. Jedynie Melka, zachwycona tem, że będzie asystowała przy rozwiązaniu historyi miłosnej, śpiewała i marzyła nad pomyjami, zlewanemi na małe smętne podwórko. Fanszetka, idąca za chwiejnym jeszcze Ślimaczkiem „piękniejsza niż syn Phtah“, obwąchiwała otwarte pudła, nowe materje, długie rękawiczki, które ją szczerze oburzały, i „miesila chleb“ gniotąc mój biały tiulowy welon.

Rubin w kształcie gruszki, który wisi na mej szyji, na końcu złotej, leciuchnej nitki, Renaud przyniósł mi przed wilja naszego ślubu. Przypominam sobie, przypominam! Pociągnięta jego kolorem jasnego wina, przyglądałam mu się pod światło, jedną ręką trzymając go na wysokości oczu, a drugą oparta na plecach klęczącego Renaud’a. On zaśmiał się:

— Ty zezujesz Klaudyno, jak Fanszetka w pogoni za muchą.

Nie słuchając go, wzięłam nagle rubin do ust „ponieważ powinno się zjeść i poczuć smak winnej poziomki“. Renaud zmieszany tego rodzaju nowem ustosunkowaniem do drogich kamieni, przyniósł mi nazajutrz cukierków. Sprawiły mi one w tym wypadku tyle przyjemności, co klejnoty.

Wielki dzień. Przebudziłam się zirytowana i zrzędząca, wyrzekająca na merostwo i kościół, na ciężar mej sukni z trenem, na zbyt gorącą czekoladę, na Melkę w fiołkowej wełnianej sukni od siódmej z rana (ach Francjo zaczynasz mieć, gust), na tych wszyst[ 7 ]kich ludzi, którzy mieli przyjść: Maugis’a, Roberta Parville, świadków Renaud’a, na ciotkę Couer w koronkach, na Marcelego, któremu ojciec przebaczył, sądzę umyślnie, dla drażnienia go i szydzenia z niego — no i na moich świadków, jakiegoś przyrodnika bardzo dekorowanego, jak również bardzo tłustego, którego nazwiska nigdy nie zapamiętam i na pana Marię! Papa zapominalski, uznając wszystko to za rzecz zupełnie naturalną, nie tracił równowagi.

A Klaudyna, przedwcześnie gotowa, trochę żółta w swej białej sukni i welonie źle się układającym — nie zawsze wygodne te krótkie włosy — siedzi nad koszem Fanszetki, której ślimaczek zamaszyście masuje brzuch. Klaudyna rozmyśla: „Zniechęca mnie to małżeństwo. Byłoby idealnie zjeść obiad w dwójkę, zamknąć się w tym małym pokoiku, gdzie sypiałam, śniąc o nim, gdzie marzyłam o nim na jawie i... Ale moje łóżko-czółenko byłoby za male...“

Wejście Renaud’a, lekkie drżenie w jego ruchach nie przerwało wcale tych zajęć. Na prośby pana Maria, który oszalał, trzeba było wyłajać papę i wyprawić go po mnie. Mój szlachetny ojciec swoim zwyczajem, no i stosownie do tej wyjątkowej chwili, zapomniał o moich zaślubinach; odnaleziono go w szlafroku (dziesięć przed dwunastą) uroczyście palącego fajkę. Przyjął biednego Marię temi pamiętnemi słowy:

— Spieszże się pan, i tak już bardzo późno, panie Maria, i to właśnie dzisiaj, gdy taki trudny ustęp mamy... Masz, a to myśl strojenia się w czarny surdut; wyglądasz pan jak kelner!

— Ależ panie... panie... ślub panny Klaudyny... Tylko pana oczekują...

[ 8 ]— A psia kula! powiedział papa patrząc na zegarek zamiast na kalendarz, — psia kula! Aleś pan pewny, że to dziś? Gdybyście byli pojechali, można było bezemnie...

Robert Parville ogłupiony, jak zbłąkany pudel, gdyż nie wpadł w ton malej Lizery; Maugis przystrojony w ciężkie szyderstwo, pan Maria całkiem blady, ciotka Coour wymuskana i Marcel przybierający minę poważną, to nie tłum, nieprawdaż? Zdawało mi się, że ich jest z piędziesięcioro w ciasnem mieszkaniu! Izolowana pod welonem, wsłuchiwałam się w grę moich omdlewających a złośliwych nerwów...

Moje wrażenie potem było jak jeden ze snów niewyraźnych i pomieszanych, w którym ma się nogi związane. Poblask na mych białych rękawiczkach przez okna w kościele; mój nerwowy śmiech w zakrystyi z powodu papy, który chciał koniecznie dwa razy podpisać się na tej samej stronie, „gdyż mój pierwszy podpis jest za blady“. Przygniatające nadziemskie wrażenie; sam Renaud był roztargniony...

Od chwili powrotu do domu, zaniepokojony moją przeciągniętą i smutną twarzą, Renaud wypytywał mnie czule; wstrząsnęłam głową: „Nie czuję się więcej mężatką niż dziś rano, a ty?“ Wąsy mu zadrżały, więc zarumieniłam się, wzruszywszy ramionami.

Chciałam uwolnić się z tej śmiesznej sukni i zostawiono mnie samą. Moja droga Fanszetka, łatwiej mnie pozna w bluzce z różowego płótna i spódnicy z lekkiej białej wełny. — „Fanszetko, opuszczę cię? To pierwszy raz... Tak trzeba. Nie chcę cię włóczyć [ 9 ]koleją razem z twą rodziną“. Troszkę ochoty do płaczu, nieskończone osłabienie, uściski mocne i bolesne. Ah! żeby mój kochany przyjaciel zabrał mnie szybko i uwolnił od tej głupiej obawy, która nie jest ani strachem, ani wstydem... Jakże późno w lipcu przychodzi noc i jak to słońce białe uciska mi skronie!...

Ze zbliżającą się nocą mój mąż — mój małżonek — zabrał mnie z sobą. Ruch gumowych kół nie przeszkadzał mi słuchać bicia mego serca i zaciskałam tak silnie zęby, że jego pocałunek nie mógł ich otworzyć.

Zaledwie zgadywałam, że jestem przy ulicy de Bassano. Masa światła elektrycznego — „nadto sztychów z ośmnastego wieku“, oto mieszkanie, do którego wzbraniano mi wejść aż do tej pory. Oddychałam, aby się upoić zapachem jasnego tytoniu i konwalji, odrobiną juchtu rosyjskiego. którym przesiąknięte były ubrania Renaud’a i jego długie wąsy.


Zdaje mi się, że jeszcze tam jestem, widzę się tam.

A co teraz? Co robić? Myślę o Luci, o chwili przejrzenia. Nieświadomie zdejmuję kapelusz. Biorę rękę tego, którego kocham, aby się upewnić i patrzę na niego. On, od niechcenia uwalnia się z kapelusza rękawiczek, przeciąga się cokolwiek w tył z drżącym oddechem. Kocham jego piękne ciemne oczy i nos z garbkiem i jego włosy wyzłacane, gdy je wiatr zręcznie uczesze. Zbliżam się do niego, lecz on, niegodziwy, wymyka się, oddala przypatrując mi się, podczas gdy ja coraz więcej tracę odwagę. Składam ręce:

[ 10 ]— Oh! proszę bardzo, pospiesz się!

(Niestety nie wiedziałam, że to brzmiało tak śmiesznie).

On usiadł:

— Pójdź Klaudyno.

Na jego kolanach. Słyszy mój szybki oddech; jego głos staje się czulszy:

— Jesteś moją?

— Już od dawna wiesz o tem.

— Nie boisz się?

— Nie, nie boję się. Z góry zapowiadam, że wiem wszystko!

— Co „wszystko“?

Położył mnie na swych kolanach i pochylił się nad memi ustami. Nie broniłam. Upajałam się sama. Chciałam płakać. Przynajmniej zdaje mi się, że miałam ochotę do płaczu.

— Wiesz wszystko, moja mała droga dziewczynko i nie boisz się?

Krzyczę:

— Nie!...

... i rozpaczliwie chwytam go za szyję. Jedną ręką próbuje rozpiąć mi koszulę. Skoczyłam:

— Nie, ja sama!

Dlaczego? Nie wiedziałam dlaczego. Ostatni występ popędliwej Klaudyny. Całkiem naga poszłabym prosto w jego ramiona, lecz nie chcę, aby mnie rozbierał.

Z niezgrabnym pośpiechem rozwiązuję i rozrzucam suknie, trzewiki fruwają w powietrzu, spódniczkę ściągam dwoma palcami nogi, zrzucam gorset, czynię to wszystko, nie patrząc na Renaud’a, siedzącego [ 11 ]przedemną. Już nic nie mam prócz koszulinki i mówię z miną zawadjacką, rozcierając zwykłym gestem ślady ze sznurówki dokoła pasa: „Oto jestem!“

Renaud nie ruszył się. Wyciągnął tylko głowę naprzód i ujął oba ramiona swego fotela; przypatruje mi się. Bohaterską Klaudynę obejmuje strach pod tym wzrokiem, straciwszy głowę, rzuca się na łóżko... posłane!

On mnie tam dogania. Ściska mnie tam tak czule, że czuję, jak drżą jego muskuły. Całkiem ubrany obejmuje mnie, trzyma mnie, mój Boże, czemuż zwleka z rozebraniem się, on też? — a jego usta i ręce zatrzymują mnie, podczas gdy ciało nie dotyka, mimo napad drżenia z mej strony aż do mego szalejącego zezwolenia, aż do wstydliwych drgań rozkoszy, które chciałabym ukryć przez dumę. Potem dopiero potem zrzuca ubranie, jak ja to zrobiłam i śmieje się bezlitośnie, aby dręczyć zdumioną i upokorzoną Klaudynę. On o nic nie prosi, nic jak tylko, aby mógł ofiarować mi tyle pieszczot, ile trzeba do dnia nad ranem, w łóżku całkiem osłoniętem.


Byłam mu wdzięczna, byłam bardzo wdzięczna potem, z powodu tej czynnej abnegacji, cierpliwości przedłużanej tak po stoicku. Wynagradzałam mu to ugłaskana i ciekawa, żądna patrzeć na jego zamierające oczy, jak on widział i patrzył na moje drgaące, zamglone. Zachowywałam długo z początku, a, mówiąc prawdę, jeszcze dochowuję trochę strachu przed... jakby to powiedzieć? zowią to „obowiązkiem [ 12 ]małżeńskim“, zdaje mi się! Ten silny Renaud dał mi powód do marzeń, w rodzaju manii wielkiej Anais, która zawsze usiłowała wtłoczyć swe wielkie ręce nadto w ciasne rękawiczki. Odtąd wszystko jest dobrze; może nadto samego dobra. Jest słodki, gdy nie umie palców u nóg zakrzywiać, ale uczy się, ileż powodów do nerwowego śmiechu, do krzyków i do krótkich przytłumionych kwików.

Samą pieszczotą już jest mówienie memu mężowi „ty“, z czem nie mogłam się pogodzić. Mówiąc mu stale „pan“ w każdym wypadku, gdy go proszę o co, czy zezwalam, czy gdy oczekując rozkosznego bólu, muszę przemówić urywkowo głosem, który nie jest moim. Ale nazywanie go „ty“, czyż to nie jest po prostu pieszczotą, którą daje mu ta Klaudyna trochę brutalna, tykająca.

Jest piękny, piękny, przysięgam wam! Jego skóra ciemna i gładka ślizga się po mojej. Jego potężne ramiona zwarte w tyle, tworzą okrągłości kobiece, gdzie składam głowę, w nocy i rano, ciągle.

A jego włosy koloru nura, jego drobne kolana i droga pierś, która oddycha cichutko, naznaczona dwoma pyłkami sadzy, całe jego wielkie ciało, na którem z pasją czynię coraz nowe odkrycia! Często mówię mu szczerze: „Jak pięknym znajduję pana!“ On mnie ściska: „Klaudynko, Klaudynko, ja jestem stary!“ I jego oczy ciemnieją od smutku tak bolesnego, że patrzę na niego i nic nie rozumiem.

— Ach Klaudyno, gdybym cię był znał przed dziesięciu laty!

— Poznałby pan równocześnie sąd karny! A wreszcie byłby pan młodym człowiekiem, więc złośliwą [ 13 ]brudną gąsienicą męską, która pozwala kobietom płakać; a ja...

— Ty nie znałabyś Luci.

— Myśli pan żebym żałowała?

— W tej chwili nie... nie zamykaj oczu, błagam cię o to, zabraniam ci... ich życie do mnie należy...

— I ja cała!


Ja cała? nie jest coś na przeszkodzie.

Odsuwałam tę pewność tak długo, jak mogłam. Pragnęłam namiętnie, aby wola Renaud’a uginała moją, aby jego upór naginał moje niesforne wybryki, wreszcie, aby we wzroku był duch, przyzwyczajony do rozkazywania i zwodzenia. Wola, upór Renaud’a!... On jest giętszy niż płomień, a tak palący i lekki jak on, i tuli mnie, nie opanowując. Niestety! Klaudyno, czyż musisz na zawsze zostać panią samej siebie?

Umiał jednak ujarzmiać moje wątłe złotawe ciało, tę skórę, która okleja moje muskuły i nie ustępuje pod naciskiem ręki, tę głowę małej dziewczynki uczesanej chłopięco... W jakim celu one kłamią, te oczy władcze, ten uparty nos, ta ładna bródka, którą wygala i pokazuje kokieteryjnie, jak kobieta?

Jestem słodka wobec niego i mała: zginam pod jego wargami uległy kark, nie pytam o nic, i unikam sprzeczki z poważnej obawy, gdyż widzę z góry, jak ustępuje mi i nadstawia swój słodki dzióbek z wyrazem tak nadto łatwo... Niestety! Przewagę ma tylko w pieszczotach.

(Uznaję, że to już coś jest.)

[ 14 ]Opowiadałam o Luci a stale w nadziei, że ujrzę jak marszczy nos, denerwuje się, zasypuje mnie pytaniami szalonemi: No il Nie, nie. Właśnie przeciwnie. Przygniatał mnie pytaniami, tak, ale nie szalonemi, a ja ucinałam, ponieważ myślałam o jego Marcelim, zagniewana na wspomnienie pytań, któremi ten malec mnie i jego tak drażnił. Jeżeli nie znalazłam w nim pana, znalazłam przyjaciela i poddanego!

Na cały ten zlepek uczuć, papa gardzący psychicznem pelemelem swej córy, odpowiedziałby, że zrzędzi, i gra rolę osoby skomplikowanej.

— „G...o dosiada konia i jeszcze ziemi się trzyma!“


Przepyszny ojciec! Przez cały czas od dnia mego ślubu, nie myślałam nawet o nim, ani o Fanszecie. Ale Renaud w tych miesiącach nadto mnie kochał, oprowadzał, zbyt upajał widokami, odurzał ruchem, coraz nowem niebem i niewidzianemi miastami... Nie znając swej Klaudyny, często uśmiechał się ze zdziwieniem, widząc mnie bardziej rozmarzoną pod wpływem widoku natury niż obrazu, więcej rozentuzjazmowaną widokiem drzewa, niż całego muzeum lub strumyka niż klejnotów. Musiał mnie wiele uczyć, a ja masę skorzystałam.

Rozkosz wydała mi się cudem przerażającym i prawie ponurym. Gdy Renaud zastawał mnie poważną bez ruchu, strwożony zapytał o powód, czerwieniłam się i odpowiadałam, nie patrząc na niego: „Nie mogę panu powiedzieć...“ I byłam zniewolona wytłómaczyć się bez słów, przed tym strasznym in[ 15 ]dagatorem, który napawał się mym widokiem, śledził kultywował na mej twarzy całą rozkosz wstydu...

Należałoby powiedzieć, że dla niego — czuję, że to nas dzieli — rozkosz jest szczytem pragnienia, zepsucia, lekkiej ciekawości, naporu rozpustnego. Dla niego przyjemność jest zabawna, łaskawa i łatwa, podczas gdy mnie przygniata; wtrąca mnie w zwątpienie tajemnicze, którego szukam i boję się. Kiedy Renaud już uśmiecha się zdyszany, uwalniając się z moich ramion, zakrywam rękami oczy jeszcze pełne strachu i usta zdumione, mimo, że on stara się przeszkodzić mi. Już w chwilę później przytulam się do jego mocnych pleców, skarżąc się memu przyjacielowi na zbyt drogie zło, które wyrządził mi mój kochanek.

Niejednokrotnie staram się perswadować sobie, że możliwe, iż miłość jest dla mnie zbyt nowa, podczas gdy on już pozbył się goryczy? Wacham się. Nie będziemy nigdy myśleli nawet o tej wielkiej czułości, która nas związała...

Nazajutrz w restauracji uśmiechał się do zwyczajnej pokojówki, której chudość brunatna i piękne podmalowane oczy chętnie zwracały się do niego.

— Znasz ją?

— Kogo? Tę? Nie, kochanie. Ale prawda, jaka to ładna sylwetka, nie uważasz?

— Czy dlatego tylko, że patrzyła na ciebie?

— Z pewnością moja mała. Nie razi cię to, myślę.

— N...ie. Ale... nie jestem zadowolona, gdy ona się do ciebie śmieje.

— Oh, Klaudyno! prosił, pochylając ku mnie swą ciemną twarz, pozwól mi jeszcze wierzyć, że można spoglądać na twego męża bez wstrętu; (on ma taką [ 16 ]potrzebę wiary w samego siebie!) W dniu, w którym kobiety przestaną na mnie patrzyć, dodał, dotykając swych delikatnych włosów, nie pozostanie mi nic innego, jak...

— Ale cóż znaczą inne kobiety, gdy ja będę cię zawsze kochała?

— Dość Klaudyno, urwał zręcznie, niebo mnie zachowuje, abym cię widział, przeżywającą zdarzenie nadzwyczajne i wielkie.


Oto! Mówiąc o mnie, wyraził się: kobiety! czy ja myśląc o nim, mówię mężczyźni? Wiem dobrze: przyzwyczajenie życia wśród homoseksualistów i cudzołóstwa rozdrabnia człowieka i poniża do trosk, których nie pojmuje mężateczka dziewiętnastoletnia...

Nie mogę się wstrzymać, by nie mówić o nim niedobrze:

— To ty jednak przekazałaś Marcelemu tę duszę kokieteryjnej dziewczyny?

— Oh! Klaudynol pyta z miną zasmuconą, ty nie kochasz moich wad? W rzeczy samej nie widzę, prócz mnie, do kogo byłby podobny... Musisz mi przyznać, że ta kokieterja jest mniej zwodnicza u mnie niż u niego!




[ 17 ]Jakże łatwo znów stał się lekkim i szczęśliwym! Mam wrażenie, że jeśliby odpowiedział mi sucho, marszcząc swe piękne brwi, podobne do aksamitnej skórki dojrzałego kasztana: „Dość Klaudyno, nie ma o czem mówić“, zdaje mi się, że odczułabym wielką radość i tę drobinę szacunku niemiłego, który mi nie chce przyjść, który mi nie może przyjść dla Renaud’a.

Słusznie, czy nie, potrzebuję mieć respekt, trochę obawiać się tego, kogo kocham. Nie znałam uczucia bojaźni tak długo, jak miłości, chciałabym, aby przyszły razem...


Moje wspomnienie piętnastu miesięcy podróżuje po mej głowie, jak pyły powietrza wśród zamkniętego ciemnego pokoju, do którego przedarł się promień słońca. Jeden pędzi za drugim, porządkują się, tam błyszczą sekundę, podczas gdy się do nich uśmiecham, lub dąsam, później wracają w cień


Po powrocie do Francji, trzy miesiące temu, chciałam zobaczyć Montigny... Ale to zasługuje, aby zacząć od początku, jak mówi Lucia.


Już półtora roku temu, Melie pospieszyła się, z rozgadaniem w Montigny o mojem małżeństwie [ 18 ]„z człowiekiem zamożnym, nie pierwszej młodości, ale jeszcze rzeźkim“.

Papa dorzucił kilka uwiadomień, z których jedno do stolarza Denjeau, „gdyż łajdacko dobrze sporządził skrzynki na książki“. A ja wysłałam dwa adresy, wydrukowawszy moją piękną rączką, do panny Sergent i jej małego nikczemnika Aimée. Wobec tego należało wkrótce spodziewać się listu...

„Moje drogie dziecko“, pisała panna Sergent, jestem naprawdę szczęśliwą (czekaj, idź, nie rusz się) z powodu małżeństwa z miłości (wymowa słowa, niezłomna uczciwość), które Ci będzie pewną przystanią w przeciwnościach nieco niebezpiecznych. Nie zapominaj, że Szkoła“ czeka Twej wizyty, jeśli powrócisz, czego życzę, zobaczysz miejsce, które możesz mieć w sercu przez tyle wspomnień”.

Ta końcowa ironja nie zrobiła wrażenia wobec ogólnego pobłażania, jakiem w tej chwili byłam przepełniona.

Moja rozbawiona ciekawość nie ustępowała wraz z życzeniem zobaczenia Montigny — w lasach, które mnie zachwycały: — oczami mniej dzikiemi, a bardziej melancholijnemi.

Wracaliśmy z Niemiec przez Szwajcarję, ostatniego września; prosiłam Renaud’a, aby się zechciał zatrzymać dwadzieścia cztery godzin tylko, w Fresnois, w jednym z hoteli Montigny, plac de L’Horloge u Lanża.

Wiedział odrazu, jak zawsze wie.

Aby odświeżyć wrażenie dni tam przebytych wystarczy zamknąć na chwilę oczy...




[ 19 ]
W pociągu spacerowym, który się wlecze niepewnie przez ten zielony i falisty kraj, drżę, słysząc znane mi nazwy ostatnich stacji. Mój Boże! po Blégeau i Saint Farcy, już będzie Montigny, i zobaczę wieżę nadwyrężoną... Rozegzaltowana stałam w wagonie, ręce zaczepiwszy o pasy sukienne. Renaud, który nademną czuwał, nacisnąwszy na oczy czapę podróżną, rzekł mi w drzwiach:

— Moje drogie ptaszę, ty drżysz, zbliżając się do dawnego gniazdka?... Klaudynko, odpowiedz... jestem zazdrosny... nie chcę widzieć tego spokoju denerwującego, jak tylko w mych ramionach.

(Zapewniam go uśmiechem i znów śledzę szczyty pagórków zalesionych, które uciekają i kręcą się).

— Ah!

Palcem wyprostowanym wskazuję drogę, jej zużyty rudy kamień ustrojony bluszczem, a miasteczko, które opada w dół, wygląda, jakby chciało zesunąć się po tej drodze. Jego widok mnie rani tak silnie, a tak słodko, że opieram się na plecach Renaud’a...

Szczyt wieży złamany, masa drzew o okrągłych [ 20 ]wierzchołkach, jak was zostawiłam... i czyż nie muszę napełnić wami mych oczu na wyjazd, który nastąpi?

Oplatam szyję mego przyjaciela, tam szukam teraz siły i racji życia; to on, który mnie zachwyca i trzyma, ja go oczekuję i pragnę...


Mały domek różany po za barjerą mijamy szybko i rogatkę dla przekupni — poznałam strażnika! — i wyskakuję na peron. Renaud już powierzył walizę i moją torbę ręczną jakiemuś omnibusowi, a ja? siedziałam jeszcze, spokojnie licząc pagórki, otwory i brózdy drogiego zwężającego się widnokręgu. Oto, całkiem wysoko las Fredonne, który łączy się z lasem Valée... droga Vrime, żółty wąż piasku, a jaki wązki! Już nie zawiedzie mnie do mej mlecznej siostry, mojej miluchnej Klary. Oh! bez mego zezwolenia wycięto las des Corbeaux! Jego powierzchnia pełna wyrw jest przejrzysta i jakby naga!... Radość, rozkosz zobaczenia znów góry aux Cailles, niebieskiej, omglonej, która stroi się w góry tęczowe dni słonecznych, a zbliża łagodnie, gdy na deszcz się zbiera. Pełno tam muszli skamieniałych, fioletowych bodiaków, roślin twardych bez soku, odwiedzanych przez różnorodne motyle o skrzydłach perłowej masy niebieskawej, to znów Apollo nakrapiany, jakby skrawkami pomarańczowego księżyca, jak orchidee, lub ciężki Morio z ciemnego i złocistego aksamitu...

— Klaudyno! Jak myślisz, gdybyśmy tak musieli poprzestać na życiu w tej dziurze ? pytał Renaud, [ 21 ]który śmiał się z mego niepojętego uczucia szczęśliwości.

Bawiłam go w omnibusie. Nie krępowałam się: ojciec Recalin pewnie pijany, jak niegdyś, niewzruszenie pijany prowadzi swój wehikuł skrzypiący z jednej jamy w drugą, pełen powagi i wzniosłości.

Badałam ogrodzenie, zakręty dróg, gotowa do protestu, jeśliby ruszono mój kraj. Nic nie mówiłam, nic zupełnie aż do pierwszych ruin spadzistej pochyłości, gdzie krzyknęłam:

— A na strychu u Bardina koty jużby nie mogły spać; dał nowe drzwi!

— Rzeczywiście, krzyknął Renaud, to bydlę Bardin kazał dać nowe drzwi!

Moje milczenie ostatnich chwil przerywane wesołością i głupstwami:

— Renaud, Renaud, patrz no, przejeżdżamy przed parkanem zamku! Jest niezamieszkały, pójdziemy zobaczyć wieżę. Oh! stara matka Sainte-Albe stoi w drzwiach! Jestem pewna, że mnie widziała, zaraz powie całej ulicy... prędko, prędko, odwróć się; tu dwa wierzchołki drzew, nad dachem mamy Adolfiny, to są wielkie jodły z jej ogrodu, moje jodły, dla mnie... Nie wyrosły większe; to dobrze... A cóż to za dziewczyna, której nie znam?

Zdaje się, że to akcentowałam cierpko śmiesznie, bo Renaud śmiał się z całego serca i wszystkich swych białych kwadratowych zębów. Ale to nie wszystko, trzeba było spędzić noc u Lanża, a mój małżonek mógłby się śmiać mniej wesoło, mniej głośno w ciemnym hotelu...

A jednak nie! Pokój wydał mu się znośny mimo [ 22 ]firanki nad łóżkiem w formie namiotu, toalety maluśkiej i grubego czarnawego prześcieradła (lecz dzięki Bogu bardzo czyste).

Renaud podniecony miernością ram, w których przeszło dziecięctwo Klaudyny w Montigny, ściska ją z tyłu i chce ją przyciągnąć, ale nie... nie trzeba, zbyt szybko przeszedłby czas!

— Renaud, Renaud, mój drogi, jest szósta, proszę chodźmy do szkoły zrobić niespodziankę przed obiadem!

— Niestety! — westchnął źle zrezygnowany — żeń się tu z małą, dumną dzikuską, aby cię zdradziła ze stołecznem miastem kantonu, liczącem 1847 mieszkańców!

Jedno przeszczotkowanie mych krótkich włosów, które podnosi suchość i puszystość, ciekawy rzut oka w lustro — czyż postarzałam się przez ośmnaście miesięcy? — i już jesteśmy na placu l’Horloge, tak pochyłym, że w dnie targu niejeden mały wędrowny kramik, nie mogąc utrzymać równowagi, robi hokus pokus i wysypuje się z hałasem.

Dzięki memu mężowi i uciętym włosom (trochę marzę z zazdrością o mnie z długą kosą kasztanowato rudą, tańczącą po mych lędźwiach) nie poznano mnie i mogę się napawać moją radością.

— Oh! Renaud, widzisz tę kobietę z malcem na ręce, to Celinka Nauphely!

— Ta, dająca pierś swej siostrzyczce?...

Naturalnie. To ona, karmi teraz. Po niej wszystkiego można się było spodziewać! to niesmaczne!

— Dlaczego niesmaczne?

— Nie wiem. Są jeszcze te same mentolowe [ 23 ]pastylki u malej Chou... Może nie sprzeda nam po wyjeździe Luci...

Ulica Wielka — trzy metry szeroka — zejście tak przykre, że Renaud pyta się, gdzie możnaby kupić „alpenstocki“. Ale Klaudyna w podskokach jest mu przewodnikiem, prowadzi go, trzymając drobnymi palcami. Na progach domostw figury, spoglądające na przybyszów poufale, choć częściej niechętnie; mogę nazwać wszystkich, spisać ich długi i zmarszczki.

— Widzę rysunek Huarda, konstatuje Renaud.

Sam beznadziejny Huard. Ta pochyłość urwista całego miasta nie przypomina, ani ulic kamienistych, ani kompletu polowania tak walecznego ojca Sandré... Zepsucie starego Lorda, czy to ten taki uśmiechnięty, galaretowaty? Obchodząc Bel-Air zatrzymałam się i zaśmiałam na całe gardło:

— Mój Boże! Pani Armand, zawsze w swoich papilotach! Zwija je wieczorem przed spaniem, zapomina zdjąć rano, a potem, tem bardziej, już za późno, znów opatruje na noc następną, nazajutrz to samo zaczyna się i tak widziałam je zawsze skręcone jak glisty na jej tłustem czole!... Tu, Renaud, przez dziesięć lat, na zbiegu tych trzech ulic, podziwiałam cudnego mężczyznę! który zwał się Herbert, a był burmistrzem Montigny, dobrze że z trudem mógł się podpisać. Gorliwie uczęszczał na zebrania rady miasta, trząsł swą piękną twarzą konwencjonalnie, czerwoną pod białymi włosami, jak konopie, wypowiadał mowy, które stawały się sławne. Na przyklad: „Trzeba robić ścieki w ulicy Fours-Banaux, czy nie? Tatistequestion, jak mówią Anglicy“. Między jednem a drugiem posiedzeniem stał u zbiegu trzech [ 24 ]ulic fiołkowy w zimię, czerwony latem i obserwował: co? Nic! To była cała jego czynność. Obecnie już nie żyje... Uwaga! Ta szopa o podwójnych wrotach nosi na froncie pamiętny napis, czytajcie: „pompy do pożarów i pogrzebów“. Wzieto pompy w powszechnem znaczeniu! Wymyśliłbyś coś takiego, ty który pracujesz w dyplomacji?

Pobłażliwy uśmiech mego przyjaciela nuży trochę. Czyżby próbował odnaleść we mnie jezuityzm? Nie; tylko on odczuwa ból zazdrości, widząc, jak mnie całą porywa przeszłość.

I oto w dole pochyłości ulica otwiera się na plac wybrzuszony. W trzydzieści kroków za kratami, malowanemi na szaro stalowy kolor, wznosi się obszerny budynek szkolny, biały, zdobiony łupkiem, ledwie co zbrukany przez trzy zimy i cztery lata.

— Klaudyno, czy to koszary?

— Nie, to tylko szkoła!

— Biedne oślątka...

— Dlaczego „biedne oślątka“? Zaręczam, że się tam nie głupieje.

— Ty djabelku, nie. Ale inne! Czy wejdziemy? Czy więźniom składa się wizyty o każdej porze?

— Gdzie się pan wychował, panie Renaud? Nie wie pan nawet, że teraz są wakacje?

— Nie! Więc przywiodłaś mnie tu, abym zobaczył puste więzienie i to ma być cel, do którego drżałaś jak wózek bez materacy?

— Może materace... bez wózka?! odcinam zwycięsko, gdyż rok wspólnej podróży wystarczył, aby wzbogacić mój słownik „prawdziwie paryski“.

— Czyżbym cię pozbawiał deseru?

[ 25 ]— Czyżbym wzięła pana na dyjetę?

Nagle poważna, zamilkłam, czując pod mą ręką klucz w ciężkiej okratowanej furcie. Jak niegdyś...


U studni na podwórzu mały zardzewiały kubek wisi na łańcuchu, tensam! Mury, białe przed dwoma laty, białe jak kreda, odrapane aż do wysokości ramion, jakby przez tysiące pazurów nerwowych a czynnych. Ale trawa nędzna wakacyjna porasta ziemię między cegłami ścieku.

Nikogo,

Renaud postępuje za mną. Wstępuje na pięterko po sześciu stopniach, otwieram jakieś drzwi, znajduję się w korytarzu wyłożonym taflami, ciemnym, który łączy „wyższy kurs“ z trzema klasami niższemi... Ten powiew smrodliwej świeżości — zamiatanie, atrament, pył z kredy, tablice czarne, zmyte brudną gąbką — tłumią zwykłe wzruszenie. Lekki w swych ciszkach mały cień Luci w fartuszku czarnym, czyż nie skrada się w kąciku koło muru, nie przypada do mych sukien, natrętnie i czule.

Chwieję się, czuję, że policzki mi drżą; lekki cień w ciszkach, w czarnym fartuszku, otwiera drzwi wielkiej sali... Ale nie, to nie Lucia; piękny buziak o przeźroczystych oczach, jakich do tej pory nigdy nie widziałam. Pewna siebie, czując się prawie jak w domu, postępuję naprzód:

— Tam jest przełożona?

— Nie wiem, proszę pani...ienki. Zapewne na górze.

— Dobrze, dziękuję. Ale... panieneczka nie na wakacjach?


[ 26 ]— Jestem pensjonarka, która spędza wakacje w Montigny.

Toż ona jest całkiem ładniutka ta pensjonarka, spędzająca wakacje w Montigny! Włosy kasztanowate, splecione w warkocz w fartuszku czarnym; pochyla się i kryje swą świeżą buźkę całkiem miluchno, a złotawe oczy, więcej piękne niż żywe, oczy łani, która spogląda za... przejeżdżającym automobilem.

Jakiś głos przenikliwy (och poznałam go) spada na nas ze schodów:

— Pomme[1] z kimże rozmawiasz?

— Z... Kimś, proszę pani! krzyczy zażenowana, biegnąc po schodach prowadzących do sypialni i apartamentów prywatnych.

Uśmiechnąwszy się, spojrzałam na Renaud’a. Był zainteresowany, nos mu się ruszał.

— Słyszysz Klaudyno? Pomme! Możnaby ją ugryść! Co za szczęście, że jestem już w tym wieku, w którym...

— Cicho, grubszy zwierz z pod dziewiątki zbliża się.

Nagły, szmer, krok wyraźny kogoś schodzącego i panna Sergent zjawia się w czerni. Włosy czerwone rozżarzone słońcem zachodzącem, tak niezmieniona, że miałam ochotę ukąsić ją, skoczyć jej na szyję za całą przeszłość, którą wnosiła we wzroku czarnym i lśniącym.

Przez dwie sekundy zatrzymuje się; to wystarcza, wszystko widziała: naturalnie, że jestem Klaudyną, że mam ucięte włosy, oczy większe, twarz [ 27 ]mniejszą, że Renaud jest moim mężem i że to jeszcze (zapewniam was) piękny mężczyzna.

— Klaudyna! oh! nic się pani nie zmieniła... Dlaczego przybywasz bez uprzedzenia? Dzień dobry panu. Tamto dziecko nic mi nie mówiło o waszej wizycie! Czyż nie zasługuje na przepisanie dwustu wierszy? Czy ona zawsze taka młodziutka i po prostu niemożliwa? Czy pan jest pewny, że był już czas, żeby wyszła za mąż?

— Nie, pani, tej pewności zupełnie nie posiadam. Tylko ja nie miałem wiele czasu przed sobą, a przecież zwlokłem chyba do ostateczności.

Dobrze idzie, będą przyjaciółmi, nawiązuje się. „Paniusia“ lubi pięknych samców, zwłaszcza trochę jeszcze użytecznych. Jak oni się rozumieją.

Podczas gdy rozmawiają, wybieram się na przegląd wielkiego kursu, szukam mego stołu, gdzie Lucka była moją sąsiadką. Odkryłam wreszcie, pod rozlanym atramentem, pod świeżymi lub zbladłymi już znakami resztę napisu zrobionego nożem „..uc.. i Klaudy.. 15 luty 189“.

Czy dotknęłam miejsca tego wargami? Nie powiem tego... Patrząc z tak bliska usta mole jak gdyby musnęły... Ale skorobym nie chciała kłamać, powiedziałabym, że zdaję sobie sprawę, że zbyt ostro obeszłam się z usłużną czułością małej Luci i trzeba było aż dwu lat, męża i powrotu do tych murów, aby pojąć jej pokorę, świeżość i tak słodko ofiarowywane zboczenie.

Głos panny Sergent przerwał moje marzenia:

— Klaudyno! Przecież to nonsens! Twój mąż mówi mi, że walizki państwa zostały u Lange’a!

[ 28 ]— Przepraszam, a jakże inaczej? nie mogłam przecie nocnej koszuli zostawić u portjera na dworcu!

— To jest zupełnie śmieszne! Mam masę pustych łóżek na górze, nie licząc pokoju panny Lanthenay...

— Jakto! Panny Aimée nie ma! krzyknęłam z dużem zdziwieniem.

— No, no, gdzież twoja głowa?

(Zbliżyła się, pogłaskała mnie po włosach z ironią słabo ukrywaną.)

— Podczas wakacji, pani Klaudyno, damy klasowe wracają do swych rodzin.

(Masz djable kaftan! Ja tak liczyłam na widowisko „Sergent-Lanthenay“, aby zbudować i rozweselić Renaud’a. Wyobrażałam sobie, że nawet wakacje nie mogły rozdzielić tego związku tak zjednoczonego... Ale, ten mały rudasek Aimée nie będzie tam długo siedział, u tej swojej rodziny! Rozumiem teraz ten nadmierny wylew uprzejmości: Renaud i ja, nie przeszkodzimy żadnemu téte-a-téte... A jaka szkoda!)

— Dziękuję pani za propozycję; będę bardzo zadowolona, odmłodziwszy się trochę spędzeniem nocy w szkole... Zatem, cóż to za „Pomme“ zielone, które nas przyjęło?

— To żółtodziób, który jeszcze nie dostał pozwolenia na złożenie ustnego egzaminu. Piętnaście lat! głupia historja! Spędza wakacje tu za karę, lecz nie można inaczej. Jeszcze dwie mam takie, na górze, małe Paryżaneczki, które tu zostają do października... Zobaczysz to wszystko... chodźże naprzód zainstalować się...

[ 29 ]Obrzuciła mnie z boku wzrokiem i zapytała jak najnaturalniej:

— Czy państwo życzą sobie nocować w pokoju p. Aimée?

— Chętnie będę spała w pokoju panny Aimée!

Renaud postępuje za mną, wietrzy coś i bawi się. Nieudolne rysunki dwu kolorowe, przypięte czterema pluskiewkami na murze korytarza, wypełniają mu nozdrza rozradowaniem, więc rusza wąsami ironicznie.

Pokój faworytki... Wypiękniał, odkąd ja... To łóżko białe na półtorej osoby, te zazdrostki w oknach a garnitur kominkowy (aj!) alabaster i skóra, świecąca staranność, która tam panuje i lekkość perfum, unoszących się z fałdów firanek gwałtownie mnie zajmują.

- Przyznaj, moja mała, mówi Renaud, zamykając drzwi, gościnne pokoje to wyborna rzecz?! Czuję się znacznie zbliżonym do Twej przełożonej...

(Parsknęłam śmiechem.)

— Ah! la! la! Wyobrażasz sobie, że to zwykłe umeblowanie? Przypominasz sobie: opowiadałam Ci nieraz obszernie o Aimée i o roli, jaką tu gra ta osławiona faworytka. Każda inna dama klasowa zadowala się żelaznem łóżkiem, metrów zero, dziewięćdziesiąt, stołem z białego drzewa, miednicą, w której wykąpać można najwyżej dziecko Fanszetki.

— Oh! jakże to, więc, to pokój, gdzie...

— Mój Boże, tak, to tu, w tym pokoju...

— Klaudyno, nie uwierzyłabyś nawet, jak te niepewne wspomnienia na mnie działają...

Tak, tak, mogłabym bardzo dobrze uwierzyć. [ 30 ]Ale jestem rozsądnie ślepa i głucha, a skandalicznemu łóżku przypatruję się z pewnym grymasem. Możliwe, że jest wystarczające, szerokie dla nich, ale nie dla nas. Będę cierpiała. Renaud będzie nie do zniesienia. Będzie mi gorąco i nie będę mogła ułożyć nóg w romb. A potem to rozmarzające znużenie wewnętrzne! sza!

Trzeba otwartego okna i tego drogiego znanego widoku, aby wrócił mój dobry humor. Drzewa, pola wązkie, biedne, zżęte, glina oróżowiona zachodem...

— O Renaud! zobacz ten dach płócienny! Tam robią garnki małe, bronzowe i polewane, garnuszki o dwóch uchach z małem wybrzuszeniem.

— Taka filiżaneczka... dobra na raz...

— Niegdyś, gdy byłam jeszcze całkiem smarkata, garncarze, którym z pasją się przypatrywałam, dawali mi małe garnuszki bronzowe i płaskie miseczki i mówili z dumą, poprawiając swe rękawiczki z mokrej gliny: „My dostarczamy stale do hotelu des Adrets w Paryżu“.

— Rzeczywiście, mój fryzowany pasterzu? Ja, stary człowiek, piłem raz czy dwa z tych czarek, nie zgadując, że Twe delikatne paluszęta muskały może ich brzuszki Kocham cię...

Gwar świeżych głosów i rozliczne dreptania rozłączyły nas. Kroki z korytarza ustały pode drzwiami; głosy zniżyły się szepcąc; zapukano dwa razy bojaźliwie:

— Proszę!

Pomme zjawiła się, zarumieniona i przejęta ważnością chwili:

— To my przynosimy właśnie rzeczy Państwa, które ojciec Racalin sprowadził od p. Lange.

[ 31 ]Za nią cisną się czarne fartuszki, jeden malec w wieku dziesięciu lat. Śmieszny, wesoły, rudy, znów jakaś brunetka może czternasto- piętnasto-letnia, blada o oczach czarnych, żywych i świecących. Stropiona mym wzrokiem cofnęła się, a temsamem pokazała inną brunetkę w tymże wieku, też bladą, o podobnych oczach... Jakież to zabawne! Pociągnęłam je za ramiona:

— lleż was jest w tym guście?

— Dwie tylko: to moja siostra.

— Odrazu domyśliłałam się... jesteście nie tutejsze, słyszę to.

— Oh, nie!... mieszkamy w Paryżu.

Ton, nieznaczny uśmiech, pół-wstrzymywany, jakiejś pogardliwej wyższości na okrągłych buziach. Do schrupania, naprawdę!

Pomme dźwiga ciężką walizkę, którą Renaud z pośpiechem odbiera od niej.

— Pomme, ile pani ma lat?

— Piętnaście lat, dwa miesiące, proszę pana.

— Pani nie jest zamężną?

Ot wszystkie zaczynają się śmiać jak kury! Pomme z prostotą zanosi się od śmiechu, zaś siostry ciemne i jasne mają więcej kokieterji. A fąfel dziesięcioletni, skryty wśród włosów koloru marchwi, no ten pewnie zachoruje. Pysznie! Odnajduję moją „Szkołę“!

— Pomme, pójdź za Renaud’em bez wzruszenia, jestem pewną, że lubicie cukierki!

Pomme popatrzyła na niego swemi brudno-czerwonemi oczami, jak gdyby oddając duszę:

— Oh! tak panie!

[ 32 ]— To dobrze, zaraz poszukam. Zostaw, kochanie, znajdę sam.


Zostaję z małemi, które trzymają się więcej korytarza i aż drżą, skrobiąc paznokciami drzwi „pani“. Chcę zaprzyjaźnić się z niemi i rozbisurmanić je.

— Jakże się nazywacie, maleństwa czarne i białe?

— Helena Jousserand, proszę pani.

— Izabella Jousserand, proszę pani.

— Nie nazywajcie mnie „proszę pani“, młode duraski. Ja jestem Klaudyna. Nie wiecie, kto jest Klaudyna?

— O! Tak! wykrzyknie Helena (najładniejsza i najmłodsza). Paniusia mówi nam zawsze, gdy któraś coś zbroi...

(Siostra ją trąca: ta urywa).

— Wal dalej, wal! Nie zwracaj na nią uwagi!

— No, ona mówi: „Słowo honoru, trzeba uciekać. Możnaby myśleć, że wróciły czasy Klaudyny!“ albo: „Oto kto jest godny Klaudyny, moje panienki!“

(Porwana, tańczę taniec apaszów!)

— Co za pycha! To ja, to straszydło, ten potwór, postrach legendarny!... Czyż naprawdę jestem tak brzydka, jak myślałyście?

— Wcale nie, wyrwało się małej Helence z obawą i pieszczotliwem przysłonięciem swych słodkich oczu długiemi i gęstemi rzęsami.

Zmysłowa dusza Lucki udziela się temu domowi. Ona ma wpływ, czego dowodem inne przykłady... [ 33 ]Staram się rozgadać je, te dwa małe dziewcząteczka. Oddalmy trzecią.

Mówię zatem:

— Pójdź, zobacz na korytarzu, czy mnie tam nie ma!

(Marchewkowy rudasek krzywi się, umiera z ciekawości, ale się nie rusza.)

— Nana, nie słyszysz!? krzyknie Helena Jousserand, różowa z gniewu. Czekaj stara, jeżeli zostaniesz, powiem Pani, że za okruszki z czekolady nosisz listy Luizy na podwórze chłopców!

Mikruska, już nie było. Trzymając ręce na plecach obu sióstr, przypatruję się im całkiem z bliska. Helena jest milsza, Izabella poważniejsza, z ledwie dostrzegalnym puchem pod noskiem, który z czasem będzie niemiły,

— Heleno, Izabello jak dawno wyjechała panna Aimée?

— Już... dwanaście dni, odpowie Helena.

— Trzynaście, poprawia Izabella.

— Powiedzcie, tak między nami, czy zawsze jest zgoda między panią a nią?

(Izabella zczerwieniła się, Helena zaśmiała).

— Dobrze, o więcej nie pytam. Tak było za moich czasów; już trzy lata, jak ta... przyjaźń trwa, moje dzieci!

— A!

Padło równocześnie z ust obu.

— Wybornie, dwa lata, jak opuściłam szkołę i widziałam je ciągle razem przez calusieńki rok... rok, którego nie zapomnę... A, powiedzcie mi, ona jest zawsze ładna, ten potwór, mała Lanthenay.

[ 34 ]— Tak, powiada Izabella.

— Nie tyle, co pani, mruczy ułaskawiająca się Helena.

Jak to robiłam Lucce, przez pieszczotę, pakuję jej paznokcie w kark. Ani mrugnęła. Powietrze tej szkoły upaja mnie.

Uprzejma Pomme słucha z rękami opuszczonemi, buzią napół otwartą, ale bez zainteresowania. Jej dusza jest nieobecna. Stale pochyla się ku oknu, aby wyjrzeć, czy cukierki nie zbliżają się.

Chcę jeszcze wiedzieć...

— Helenko, Izo, gadajcie mi, któż tam jest teraz w pierwszej gwardji?

— Jest... Liline, i Matylda...

— Nie! Już? A, prawda, dwa lata... Liline jest jeszcze? Nazywałam ją Joconde. Oczy szaro-zielone, spokój w kącikach zaciśniętych ust...

— Ale! przerywa Helenka z różowemi wilgotnemi wargami, już nie jest tak ładna, a szczególnie tego roku...

— Niech pani nie wierzy, dopowiada bardzo szybko Iza-Wąsata, ona jest najlepsza ze wszystkich!

— Wiadomo dlaczego tak mówisz i wszystkie wiedzą, dlaczego was pani rozsadziła podczas wieczornych kursów; gdy „powtarzacie“ z tej samej książki!...

(Piękne oczy starszej napełniły się świecącemi łzami.)

— A możeby zostawić siostrę w spokoju, mała żmijko! 1 ty nie masz minki świętej! To dziecko naśladowało tylko przykład, dany przez panią przełożoną i Aimée, pozatem...

[ 35 ]W głębi szalałam z radości; dobrze idzie. Szkoła robi postępy! Za moich czasów jedyna Lucka pisała do mnie bilety; jedyna Anais lubiła chłopców. Te zaś, jakie są miłe! Nie żałuję doktora Dutertre, który stale daje się wybierać z powiatu.

Warto było oglądać naszą grupę; z prawej brunetka, z lewej brunetka, w środku zaś podniecona loczkowała główka Klaudyny, a ta świeża Pomme niewinnie zamyślona... niech wejdą starsi panowie!... Gdy mówię „starsi“ wiem kto. Młodzi jeszcze... Renaud nie spóźni się z wejściem...

— Pomme, spójrz przez okno, czy fen pan cukierkowy nie wraca!... Czy to jej imię, Pomme? zapytałam mej ładniutkiej Helenki, opierającej się poufale o moje plecy.

— Tak, ona nazywa się Marja Pomme; mówią do niej zawsze „Pomme“.

— Nie pokazała wam, gdzie pieprz rośnie? co?

— Co do mnie, nie. Ale nie robi hałasu i zwykle jest takiego zdania, jak wszyscy.

Myślę, one spoglądają na mnie. Pewne siebie małe zwierzątka badają okiem ciekawem i lekką lapką moje ucięte włosy. „To naturalna jej fryzura, nieprawdaż?“ pasek z białego daniela, szeroki na dłoń: „widzisz, mówiłaś, że nie noszą już szerokich pasków“ i jego sprzączkę z matowego złota, teraz — wszystko, co mam — od Renaud’a, mój kołnierz bardzo sztywny, a pomięty i moją bluzkę z płótna niebieskiego do prania w duże faldy... Czas płynie... Zdaje mi się, że odjeżdżam jutro; że wszystko jest krótkiem marzeniem; jakbym chciała, zazdrosna o teraźniejszość, która jest już moją przeszłością, zosta[ 36 ]wić tu jakiś znak po sobie, lub komuś wspomnienie dotkliwe a słodkie... zaciskam me ramiona na plecach Helenki, i szepcę głosem przenikającym:

— Gdybym była twoją szkolną towarzyszką, mała Helenko, czy kochałabyś mnie, jak twoja siostra Liline?

Jej hiszpańskie oczy, w kącikach opuszczone, otwierają się szeroko i prawie z trwogą: później las rzęs opuszcza się, a plecy wyprostowują.

— Nie wiem jeszcze...

(Mnie wystarczy, już wiem).

Pomme, przy oknie, rozjaśniona krzykiem radoścl: „Pakiety pakiety! Ona ma pakiety!“

Po tym wybuchu, wejście Renaud’a spowodowało ciszę nabożną. Kupił wszystko, co średnia cukierenka w Montigny była w stanie ofiarować: począwszy od herbatników czekoladowych z kremem, aż do karmelków w paski, do angielskich cukierków o posmaku winnego jabłecznika.

Wszystko jedno, tyle cukierków!... Ja chcę też! Renaud, zatrzymuje się na progu, przypatruje się chwilę naszej grupie z uśmieszkiem... który widziałam już nieraz... i lituje się wkońcu nad drżącą Pomme.

— Pomme, co pani woli?

— Wszystko! — wyrzuca z siebie oszołomiona Pomme.

— O! krzykną dwie inne oburzone, jeśli wolno!

Pomme, postępuje za Renaud’em, który rośnie z przyjemności. — Dam pani tę torbę, jeśli mnie pani uściśnie... Pozwolisz Klaudynko?

— Do djabła, co mi to szkodzi?

Pomme waha się przez cztery sekundy, walczy [ 37 ]między rozkiełzanem łakomstwem swem, a świadomością dobrych obyczajów. Blaga swym wzrokiem czerwono-brudnym a słodkim niechętne towarzyszki, mnie, niebo, pakunki, które mój przyjaciel podaje jej końcami palców... Wreszcie z głupowatą gracją swej drobnej figurki rzuca się na szyję Renaud’owi, dostaje torebkę i odchodzi, zaczerwieniona, otworzyć w kąciku..

Rzucam się w czasie tego na pakiet z czekoladą, pomagają mi milcząco, lecz szybko, obie siostrzyce. Mała rączka Heleny wchodzi i wychodzi to z torby, to z buzi, pewnie i niezmordowanie... Któżby przypuścił, że ta drobna buziuchna jest tak przepaścista!

Przenikliwy dzwonek przerywa nam i kończy przypatrywanie się Renaud’a. Małe dzieweczki przestraszone uciekają, nie powiedziawszy dziękuję, nie patrząc na nas, jak koty-złodzieje...


Kolacja w refektarzu bawi doskonale Renaud’a, a mnie nudzi. Pewnej chwili, gdy liliowy mrok ciężył i osnuwał drzewa... wymykam się... A mój drogi Renaud jest taki zadowolony! Ah! Przełożona, spryciarka, znakomitą znalazła drogę, aby go zaciekawić! W tej białej sali, siedząc obok Renaud’a przy stole, nakrytym białym obrusem, przed temi małemi ładnemi dziewczynkami, które pozostały w swych czarnych fartuszkach i dzióbały każda swą sztukę mięsa z niesmakiem bębnów, które obsypano słodyczami. Przełożona mówi o mnie. Rozprawia szeroko, zniżając niekiedy głos, ze względu na zajęcze uszy strzyżących [ 38 ]obok nas dwu małych Jousserand. Znużona, słucham i uśmiecham się...

— ...Było to straszne chłopczysko, panie, i długo nie wiedziałam, co z nią robić. Między czternastym a piętnastym rokiem najczęściej była dwadzieścia stóp nad ziemią, zdawała się być zajętą wyłącznie pokazywaniem „do oczu“ swych nóg... Widziałam nieraz okrucieństwo dzieci wobec starszych... (o jej!) Została, jaką była, słodką dzieweczką... Aczkolwiek ona nie lubila mnie, to jednak odczuwam przyjemność, widząc ją zmienioną... taką giętką, pewną w ruchach... Schody tu prowadzące, nie widziałam, aby inaczej przechodziła, jak siedząc na poręczy, jakby na koniu. No, proszę pana, co to za przykład!?

Ta perfidja macierzyńskiego tonu bawi mnie stale, a w oczach Renaud’a zapala czarne, niebezpieczne światełko, które dobrze znam. Wpatruje się w Pomme i widzi Klaudynę, czternastoletnią Klaudynę, pokazującą aż „do oczu“ nogi („do oczu, pani! Od mego wyjazdu cały dom po prostu wszedł na górne tony“). On patrzy na Helenę i widzi Klaudynę okrakiem siedzącą na poręczy schodów, Klaudynę z jej filuternymi ruchami rąk, posmarowanych fioletowym atramentem... Noc będzie gorąca... I wybucha nerwowym śmiechem, gdy przełożona pozostawia go, aby krzyknąć: „Pomme, jeśli jeszcze raz weźmiesz sól palcami, każę ci przepisać pięć stron z Blanchetta!“

Mała, milcząca Helena, szuka mego wzroku i ucieka spotkawszy go. Jej siostra Iza jest stanowczo brzydszą; ten puch wąsów, nie osrebrzony światłem dnia, czyni jej twarz jakby dziecka źle obmytego.

[ 39 ]— Czy pani — mówi nagle Renaud — pozwoli jutro rano na nowe wydanie słodyczy?

Malec rudy i żarłoczny, który oblizał wszystkie półmiski i pozjadał wszystkie skórki z chleba podczas kolacji, oblał się rumieńcem pożądania. Nie! wzrok wzgardliwy trzech „wielkich“ już był dostatecznie brudny!

— Zezwalam. — odpowiada przełożona — Choć one nie zasługują na to, darmozjady! Ale wypadek tak wyjątkowy! Jakże będziecie dziękowały, małe sroki?... No idźcie spać! Zaraz dziewiąta!

— Oh, czy pani pozwoli, aby Renaud zobaczył sypialnię, nim mikruski pójdą spać?

— Aj Mikrusko ty! Dobrze, może, — zdecydowała, wstając — A wy nieporządnickie, uważać, abym nie znalazła szczotki gdzieś nie na swojem miejscu!


Biało-szare, biało-niebieskie, biało-żółte: mury, firanki, łóżeczka wąskie, które wyglądają jak dzieci nadto silnie spowinięte. Renaud wchłaniał unoszący się zapach młodych, zdrowych dziewcząt, zapach śpiących, woń suchą opieprzoną miętą bagien, z którą worek kołysze się u sufitu; jego czuły nos analizuje, smakuje i zastanawia się. Przełożona, z przyzwyczajenia, zanurza rękę, straszną rękę pod wałek w łóżku, wyobrażając sobie, że tam znajdzie nadgryzioną czekoladę, zakazane wydanie za dziesięć centimów...

— Czy ty tu sypiałaś, Klaudyno? - zapytuje cichutko Renaud, którego rozpalone palce przebierają po moich plecach.

[ 40 ]Dobre ucho przełożonej podchwyciło pytanie: odpowiedziała w mojem imieniu!

— Klaudyna? nigdy! Nie życzyłam sobie tego. W jakimże stanie znalazłaby się nazajutrz sypialnia, — i pensjonarki?

„I pensjonarki“ ona powiedziała! Czyż naprawdę? Nie mogę, moja skromność się burzy przed tolerowaniem tych aluzji. Uciekajmy spać!

— Wszystko widziałeś, Renaud?

— Wszystko!

— Więc chyba chodźmy — dodała.

Zachichotano za naszymi plecami. Domyślam się, co tam mruczą małe bruneteczki: „powiedz, więc ona idzie spać z tym panem do łóżka panny Aimée?... To łóżko jeszcze nigdy nie widziało tylu ludzi!“

Odchodzimy. Rzucam uśmiech malej Helence, która zaplata włosy do spania, spierając brodę gdzieś aż na plecach. Wreszcie zabieramy się!


Pokój wąski i jasny, nadto jaskrawa lampa, okno niebieskie od czystej nocy: kot, mała poczwarka aksamitna spaceruje wzdłuż niebezpiecznej listewki okna!...

Wzrastający zapał mego pana męża, który przez cały wieczór stykał się z młodziusieńkiemi Klaudynami, słabnie: ściąga kąciki ust w zwykły uśmiech...

Krótki sen Klaudyny, śpiącej na brzuchu z rękami zarzuconemi na lędźwie, niby skuty zbrodniarz, jak mówi Renaud...

Jutrzenka, która pociągnęła mnie w koszuli z łóżka [ 41 ]ku oknu, aby zobaczyć mgłę, żeglującą po drzewach od strony Montiers i aby usłyszeć tuż tuż kowadło Choucas’a, które dzwoni tego ranka, jak tamtych innych, na fon wysoki...

To wszystko, co mi zostało, z owej nocy.


Jeszcze się nic nie rusza w szkole, nie ma więcej niż szósta. Ale Renaud przebudza się, gdyż nie czuje mnie obok; słyszy srebrzyste uderzenia kowala, i poczyna gwizdać motyw kucia z Zygfryda...

Poranek Ładny, rzecz bardzo ważna dla mężczyzny! Rozpoczyna zawsze od tego, że przeczesuje ręką włosy na lewo, potem rzuca się na karafkę z wodą i pije dużą szklanicę. To mnie dziwi! Jak można pić rano coś zimnego? A jeśli ja tego nie lubię, jakże może on lubieć!

— Klaudyno, o której pojedziemy?

— Nie wiem. Tak prędko?

— Tak prędko. Nie należysz do mnie w tej miejscowości. Ty mnie zdradzasz z każdym hałasem, zapachem, wszystkiemi znajdującemi się twarzami; każde drzewo posiada cię...

(Uśmiecham się. Ale nie odpowiadam, gdyż zdaję sobie sprawę, że jest w tem trochę prawdy. A że nie ma tu już mego łóżka...)

— Pojedziemy o drugiej.

Rozpogodzony. Renaud patrzy na trochę słodyczy, leżących na stole.

— Klaudyno, a gdybyśmy tak poszli zbudzić małe słodyczami. Co myślisz o tem?


[ 42 ]— No! Jeśli przełożona nas zobaczy...

— Obawiasz się zemsty?

— Aha... Zresztą sza, będzie heca, jeśli wlezie na nas!

— O Klaudynko! Jakże kocham twoją szkolną duszyczkę! Pójdź, jakże cię wchłaniam, drogi, mały, otwarty zeszyciku...

— Ou, ściągasz ze mnie kołdrę, Renaud ... A przełożona wstanie, jeśli się spóźnimy...

On w niebieskiem ranniku, ja biała w swej długiej, wielkiej nocnej koszuli, włosy na oczach, idziemy, milcząc, objuczeni cukierkami. Nadsłuchuję pod drzwiami sypialni... Nic. One są cichuśkie, jakby martwe. Otwieram całkiem powoli...

Jak one mogą spać, nikczemne bębny, przy dniu tak wielkim, gdy słoneczko otula białe firanki!

Zaraz wyszukuję łóżeczko Helenki: nawet nie widać jej drobnej twarzyczki, tylko czarny warkocz, jak wąż rozłożony. Obok niej, jej siostra Iza leży na wznak, długie rzęsy spływają po buzi, mina poważna i jakby uprzedzona; a dalej smarkacz rudy, w rozrzuconej pozycji, ramię tu, ręka tam, usta otwarte, peruka z aureolą słodko roztrzęsioną... Lecz Renaud przypatruje się przedewszystkiem Pomme — Pomme, której było za gorąco, więc śpi okutana w koszulę nocną z długimi rękawami, głowa na wysokości kolan, a okrągły miły tył wypięty... Warkocz związany, włosięta po chińsku lśniące, jedna buźka czerwona, druga różowa, usta zamknięte, a pięści zaciśnione.

Jakie to wszystko miłe! Jak ta Szkoła wypiękniała! Za moich czasów pensjonarki były natchnione czystością przez samego Dutertra...


[ 43 ]Pociągany jak ja, i jeszcze inaczej, Renaud, zbliżył się ku łóżku Pomme, bezsprzecznie swojej wyróżnionej, rzucił na jej gładką twarzyczkę duży kawał zielonej pistacji. Buzia zadrżała, ręce otworzyły się i miły tył poruszył się.

— Dzień dobry Pomme.

Brudno-czerwone oczy zaokrągliły się, zdziwione a uprzejme. Pomme siada i nic nie rozumie. Ale ręka spoczęła już na cukrach zielonych i szorstkich. Zrobiła „ah“, dzióbem, jak wisienka, i rzecze:

— Dzień dobry, panu.

Na ten głos jasny, na mój śmiech firanki u łóżka Helenki falują, warkocz, jak wąż rozciągnięty, rusza się, i Helena ciemniejsza niż piegża[2] na swem białem posłaniu tarabani się głośno. Sen powoli ją opuszcza, patrzy na nas, odświeża wrażenia wczorajsze, chwyta dzisiejsze, i jej buzia żółtawa staje się różową. Rozczochrana a miła, odsuwała ręką wielki mech uparty, który odgradza jej mały nos. Później odkrywa Pomme z pełnemi ustami.

— A! — krzyczy z kolei — Ona wszystko zje!

Jej krzyk, jej wyciągnięte ramiona, jej trwoga naiwna zachwycają mnie. Przykucam w nogach jej łóżka, podczas gdy ona podwija nogi pod siebie, równocześnie rumieniąc się.

Jej siostrzyca przeciąga się, coś mamrocze, przykrywa wstydliwie wielką nocną koszulą, trochę rozpiętą, swe ręce. A lampart, koloru marchewkowego, Nana, jęczy z łakomstwa, w końcu sali, wykręcając palce... bo Pomme, sumienna a niezmordowana, ciagle i ciągle je cukierki...

[ 44 ]— Renaud, to straszne! Pomme jest pełna wdzięków, przyznaję, ale daj też słodycze Helence i innym!

Uroczyście kiwa głową i oddala się:

— Dobrze, że wszyscy słuchają! Nie dam już więcej ani jednego cukiereczka... (milczenie pełne niepokoju) kto nie zechce sobie poszukać.

Patrzą przerażone. Lecz mała Nana z nogami grubaśnemi, już napół z 1óżka spuszczonemi, gdyż ogląda je, czy dość czyste i czy można je pokazać, szybko unosi swą wielką koszulę, aby się nie potknąć, biegnie do Renaud‘a swemi nagiemi łapkami, które człapią po podłodze, rozczochrana, jak bęben w szopce Bożego Narodzenia. Ot i właścicielka związanej torebki, którą rzuca jej Renaud, powraca do łóżka, jak zadowolony piesek.

Pomme nie może dłużej wytrzymać i z kolei tryska ze swej pościeli; nie troszcząc się o łydkę, którą przez sekundę złoci światło, biegnie do Renaud’a, który unosi wysoko rozpływające się smakołyki!

— Oh! płacze, za mała jestem!

A ponieważ wczoraj wieczór, to udało się, zarzuca ręce Renaud’owi na szyję i obejmuje go. To pójdzie też jeszcze i dzisiaj. Ta zabawa zaczyna mnie złościć...

— Idźże Heleno, mruczy Iza wściekła.

— Idź ty sama. Tyś większa i bardziej łakoma.

— To nieprawda!

— Ou! nieprawda? To dobrze, ja nie idę... Pomme wszystko zje... Choćby miała zrzucić...

— Rozmyślając, że Pomme zje wszystko. Iza wyskakuje na ziemię, podczas gdy ja przytrzymuję Helenę za cienki grzbiet pod bielizną:


[ 45 ]— Nie chodź Helenko, dam ci, ja ci dam.

Izabella zwycięska wraca. Lecz podczas, gdy śpiesznie wskakuje w łóżko, rozlega się piskliwy głos skomlącej Nany:

— Iza ma włosy na nogach! ona ma włosy na nogach! pełno!

— Bezwstydna! Bezwstydna! krzyczy oczerniona, zagrzebując się w łóżko, nie chce pokazać nic prócz błyszczących rozgniewanych oczu. Gniewa się i grozi Nanie: potem chrypnie i zalewa się łzami na wałku łóżka.

— No spójrz, Renaud! co się dzieje!

(On śmieje się tak strasznie, niedobry chłopiec, że opuścił na ziemię ostatni rozdarty worek).

— W co mam to zebrać? pytam małej Heleny.

— Nie wiem, ja tu nic... ah! tam moja miednica, trzecia na umywalni...

(Do miednicy z polewanej blachy, zanoszę wszystkie te kolorowe brudasy).

— Renaud zobacz, zdaje mi się, że ktoś idzie?

I zostaję w siedzącej pozycji na łóżku małej Helenki, która ssie i gryzie, patrząc na mnie z podełba. Kiedy uśmiecham się, bardzo szybko czerwienieje, potem się przemaga i uśmiecha się też. Ona ma uśmiech wilgotny, a wejrzenie świeże i do pożarcia...

— Czemu śmiejesz się Helenko?

— Patrzę na pani koszulę. Trochę wygląda pani na pensjonarkę, wyjąwszy to płócienko... nie, ten batyst? i to co widać w środku.

— Ale bo też ja jestem pensjonarką! Nie wierzysz?


[ 46 ]— O! nie... a jaka szkoda.

(Dobrze Idzie. Zbliżam się).

— Podobam ci się?

— Tak... bardzo, — mruczy, jakby wzdychając.

— Chcesz mnie uścisnąć?

— Nie. — żywo protestuje, całkiem cicho i prawie przerażona.

(Pochylam się i mówię jej tuż nad uchem).

— Nie? znam to nie, które ma znaczyć tak... Ja je też niegdyś mówiłam...

Oczami, które błagają, pokazuje towarzyszki. Czuję, że jestem zła i ciekawa! I na nowo pragnę ją męczyć, jeszcze bliżej... gdy drzwi otwierają się, wchodzi Renaud, poprzedzany przez przełożoną w penioarze, ale cóż mówię, w szlafroku, już uczesaną paradnie.


— Więc, pani Klaudyno, kusi panią pensja?

— Eh! W tym roku może nęcić.

— Tylko w tym roku? Jakże małżeństwo zmieniło moją Klaudynkę!... No, moje panny, czy wy wiecie, że prawie ósma dobiega? O trzy na dziewiątą będę robiła wizytację pod łóżkami, a jeśli znajdę najmniejszą drobnostkę każę to zamieść językiem!

Wychodzimy razem z nią z sypialni.

— Pani nam wybaczy, to podwójne wtargnięcie rano? powiadam w korytarzu.

Mile obojętna odpowiada półgłosem:

— Oh! te wakacje! A ze strony męża chcę upatrywać rodzaj zwykłego... ojcowskiego psucia dzieci!

Nigdy jej tych słów nie przebaczę.


[ 47 ]Przypominam sobie przechadzkę przed obiadem, pielgrzymkę, którą chciałam odbyć do progu „mego“ domu dawnego (który stał mi się jeszcze droższym przez pobyt w tym obrzydłym Paryżu), trzymającego mnie mimo ściśnięte serce nieruchomo przed gankiem o podwójnych schodach i czerniejącą żelazną rampą. Wpatrzonemi oczyma przyglądałam się zużytemu łańcuchowi miedzianemu, na którym obwieszałam się, aby zadzwonić za powrotem do Szkoły; tak mu się przypatrywałam, czując go w ręce. I podczas gdy Renaud wypatrywał okno mego pokoju, podniosłam na niego oczy szklane od łez!

— Już chodźmy, przykro mi...

Przepełniona mym smutkiem przycisnęłam się do jego ramienia, a on milcząco zabrał mnie. Nie mogłam się oprzeć, aby nie kiwnąć ręką w stronę okiennicy przyziomu... i ot...


I ot, teraz, jakże żałuję, że chciałam przybyć tu, pędzona do Montigny żalem, miłością i dumą. Tak jest, dumą też. Chciałam pokazać mego pięknego męża... Czyż to rzeczywiście mąż, ten patryarchalny kochanek, ten rozkoszny opiekun?... Chciałam zrobić psikusa przełożonej i jej nieobecnej Aimée. A wreszcie — to będzie mi nauką — mnie małej, trwożliwej, nie wiedzącej dobrze, gdzie jej właściwy dom.

Przezemnie obiad idzie jak po grudzie. Przełożona nie rozumie, co znaczy moja zrozpaczona mina (ja tem mniej); dziewczynki przepchane słodyczami, nie jedzą. Tylko Renaud śmieje się, pytając Pomme:

[ 48 ]— Czy pani na wszystko, o co panią pytają, odpowiada „tak“?

— Tak panie.

— Godni pozazdroszczenia, różowa i okrągła Pomme, którzy się do pani zbliżą. Należy się pani piękna i pogodna przyszłość.

Czuł na sobie zirytowane spojrzenie przełożonej, ta zaś wzrusza ramionami i mówi wprost w oczy Renaud’owi:

— O! to nie ma znaczenia w stosunku do niej, ona nic nigdy nie rozumie.

— Możeby tak w sposób namacalny — — — mówi Renaud z szelmoskim uśmiechem.

— Nie będzie pan miał czasu przed... odejściem pociągu. Pomme rozumie cośkolwiek dopiero na czwartym wykładzie...

Mój chłopczyk, pan małżonek, aż brzydnie z przerażenia, z przerażenia, na które wprost czatuje moja mała Helenka, nasłuchująca wszystkimi członkami. („Moja mała Helenka“, to imię, którem ją natychmiast ochrzciłam).

— Żegnaj! wszystko!

Właśnie gdy zamykam walizy, dzwonki i przekleństwa ojca Racalin dochodzą z podwórza.

— Do widzenia!

Kochałam i jeszcze kocham te korytarze ciemne, a białe, te koszary ze skrzydłami z różowej cegły, widnokrąg mały i pagórkowaty; kochałam antypatję, którą mnie darzyła przełożona, kochałam jej małą Aimée i Luckę, nie mającą o tem pojęcia.

Zatrzymuję się chwilę w sieni, ręką na zimnym murze.

[ 49 ]Renaud, na dole, pode mną rozmawia (jeszcze) z Pomme!

— Do widzenia pani!

— Do widzenia, panu!

— Napisze pani do mnie?

— Nie znam pańskiego nazwiska.

— Trudność usunięta. Nazywam się „Mąż Klaudyny“. Czy przynajmniej pożałuje mnie pani?

— Tak panie.

— Przede wszystkiem z powodu cukierków?

— Oh! tak panie!

— Pomme, ten zapał udziela i mnie bezwstydnej szczerości. Uściśnij mnie!


Poza mną lekkie dotknięcie... Moja mała Helenka stoi. Odwracam się, jaka ona ładna, gdy milczy, cała biała i czarna: uśmiecham się do niej. Chciałaby mi coś powiedzieć. Lecz wiem, że to zbyt trudne, więc patrzy tylko na mnie swemi pięknemi czarno-białemi oczami. Tak, jak na dole Pomme czepia się szyji Renaud’a, posłuszna i spokojna, ja obejmuję szyjkę tej małej milczącej dziewczynki, pachnącej ołówkiem z cedrowego drzewa i wachlarzem santałowym. Drży, potem skłania się, ja zaś na jej buzi sprężystej żegnam moją przeszłość...


O moja młodości miniona!?... Mogę tu nie kłamać... Helenka drżąca i już poirytowana, podbiega do okna, aby zobaczyć mój wyjazd. Nie dowiesz się, [ 50 ]kto ci udziela tego niespodzianego zmartwienia: ta, która całowała twoją przytulną i niezręczną buzię, to tylko upiór Lucki!


Zanim zacznę mówić do Renaud’a w powozie unoszącym nas, patrzę ostatni raz na wieżę, przygiętą przez potężną nawałnicę. Zasłania mi szczyty okrągłych pagórków. Wyładowałam się, wyrzekłszy słowa pożegnania, a teraz powracam do mego drogiego lekkomyślnego przyjaciela, który mnie uwielbia, i, aby nie stracić sposobności, ściska mnie. Przerywam mu...

— Powiedz no, Renaud, więc przyjemnie jest ściskać się z tą Pomme?

(Poważnie patrzę mu w oczy, i rozróżniam środek niebiesko-czarny).

— „Ta Pomme“! Ukochana, czynisz mi żywą przyjemność, poprostu zaszczyt, będąc zazdrosną!

— Oh! pan wie, że to nie zaszczyt: Pomme nie wydaje mi się tak zaszczytną zdobyczą.

— Moja maleńka, moja śliczniutka, gdybyś mi była powiedziała: „Nie ściskaj Pomme“! ja nie miałbym zasługi puszczenia jej.


Tak. Wszystko zrobi, co ja zechcę. Ale nie odpowiedział wprost na moje pytanie: „Czy przyjemnie ściskać tę Pomme“? On celuje w tem, że nie da się schwycić na niczem, w wyślizgiwaniu się, w zasypywaniu mnie wykrętnemi czułościami.

[ 51 ]Kocha mnie, to nie ulega wątpliwości, i więcej niż wszystko. Bogu dzięki, kocham go, to też pewne. Ale on jest więcej kobietą niż ja Jakże czuję się prostszą od niego, brutalniejszą... bardziej ponura... bardziej namiętną...

Unikam wyrażenia: więcej prawą. Mogłabym to powiedzieć przed rokiem i kilku miesiącami. W owym czasie nie próbowałabym tak prędko, na piąterku koło sypialni pod wpływem pożegnania mej przeszłości szkolnej, mego dziecięctwa w czarnej długiej koszuli obejmować tej buzi zroszonej i zimnej jak owoc świeżo zerwany... Ucałowałabym jedynie pulpit, na którym Lucka opierała swą upartą główkę.


Od półtora roku czuję, jak wzmaga się we mnie powoli i mile zepsucie, jakie winnam Renaud’owi. Przypatruję się, jak wielkie rzeczy stają się małemi, powaga życia maleje; zbyteczne błahostki, szkodliwości nadewszystko, przyjmują nadzwyczajną wagę. Lecz jakże mam się bronić przed nieuleczalną, a powabną lekkomyślnością, którą wnosi on, a ja z nim?

Jeszcze gorzej: Renaud odsłonił mi tajemnicę rozkoszy ofiarowywanej i odczuwanej, a ja ją zatrzymuję, bawię się nią z namiętnością, jak dziecko śmiercionośną bronią. On objawił mi moc, pewną a częstą, mojego długiego, delikatnego i muskularnego ciała — twardego grzbietu, prawie bez żył, skóry gładkiej, jak śliska waza, — moich oczu koloru egipskiej tabaki, które zyskały na głębokości i niepokoju: runa krótkiego i grubego koloru mało dojrzałego [ 52 ]kasztana... Całą tą nową siłą, posługuję się wobec Renaud’a tylko półświadomie, — a! tak — gdybym pozostała jeszcze dwa dni dłużej w szkole użyłabym ich do ćwiczeń na miłej Helence...


Tak, tak, nie dziwcie się, gdy powiem, że Renaud był przyczyną, dla której całowałam buzię mojej male] Helenki!




[ 53 ]
Mała, milcząca Klaudynko, o czem myślisz?

Pytał mnie, przypominam sobie, w Heidelbergu na terasie przed hotelem, podczas gdy oczy moje błądziły po obszernym wyginającym się Nekarze, po rozwalonych ruinach zamku u naszych stóp.

Siedząc na ziemi, podparłam brodę obu pięściami:

— Myślę o ogrodzie.

— O jakim ogrodzie?

— Oh! „o jakim ogrodzie“! No o ogrodzie z Montigny!

(Renaud rzucił swe jasne cygaro, gdyż on żyje, jak bóg, wśród chmur i...perfum).

— Śmieszna moja mała... Wobec tego widoku! Czyż ogród w Montigny jest piękniejszy, niż to?

— Ach, nie! Ale on jest mój.

Tak dobrze! Dwadzieścia razy mówimy o czemś, nie rozumiejąc. Pocałunkami, trochę wzgardliwymi, czułymi pocałunkami traktował mnie Renaud z głębi swej małej, rozleniwionej duszy osiadłego włóczęgi. Śmiejąc się, tłumaczyłam mu, że on swą męskość trzyma w kuferku. Mamy rację oboje, lecz ja go gromię, gdyż nie myśli memi myślami.

[ 54 ]On nadto podróżował, ja mało. O koczownictwie mam tylko słabe pojęcie. Idę wesoło w orszaku Renaud’a, ponieważ go kocham. Lecz lubię wycieczki, które się ostatecznie kończą. On, zamiłowany w podróżach dla samej podróży czuje się rozkosznie pod obcem niebem, marząc, żeby jeszcze dzisiaj dalej pojechać. Wzdycha do gór pobliskiego kraju, do tej innej goryczy wina, do sztucznej ozdoby tego miasta wód wymuskanych a upstrzonych kwieciem, do osamotnienia rybaczej wioski. I odchodzi, nie żałując ani wioski, ani kwiecia, ani wina mocnego...

Ja, dążę za nim. I kosztuję — tak, tak, kosztuję — miłego miasta, słońca za sosnami, czystego powietrza gór. Równocześnie czuję, jakby u stóp moich toczyła się niteczka, której drugi koniec uwiązany jest do starego orzecha w ogrodzie w Montigny.


Nie uważam siebie za wyrodną! A jednak, trzeba abym wyznała: brakowało mi Fanszetki od czasu naszej podróży, prawie tak, jak ojca. Nie odczuwałam jego braku aż w Niemczech, przypomniały mi go karty korespondencyjne i Wagner pełen godności w Odinie i Wotanie, którzy zupełnie są podobni. Są piękni; porywają, jak on, nieszkodliwe pyły; jak on, mają brodę rozwianą i ruchy władcy; i wyobrażam sobie, że ich słownik jak jego, zamyka się, w wielkich słowach wieku bajecznego.

Cośkolwiek pisałam do niego, czasem mi odpowiadał, czule i urywkowo, z upodobaniem używając mieszanego stylu, z czasów zachwytu nad Chateau[ 55 ]briandem (pochlebiam trochę papie). Styl ten przechowywał w swej piersi, w swej dostojnej piersi z najbardziej pogmatwanemi przekleństwy. Dowiadywałam się z tych listów, nie banalnych, że prócz tego, iż p. Maria stale wiernie i spokojnie sekretarzuje, nie ma nic nowego... „Nie wiem, czy właściwem będzie, gdybym się skarżył na Twoją nieobecność, mały głuptasku (tak mnie określa mój ojciec), lecz zaczynam uważać Paryż za śmierdzący, nadewszystko zaś od czasu, kiedy ten drań społeczny imienia X... zamyśla wydać traktat o „powszechnej ślimakologii“, głupie bydlę sprowadzające mdłości w przykucniętych lwach u progu Akademii. Jak Wiekuista Sprawiedliwość może udzielać światła dnia takim plugawcom?“

Melka też się dopisała. Stan „duszy“ Fanszetki od chwili mego wyjazdu, z dnia na dzień się pogarsza. Ale pismo Melki zbliżone jest bardziej do hieroglifów aniżeli do liter, i nie można w żaden sposób wdać się z nią w wymienną korespondencję.

Fanszetka tęskni za mną! Ta myśl prześladuje mnie. A wycieczki biednego kocura po krawędziach muru, sprowadzały stały lęk podczas mej podróży. Dwadzieścia razy odchodziłam z ramion Renaud’a, aby przemówić do pierwszego lepszego kocięcia, siedzącego poważnie gdzieś na progu: „Moja córuś!“ Niejednokrotnie przestraszone małe zwierząteczko, ruchem pełnym godności osadzało mordeczkę na lśniącej swej figurce, lecz nie ustępowałam, dorzucając całą serję dźwięków piskliwych lub niskich, i widziałam słodkie zielone oczy łagodniejące, przechodzące jakby w uśmiech, płaską i pieszczotliwą główeczkę ocierającą się mocno o odrzwia w uprzejmem [ 56 ]powitaniu; i koteczka ocierała się po kilka razy, co stanowczo znaczyło: „podoba mi się pani!“

Renaud nigdy nie był świadkiem tej pasji stanowczego kotomaństwa. Ale podejrzywam go o więcej pobłażliwości niż zrozumienia. Nie jest zdolny, ten potwór, do innej pieszczoty wobec Fanszetki, jak tylko przez dyplomację!


Jak ja chętnie błądzę dokoła tej niedawnej przeszłości. Renaud’a widzę wyłącznie w przyszłości; ten człowiek, którego strach przed starością pożera, i który wśród luster z rozpaczliwą drobiazgowością konstatuje siateczki drobnych zmarszczek w kącikach oczu, ten sam człowiek obecnie drży i gorączkowo Dziś wzdycha do Jutra. Co do mnie, przemyśliwam nad przeszłością, przeszłość to Wczoraj, wracam wstecz prawie zawsze z żalem. Możnaby powiedzieć, że małżeństwo (sza! nie, miłość!) sprecyzowało we mnie pewne uczucie, starsze ode mnie. Renaud dziwi się temu. Ale on mnie kocha; i mimo, że kochanek, którego w nim mam, przestaje mnie rozumieć, jednak uciekam się do niego, drogiego, wielkiego, ojcowskiego przyjaciela! Jestem dla niego córką oddaną, która podpiera swego tatusia wybranego, a ukradkiem mówi o nim „kochanek“. Więcej: jeśli Renaud-kochanek wmiesza się jako trzeci między Renaud'a-tatusia a Klaudynę—jego—córkę, ten traktuje go, jak kota przy stole pracy. Biedaczek niecierpliwy a zde[ 57 ]cydowany musi więc czekać powrotu Klaudyny, która przychodzi lekka i wypoczęta, przynosząc mu swój opór krótko-trwały, swoje milczenie i swój ogień.


Niestety wszystko, co tu zapisuję, prawie przypadkowo, nie daje mi przeświadczenia, gdzie to pęknięcie. Mój Boże, jednak czuję to!




[ 58 ]
Oto jesteśmy u siebie; skończone nużące drogi powrotne; zaspokojona gorączka Renaud’a, który pragnął, aby mi się nowe gniazdko podobało.

Prosił mnie, abym wybrała jedno z mieszkań, które do niego należą... (dwa mieszkania, a jeden?... Renaud). „Jeśli ci nie odpowiadają, drogie dziecko, znajdziemy jeszcze ładniejsze od tych“. Chciałam odpowiedzieć: „Pokaż mi to trzecie“, ale, przypomniawszy sobie nieprzeparty wstręt do przeprowadzki, rozważyłam wszystko sumiennie, i decyzję powierzyłam powonieniu. Odnalazłszy tutaj najwięcej miłych dla mego nosa woni, wybrałam to właśnie. Trochę przedmiotów brakowało jeszcze; lecz Renaud troskliwy o szczegóły, więcej sprytny, niż ja (kobieta!), wysilał swój umysł, szperał tak, az urządził wszystko bez jakichkolwiek braków. Niespokojny, czy mi się podoba, zaniepokojony wszystkiem, co mogłoby jego śpiczaste oko denerwować, zapytywał mnie dwadzieścia razy. Pierwsza moja odpowiedź była poważna: „To mi wszystko jedno!“ druga też, przy rozkładaniu łóżka, tego „klucza do sklepienia szczęścia małżeńskiego“, jak mówi papa, wyraziłam się po prostu:

[ 59 ]— Wolałabym moje łóżko-czółno z perskiemi firankami.

(Na co mój biedny Renaud wzruszył ramionami):

— Moja biedotko! łóżko-czółno w pokoju Ludwika XVI Naprzód, droga, okrutna, mała dziewczynko, pomyśl tylko! Trzebaby je nadsztukować wzdłuż, cóż ja mówię, wszerz...


Tak, wiem dobrze. Ale czegoż chcecie? nie mogłam zainteresować się meblami, których nie znałam... jeszcze. Duże niskie łóżko stało się moim przyjacielem, toaleta też i kilka szerokich foteli, niby małe domki. Ale reszta patrzyła na mnie, jeśli mogę tak powiedzieć, podejrzliwie; szafa lustrzana zezuje, jeśli tamtędy przechodzę; stół salonowy, o kańciastych nogach, wypatruje tylko, aby mnie kopnąć, ale też oddaję mu porządnie.

Dwa miesiące. Boże!, dwa miesiące, zatem nie wystarcza, aby się przyzwyczaić do mieszkania! I staram się stłumić głos rozsądku, który gniewa się: W dwa miesiące przyzwyczaja się bardzo do sprzętów, ale nie Klaudyna“.

Czy Fanszetka nagnie się do życia tutaj? Odnalazłam ją na ulicy Jakóba, drogą, białą i piękną. Nie uprzedzono jej o mym powrocie, to też wezbrało mi serce, widząc ją prawie omdlałą ze wzruszenia, u mych stóp, bez głosu, podczas gdy moja ręka, oparta na letnim, różowym brzuszku nie przestawała liczyć pulsów szalonych uderzeń serca koteczki. Rozciągnęłam ją na boku, aby przeczesać jej suknię [ 60 ]zmiętą; na ten życzliwy ruch uniosła głowy z wejrzeniem pełnem różnych rzeczy: wyrzutu, pewnej czułości, męczarni, połączonej z rozkoszą... Oh! zwierzątko małe, białe, jak czuję się ciebie bliską, rozumiejąc się tak dobrze!


Znów widziałam mego szlachetnego ojca, Brodacza trój-kolorowego, wysokiego i barczystego, pełnego donośnych słów i bezużytecznej zapalczywości. Bezwiednie lubimy się i zupełnie rozumiałam jego słowa powitania: „Raczysz mnie uścisnąć, nikczemne plemię?“, które przyjęłam z prawdziwą przyjemnością. Zdaje mi się, że rozrósł się w ciągu tych dwu lat. Bez żartów! a dowodem: przyznał mi się, że mu za ciasno na ulicy Jakóba. Zauważyłam, że następnie dorzucił: „Rozumiesz mnie, kupiłem, gdzieś w tych czasach, prawie za nic, szpargałów trochę... Tysiąc dziewięćset, najmniej... Przeklęta tysiączka świń! Byłem zmuszony przez tych gałganów, strażników meblowych! To całkiem mały zwój. Na miejscu, w tym głębokim pokoju nigdy nie otwieranym, w Montigny, mógłbym“... Odwrócił głowę, pociągnął brodę, lecz nasze oczy miały czas skrzyżować spojrzenie, z śmiesznym wyrazem. On jest... on jest zdolny, chciałam powiedzieć, aby tam powrócić, jak i tu przyszedł, bez motywów...


Zręcznie unikam napisania rzeczy przykrych. Może to nic ważnego? Żeby to mogło nie być poważnem Oto:

[ 61 ]Od wczoraj wszystko jest na swojem miejscu u Ren... u nas. Nie widać więcej tak ważnej ciemięgi tapicerskiej, ani nieuleczalnego roztargnienia przypinającego story, który przez kwadrans co pięć minut gubił swoje maszynki w złoconej skórze. Renaud czuje się rozkosznie, przechadza się, uśmiecha do znakomicie chodzącego zegara, gniewa się na ramę, która nie wisi pod kątem prostym. Wziął mnie pod rękę, aby zrobić przegląd właścicieli: i w salonie potem jeden całus szczęśliwy i puścił mnie (zapewne, aby pójść pracować w swem „Przeglądzie dyplomatycznym“, uregulować losy Europy z Jacobsonem i potraktować Abdul-Hamida, jak na to zasługuje), i powiedział: „Moja mała despotko, możesz rządzić na swój sposób“.

Siedząc i próżnując długo oddawałam się marzeniom. Potem bije godzina, nie wiem która, wstaję niepewna teraźniejszości. Znajduję się przed lustrem kominkowym, w pośpiechu przypinam kapelusz, aby... wrócić.

To wszystko. I to jest upadek. Czy to nie przemawia do was? Macie humor.

Aby wrócić! Ale dokąd? Czyż nie jestem u siebie? Nie, nie, i w tem całe nieszczęście.

Aby wrócić! Dokąd? Nie do papy, pewnie, który nagromadził na mojem łóżku góry brudnego papieru. Nie do Montigny, ponieważ... ani do kochanego domu... ani do szkoły...

Aby wrócić! Więc nie mam domu? Nie! Mieszkam tu u jednego pana, pana, którego kocham, być może, ale zamieszkuję u pewnego pana! Niestety Klaudyno, roślino wyrwana z ziemi, twoje korzenie [ 62 ]były tak długie? Co powie Renaud? Noc. On nic nie może...

Dokąd wracać? Do mnie. Wejść w moją mękę, mękę nierozsądną i niewypowiedzianą i położyć się w koło tej przepaści.

Siadam na nowo, kapelusz na głowie, ręce mocno zaciśnięte, staram się coś wymyśleć.




[ 63 ]
Mój dziennik jest bez przyszłości. Rzuciłam go przed pięciu miesiącami pod smutnem wrażeniem, a pragnęłam go. Przedewszystkiem nie mam czasu, aby go systematycznie prowadzić. Renaud olśniewa mnie i pokazuje w świecie, trochę w za obfitem towarzystwie, niżbym sobie tego życzyła. Ponieważ jest ze mnie dumny, nieprawdaż, mogłabym zrobić mu przykrość, odmawiając towarzystwa...

Jego małżeństwo — nie wiedziałam — szalenie poruszyło tłum znajomych jego. Nie, on ich nie znał. Jego znano nadzwyczajnie. Ale nie może mi powiedzieć ani połowy nazwisk indywiduów, z któremi wymienia bardzo przyjacielski uścisk dłoni, i których mi przedstawia. Rozrzucony, niepoprawnie lekki, do niczego nie może przywiązać się poważnie... tylko do mnie. „Kto jest ten pan, Renaud? — Ten ?... Zaraz, uciekło mi jego nazwisko“. Zdawało mu się, że zawód jego tego wymaga; zdawało mu się, że sprawa wydawania głębokich studiów w poważnym dzienniku dyplomatycznym niezawodnie jest jakby umocnieniem dłoni na stoku różnorodnych spraw, malowanych ko[ 64 ]biet (pół i całego światka), spraw teatralnych mniej dyskretnych, spraw malarzy i modelek...

Lecz Renaud prezentację zamykał w trzech słowach: „Moja żona, Klaudyna“ z taką małżeńsko-ojcowską dumą (a naiwność czułostkowa tych zblazowanych Paryżan wzrusza mnie), że wraca moja uszczypliwość i muszę fałdy między brwiami rozcierać. A później miewam i inne satysfakcje: radość, gdy mogę zemścić się, skoro przedstawia mi Renaud jakiegoś człowieka, zwłócząc „paaan... Durand“ zapytuję:

— Przedwczoraj nazywał się Dupont!

Jasny wąsik; a ciemny kolor twarzy znamionuje zmieszanie:

— Tak ci mówiłem? Czyś pewna tego? Aha już wiem! Prezentowałem ci dwóch naraz... drugi, to ten, kretyn, z którym jestem per ty, gdyż byliśmy razem w szóstej klasie.

Nic nie szkodzi, z trudem, ale przyzwyczajam się do tak wątpliwych zażyłości.

Zbierałam tu i tam, w kuluarach opery komicznej, czy też na koncertach Chevillarda i Colonne, na wieczorach, specjalnie na wieczorach w chwilach, gdy obawa usłyszenia muzyki zasępiała oblicza, spojrzenia i niedopowiedziane słówka. Wtedy darzono mnie łaskawością. Więc zajmowano się mną? Ach! prawda, jestem przecie żoną Renauda’a tak, jak w Montigny on jest mężem Klaudyny. Ci Paryżanie cicho mówią, lecz uszy ludzi z Frenois słyszą, jak trawa rośnie.

Mówią: „To młode jeszcze“. To znów: „Nadto ciemna... zła cera... Jakto, za ciemna? Ona ma loki szatynki. Te krótkie włosy, aby zwrócić na siebie [ 65 ]uwagę! Jednak Renaud ma gust“. A inni: „Skądże to? — To z Montmartrois, — Typ jednopłciowców z romansu Pierre Louys... — Ileż on ma lat, Renaud, skoro podobają mu się małe dziewczynki?“

Renaud, Renaud... Oto co jest charakterystyczne: nie nazywają go inaczej, jak po imieniu.




[ 66 ]
Wczoraj mój mąż pyta mnie:

— Klaudyno, przeznaczysz dzień dla gości?

— Po co, wielki Boże!

— Aby pogadać, aby trochę „popatiapatiać“ jak to ty nazywasz.

— Z kim?

— Z paniami z towarzystwa.

— Nie bardzo lubię te panie z towarzystwa.

— Z panami też?

— Nie kuś mnie!... Nie, nie chcę żadnych przyjęć. Tylko pomyśleć, czyż ja potrafię podejmować gości.

— Bardzo dobrze, jednego, mnie!

— Oh! pana?... No zresztą dobrze; zobaczę cię przy robocie. Tak jest przezorniej. Przecie bez powodu mogłabym za godzinę powiedzieć wszystkim twoim pięknym towarzyszkom: „Zabierajcie się. Wyrzucam was, jesteście mi wstrętne“!

Nie sprzeciwia się (nie sprzeciwia się nigdy) obejmuje mnie (zawsze mnie obejmuje) i wychodzi uśmiechnięty.

[ 67 ]Za tę mizantropię, za ten obrzydliwy wstręt do towarzystwa, wielokrotnie sławiony, mój pasierb Marcel przygniata mnie uprzejmą pogardą. Ten mały chłopak, tak nieczuły dla kobiet, wyszukuje sobie pilnie towarzystwo, nie zważa na materye, wylewa herbatę na najdelikatniejsze suknie, i skomli z rozkoszą. Gdy go nazywam „ten mały chłopak“, czynię to niesłusznie. W dwudziestym roku nie jest się już małym chłopakiem, a on zostałby jeszcze długo małą dziewczynką. Po powrocie zastałam go jeszcze miłym, lecz jakby zarazem i zmiętym, wychudłym, oczy powiększone z wyrazem zepsucia, trzy przedwczesne zmarszczki w kącikach oczu... Zawdzięcza je tylko Lolciowi?

Gniew Renaud’a na to kłamliwe dziecko nie trwał zbyt długo: „Nie mogę zapomnieć, że to mój dzieciak. Klaudyno! A możliwe, gdybym go był lepiej wychował...“ Ja, czując się bezpartyjną, przebaczałam Marcelemu. (Bezpartyjność, duma, uczucie nienazwane — i dostatecznie nie dające się nazwać — dla zboczeń w jego sentymentalnem życiu). I odczuwam dużą przyjemność, która nie gaśnie, gdy patrzę z pod lewej brwi na tę chybioną dziewczynę, na białą bliznę, która mu została![3]

Jednak ten Marcel zdumiewa mnie. Spodziewałam się po nim niepochamowanego gniewu, otwartej niechęci. Nic z tego! Czasem ironia, lub pogarda, trochę ciekawości, ot i wszystko.

Jedyne zajęcie, to on sam! Często przypatruje się sobie w lustrze, i pociera obu palcami wskazującymi brwi, skórę czoła podnosi jak tylko może naj[ 68 ]wyżej. Zaciekawiona temi ruchami zapytuję go o powód i dostaję zupełnie poważną odpowiedź: „aby pozwolić wypocząć skórze pod oczami“. Podciąga niebieskim ołówkiem pod okiem; nadto wysuwa swe piękne spinki turkusowe u mankietów. Pfuj! Gdy dojdzie do czterdziestki, jakiż będzie nieszczęsny....

Mimo to, co między nami zaszło, nie próbuje przymuszać się do pół-zwierzeń z przechwałkami niesumiennemi, czy też moralnem zepsuciem, stale postępującem. Wczoraj przywlókł się tu z ociążałą gracyą swej nadto szczupłej figury, twarzą ożywioną wy- raźną gorączką.

— Wyglądasz znużony, Marcel!

— Bo właśnie taki jestem.

(Ton zaczepny jest między nami przyjęty. Jest to gra, która nic nie oznacza).

— Zawsze Karol?

— Oh, proszę bardzo!... Przystoi młodej damie nie wiedzieć, czy może nawet zapominać o pewnych niedokładnościach umysłu.... tak, dobrze, „niedokładności“, jak pani to nazywa?

— Co do mnie, raczej: „nieporządki“... tylko nie odważyłabym się dorzucać: „umysłu“.

— Dzięki w imieniu „ciała“. Ale, mówiąc między nami, moje zmęczenie nie ma nic w sobie, z czego Karol mógłby się pysznić. Karol! niezdecydowaniec, niestały...

— Więc przecie....

— Proszę mi wierzyć, znałem go lepiej niż ciebie....

— Pochlebiam sobie.

— Tak, to w istocie tchórz.

[ 69 ]— Czy może obok ?...

— Nasz stosunek, to stara historya.... ja się nie zapieram, ale ja zerwę, i to wśród okoliczności nie bardzo smacznych....

— Jak to? Piękny Karol? Historye pieniężnej natury?

— Gorzej niż to. On zapomniał u mnie notatnik wypakowany listami ko-bie-ce-mi!

Z jakimże nienawistnym niesmakiem wyrzucił z siebie tę skargę! Patrzę na niego, poważnie rozmyślając. To jest zbłąkane, nieszczęśliwe dziecko, prawie nie odpowiedzialne ale ma racyę. Należy tylko stanąć w jego położeniu (oh! ha ha ha!) w wyobraźni oczywiście.


Powiedział, że wszzstko u mnie nagle przychodzi, radości, zmartwienia, mało ważne zdarzenia. Wcale nie, mój Boże, jakże ja się specyalizuję w nadzwyczajnościach; prócz mego małżeństwa.... Lecz czas mi płynie, jak na wielkim publicznym zegarze wskazówka: spokojnie wstrzymuje pięćdziesiąt dziewięć sekund, aż wreszcie odrazu skacze bez jakiegokolwiek przejścia na minutę następną z porwaniem się gorączkowem. Bez słodyczy porywają ją minuty, jak mnie.... Nie powiedziałam, że to jest zawsze i bezwzględnie niemiłe, ale....

Oto moje ostatnie porwanie: byłam u papy, Molki, Fanszetki i ślimaczka. Ten ostatni, przepyszny [ 70 ]i paskowany, wszeteczny wobec swej matki, przypomina nam najgorsze dni z historyi Atrydów. Resztę czasu przemierza mieszkanie arogancki, zdobywczy, wściekły. Nie posiada żadnej z cnót swej miłej, białej rodzicielki.

Melka spieszy się, niosąc w rękach swoje piersi, jak kule ziemskie i uroczyście przemawia:

— Moja Francyo ubóstwiana, toż ci muszę powiedzieć... żebyś ty wiedziała, jak tu wszystko jest do góry nogami! Jezu! Ale jakże ci cudnie w tym kapeluszu.

— Ratunku! Ratunku! Rzeczywiście wszystko do góry nogami! Slimaczek przewrócił.. spluwaczkę?

(Urażona moją ironią Melka wycofuje się).

— To tak? Popytaj starszego pana, to ci powie.

Zaintrygowana, wchodzę bez pukania do papy, który odwraca się na odgłos kroków i odsłania olbrzymią skrzynię wypełnioną gratami. Jego piękna, kosmata twarz przybiera wyraz niewypowiedziany: cichej wściekłości, przymusu niewinnego zakłopotania.

— To ty, mały głuptasie?

— Uprzedzenie! Ale cóż ty robisz papo?

— Ja... składam papiery.

— Cóż za śmieszny notatnik! Lecz... ja już widziałam tę skrzynię.... To z Montigny!

— Teraz kolej na papę. Zapina marynarkę, siada, aby zyskać na czasie i krzyżuje ramiona.

— To pochodzi z Montigny i tam wraca! Zrozumiano?

— Nie zupełnie.

(Mierzy mnie wzrokiem, brwi ściąga w krzaki, zniża głos i potrząsając papierami:

[ 71 ]— Zwijam namiot!


Bardzo dobrze zrozumiałam. Czułam, że przyjdzie chwila tej ucieczki bez powodu. Dlaczego nadeszła? Dlaczego zwija namioty? Rozważam. Papa jest siłą Natury; służy ślepo przeznaczeniu. Nieświadomie tu przyjechał, abym ja mogła spotkać Renaud’a; odchodzi, wypełniwszy swą powinność. Powinność ojca nie biorącego odpowiedzialności...

Skoro nie odpowiedziałam nic, ten straszny człowiek nabiera ofuchy.

— Rozumiesz? Mam już tego dosyć! napasłem oczy tym potworem; rozprawiłem się z żebrakami, gapiami i ulicznikami. Nie mogę ruszyć palcem, aby nie dotknąć muru; skrzydła mego umysłu rozdzierają się wobec ogólnej nieświadomości... Do stu tysięcy wągrowatych świń! Wracam do mej starej szuflady! Przyjedziesz zobaczyć mnie, ze swoim zaślubionym bandytą?

(Ten Renaud! Sprowadził papę po to, aby go rzadko widywać, ale nie mówi o nim nigdy bez specjalnego naginania się z kapryśną czułością).

— Oczywiście, tak, przyjadę.

— Ale... mam parę ważnych rzeczy do obgadania z tobą: co zrobić z kotką? Ona taka przyzwyczajona do mnie, ta kicia...

— Kotka?

(Prawda, kotka!... On ją bardzo lubi. No i będzie tam Melka, a ja nie dowierzam ani lokajowi Renaud’a, ani jego kucharce... dla Fanszetki... Moja [ 72 ]droga, córeczko moja, sypiam teraz w innem cieple niż twoje... Decyduję się):

— Zabierz ją. Później zobaczę; może ją odbiorę...

(Przedewszystkiem wiem, że pod pretekstem obowiązków córki będę mogła zobaczyć znowu dom pełen wspomnień, tak, jak go zostawiłam. Szkołę odsądzaną, a drogą... W głębi duszy błogosławię ojcowskie exodus).

— Urządź i mój pokój, papo. Tam będę spała gdy przyjedziemy zobaczyć cię.

(Jednym ruchem, filar ślimakologii strąca mnie w przepaść swą wzgardą):

— Pfuj nie wstydziłabyś się pod moim dachem spółkować ze swym mężem, jak robią wszystkie nieczyste bestje?! Cóż dla was czystość odrodcza?

Jakże ja to lubię! Obejmuję go i odchodzę, zostawiając go przy gromadzeniu swych skarbów do obszernej skrzyni i nucącego lekko piosnkę ludową, za którą przepada:

Co ja chcę powiedzieć dobrze rozumiecie
do puszki z pieniędzmi włożył należycie
Włożyłby goręcej
Nie powiem nic więcej.

Tak to brzmi „Hymn do Czystości Odrodczej"!


— Stanowczo, kochanie, urządzam dzień przyjęć.

Dostaję tę wiadomość od Renaud’a w naszej gotowalni, gdzie rozbieram się. Przepędziliśmy wieczór u mamy Barman. Asystowaliśmy na odmianę przy szermierce języków między tą grubą sową, [ 73 ]a owym rozpustnym wałkoniem, który dzieli jej los. Ona mówi do niego: „Pan jesteś pospolity!“ On odpowiada: „Pani ogłupia wszystkich swemi pretensjami literackiemi!“ Oboje mają rację. On wrzeszczy, ona się wydziera. Posiedzenie skończone. Po tych obelgach, on rzuca serwetę, wstaje od stołu i gwałtownie sunie do swego pokoju. Wszyscy oddychają z ulgą, jedzą z radością. Przy deserze gospodyni wyprawia pokojowę Eugenię w celu ugłaskania (za pomocą kilku tajemniczych środków) wielkiego człowieka, który ostatecznie schodzi, uspokojony, bez jakichkolwiek tłumaczeń. Jednak Gréveuille, wspaniały członek Akademii, obawiając się razów, nie przyznaje słuszności swej czcigodnej przyjaciółce, grzmoci męża i zabiera się do serca.

W to miłe towarzystwo wnoszę swoją cząstkę: głowę ufryzowaną, oczy podejrzliwe a słodkie, wątpliwy dekoltaż — szyję silną i kark gruby na szczupłych plecach — i milczenie z zażenowania wobec mych sąsiadów przy stole.

Nie nadskakują mi. Moje małżeństwo powstrzymuje na odległość, i ja nie jestem typem, który szuka zaczepki do flirtów.

W środę u tejże mamy Barman, zostałam grzecznie przyparta do muru przez młodego i ładnego uczonego. (Piękne oczy, tego małego, ze śladem zaczerwienienia; nic nie szkodzi...) Porównywał mnie — zawsze te moje krótkie włosy! — do Myrtoklei, do młodego Hermesa, do Amora Proudhona; szperał w pamięci swej (dla mnie!) i w tajemniczych muzeach, cytował tyle arcydzieł dwupłciowców, że marzyłam o Luci, o Marcelim, co nie popsuło mi boskiego [ 74 ]„cassoulet“[4], specjalność domu, którą podawano w małych wazkach ozdabianych srebrem. „Dla każdego kociołek, ależ to pyszne! Nie prawdaż, drogi mistrzu?“ szepnęła Maugis w ucho Greveuille’a i sześćdziesięcioletni wyjadacz cassoulet’ów rozjaśnił przytakująco oblicze żarłocznym uśmiechem.

Mój mały komplimencista podniecony własnemi uniesieniami, nie opuszczał mnie. Wtulona w fotel w stylu Ludwika XV słuchałam, nie słysząc jego wywodów literackich... Wpatrywał się we mnie pieszczotliwemi oczyma o długich rzęsach i szeptał dla nas obojga:

— Ach to marzenie Narcyza-dziecka, jak pani, ta jego dusza, przepełniona rozkoszą i goryczą...

— Pan jest w błędzie — ucięłam. Moja dusza przepełniona jest w tej chwili różową fasolą i małemi paskami wędzonej słoniny.

Umilkł, zdruzgotany.

Renaud trochę był na mnie zagniewany, lecz ostatecznie śmiał się.


— Więc rozpoczynasz dnie przyjęć, mój słodki przyjacielu?

Umieścił swe duże ciało w trzcinowym fotelu, a ja rozbieram się z całym bezwstydem niewinności właściwej mi. Niewinności? mówi się: nieświadomość ubocznych myśli.

— Tak. Cóż zamierzasz zrobić, moje drogie [ 75 ]dziecko? Byłaś tak ładną i tak pięknie bladą, stale, u Barman z haczykowatym nosem...

— Co zamierzam zrobić, kiedy nadejdzie dzień przyjęć? Ależ zamierzam pójść go zobaczyć.

— To wszystko?

— Tak, to wszystko; a co ja tam będę robiła?

— Jednak, ostatecznie, Klaudyno, przecie jesteś moją żoną!

— Z czyjej winy? żebyś był mnie słuchał, byłabym kochanką, ukrywaną spokojnie w malusim zakątku...

— Zakątku?

— Tak, w maluchnej klateczce, gdziekolwiek daleko od tego świata i twoich przyjęć, które byłyby poszły swoją drogą. Rób więc tak, jakbyś był moim kochankiem...

(Ach Boże, przerywa mi! podnoszę się, jedwabną bronzową spódniczkę rzucam na ziemię, pan małżonek zachwycony podwójną Klaudynką, odbijającą się w lustrze... skrada się ku mnie).

— Zdejmże to, Renaud! Taki pan na czarno, i taka mała w majtkach, fuj! toż Marcel Prevost w swoich najwyuzdańczych rozdziałach...

(Co prawda, to Renaud lubi paplać wśród luster i ich światła swawolnego, podczas gdy ja przed niemi uciekam, gardząc ich odkryciami, a szukam ciemności, milczenia i szaleństwa...)

— Renaud, mój piękny! mówiliśmy o twoim dniu...

— Sza o moim dniu! Więcej kocham twoją noc!




[ 76 ]
Więc papa odjechał, tak jak się zjawił. Nie odprowadzałam go na dworzec, wcale nie ciekawa oglądania burzy odjazdu, którą zgadywałam: udrapowany w chmurę nawałnicy, grzmiał bezemnie. „Gawiedź nieczystą“ sługusów obdzielał hojnymi napiwkami, ale zapomniał zapłacić za omnibus.

Melka żałuje mnie szczerze, ale pozwolenie zabrania Fanszetki leczy „na tymczasem“ wszystkie jej zmartwienia. Biedna Melka, z jej „wrzaskunem“ dzieje się coś niepojętego. Jakto, wyszłam za mąż za przyjaciela, którego wybrałam; jakto, sypiam z nim, ile mi się podoba — i więcej — mieszkam w pięknym domu, mam służącego (męskiego rodzaju), miesięcznie wynajęty powóz, i mimo to nie jestem wcale wytworna? U Melki, wytworność łączy się z zewnętrznym wyglądem.

Najpierw... miałażby ona źdźbło rozumu? Wobecności Renaud’a, nie myślę o niczem, — tylko o nim. On jest bardziej absorbującym niż pieszcząca się kobieta. Jego siła życia uzewnętrznia się w uśmiechach, w mowie, w nuceniu, w miłosnych wymaganiach; czule skarży się, że nie przymilam się do niego, że [ 77 ]czytam w jego obecności, że zbyt często zwracam oczy moje ku jakiemuś punktowi w przestrzeni... Gdy odejdzie odczuwam niewygodę anormalnej zakazanej sytuacji. „Małżeński stan“ — byłże on dla mnie? Jednak mogłabym przyzwyczaić się. Ponadto, Renaud ma to, na co zasługuje. Nie powinien był żenić się ze mną...




[ 78 ]
Jako się rzekło! Mój mąż rozpoczął przyjęcia!

Jak zapowiedział!

Mój dobry Boże, co też taki Renaud mógł zrobić, aby zasłużyć na tylu przyjaciół? Do jego gabinetu pracy ze skóry koloru mulata, gdzie unosi się woń wschodniego tytoniu, poprzez długi przedpokój, zawieszony rysunkami i szkicami najrozmaitszego pochodzenia, służący Ernest przeprowadził z jakie czterdzieści osób, mężczyzn i kobiet, i Marcelego.

Na pierwszy odgłos dzwonka, zerwałam się i biegnę zamknąć się w asekuracyjnym pokoju toaletowym. Dzwonią... oddzwaniają. Na każdy tryl skóra na plecach nieprzyjemnie mi drży, i myślę o Fanszetce, która w dnie deszczowe z taką samą falą nerwową przez krzyże, patrzy na wielkie krople spadające z rynny strumieniem... Niestety! oto sprawa Fanszelki! A teraz Renaud przemawia przy drzwiach zamkniętych z mego rozkazu.

— Klaudyno, moja mała córeczko, to dłużej niemożliwe... Z początku mówiłem, żeś jeszcze nie wróciła, ale, zapewniam cię, sytuacya staje się krytyczną: Maugis utrzymuje, że cię chowam w podziemiach, znanych samemu Bogu!...

[ 79 ](Słucham go patrząc w lustro i śmieję się sama do siebie).

Ludzie uwierzą, że boisz się...

(Tchórz! powiedział, co wiedział! Szczotkuję włosy nad czołem, dotykam rozporka mej sukni i stoję w drzwiach).

— Czy mogę się tak pokazać w twoim świecie?

— Tak, tak, ubóstwiam cię w czarnem.

— Przepraszam, ubóstwiasz mnie chyba we wszystkich kolorach.

— Nadewszystko w kolorze skóry, to prawda... Chodź prędko!

Masę wypalono już u mego męża; woń herbaty zlewa się z zapachami imbieru, — cielęciny, tych kanapek z szynką, z tłustą wątrobą, kawiorem, — tak czuć restaurację nocną w ciepłym pokoju!

Siadam i „jestem na wizycie“. Mój mąż podaje mi herbaty jako ostatnio przybyłej, a piękność o śmiesznem nazwisku, pan van Langendonck, przynosi mi śmietankę. Znakomicie!

Znajduję, u.., Renaud’a, pewne twarze, zbierające się na koncertach i w teatrze: wielcy krytycy i mali, jedni z żonami, inni z przyjaciółkami. Przewybornie. Nastawałam, aby mój mąż zrobił przeczyszczenie — brzydkie słowo! sama rzecz też brzydka. — I, jeszcze raz, to nie ja przyjmuję.

Maugis (w ręce kieliszek z bordeaux pełny kminkówki) z cudownie zagranem zainteresowaniem zapytuje autora romansu feministycznego o rozwinięcie tez przyszłej książki; zapytany mówi niezmordowanie. Inny znów pije bezdennie; należycie podchmielony, pyta wkońcu bełkocąc:

[ 80 ]A tu... tył... a tytuł...

— Tego wspaniauego dzieua?

— Jeszcze się chwieje.

— Widzę... widzę...

I oddala się niepewnymi krokami.

Z licznego zebrania obcych, wyróżniłam pewnego rzeźbiarza hiszpańskiego, który ma piękne oczy konia, czysty rysunek ust, względną znajomość naszego języka i który zajmuje się nadewszystko malarstwem.

Wyznaję mu bez zakłopotania, że nie znam zupełnie Luwru i że pleśnieję w mej nieświadomości nie paląc się, aby tam pójść.

— Pani nie znasz Rubens?

— Nie.

— I nie masz ochota zobaczyć?

— Nie.

Na to wstaje, zgina nogę andaluzyjską w pełen uszanowania ukłon i uderza mnie tem:

— Pani jesteś świństwo!

Piękna pani, która należy do opery (i jednego z przyjaciół Renaud’a) zrywa się, przypatruje, spodziewając się skandalu. Nie będzie go miała. Bardzo dobrze rozumiałam tego estetę zapirenejskiego, który znał tylko jeden wyraz na wypowiedzenie swego, oburzenia. Nie znał nic innego, jak tylko „świnia“; my posiadamy też tylko jedno słowo „aimer“[5] to też śmieszne.

Ktoś wszedł a Renaud wykrzykuje:

— Sądziłem, że pan w Londynie! Więc sprzedane?

— Sprzedane. Mieszkamy w Paryżu, odzywa się [ 81 ]głos zniszczony, jakby z akcentem angielskim ledwie dostrzegalnym.

Olbrzymi chłop trzyma prosto ceglastą głowę z niebieskiemi nieprzejrzystemi oczami. On jest, jak mówię, prosty i dobrze ubrany, lecz ma sztywność człowieka, który cały czas myśli tylko o tem, aby się trzymać prosto i porządnie wyglądać.

Jego żona... przedstawiono nas sobie tak, że nie dosłyszałam jej nazwiska. Byłam zajęta przypatrywaniem się jej i szybko spostrzegłam jedną z najważniejszych przyczyn jej powabu: wszystkie jej gesty, ruch bioder, pochylenie karku, szybkie a okrągłe uniesienie ręki na fryzurze, koliste poruszenie figurą, wszystko tak zbliżone do koła, że widzę łańcuchy, rodzące się muszle morskie, czuję w powietrzu te słodkie ruchy.

Jej oczy o długich rzęsach, oczy koloru szarej ambry, zdają się ciemniejszemi przy włosach lekko złotawych, falujących się. Suknia z jedwabnego aksamitu, skromnie wycięta, materya bardzo bogata spływa po jej okrągłych, ruchomych biodrach i kibici wiotkiej, a jednak nie ściśniętej. Całkiem mała gwiazda z dyamentów, to główka długiej szpilki — błyszczy w kapeluszu amazonki.

Wyciągnęła z zarękawka z lisa swą drobną ciepłą łapkę, przyglądając mi się bacznie. Czy ona nie będzie mówiła obcym akcentem? Nie wiem dlaczego, mimo toalety, bardzo korekt, brak klejnotów jak i ozdób koronkowych, wydaje mi się jakby mglistą. Ma oczy nie z tego świata. Mówi... słuchamy... dobrze! mówi bez jakiegokolwiek akcentu. Jakie to głupie, coś sobie wyobrazić! Jej świeża buzia, w spokoju wą[ 82 ]ziuchna, przy otwarciu ust wydaje się kwitnącą i zwodniczą. Odrazu puszcza na mnie moc uprzejmości:

— Jestem bardzo zadowolona, że panią poznałam; byłam pewna, że mąż pani weźmie sobie taką zoneczkę, która świat zadziwi i podbije!

— Dzięki za mego męża! Lecz proszę teraz komplementami nie zasypywać mnie jedynie.

— Pani komplementów niepotrzebuje. Niechaj to pani wystarczy, że nie ma porówania z nikim.

Zaledwie się rusza, operuje tylko ruchami wstrzemięźliwymi, a jednak, aby obok mnie usiąść, zdołała dwa razy okręcić się w owej sukni.

Jesteśmy już w stanie kokieteryi, czy też niechęci? Prędzej kokieteryi: mimo pochlebstw wypowiadanych stale, nie mam najmniejszej ochoty podrapać jej; jest miła. Z całkiem bliska liczę jej śrubki, rozmaite krzywizny; jej posłuszne włosy opadają na kark; jej uszko zaokrągla się precyzyjnie i delikatnie; a jej równe rzęsy i drżące pióra na krysie kapelusza zdają sie być od niej oddalone czemś niewidzialnem.

Jakbym się tak jej zapytała, ilu kręcących się derwiszy liczy wśród swych przodków? Nie, nie trzeba; Renaud zgniewałby się. A przedewszystkiem, dlaczego tak wcześnie mam tę sympatyczną panią Lambrock przestraszać?

— Renaud mówił pani o nas? — zapytuje mnie.

— Nigdy. Państwo się dobrze znacie?

— Myślę?... z jakie sześć razy, najmniej, jedliśmy razem obiad. A już nie liczę wieczorów.

Czy ona kpi ze mnie? Czy to ironia, czy głupota? Zobaczymy to później. W tej chwili zachwy[ 83 ]cam się jej cichą rozmową, milutkim głosem, gdy od czasu do czasu ustaje i kwili swoje przeciągłe „r“.

Pozwalam jej mówić, podczas gdy ona nie spuszcza ze mnie wzroku, przygląda mi się z całkiem z bliska bez żenady jak krótkowzroczni to czynią. Konstatuje kolor moich oczu otoczonych temi krótkiemi włosami.

I opowiada. W przeciągu kwadransa wiem, że jej mąż jest byłym oficerem angielskim, pochodzącym z Indyi, gdzie zostawił swe siły cielesne i duchowe. Pozostał z niego tylko piękny szkielet. Wiem, że jest bogata, ale „nigdy, nigdy dosyć“, mówi z zapałem że jej matka, wiedeńka, dała jej te piękne włosy, białą skórę (cytuję) i imię Rezi.

— Re-żi... pani imię pachnie porzeczkami...

— Tu, tak. Lecz we Wiedniu brzmi ono pieszczotliwie, prawie tak dystyngowanie, jak Nana albo Titine.

— To mi wszystko jedno.. Rezi. Ładnie brzmi takie Rezi!

— Ładnie, bo pani je pięknie wymawia.

— Jej nagie paluszki pieszczą mój odsłonięty kark tak gwałtownie, że podskakuję bardziej zdenerwowana niż zdziwiona, gdyż od dwóch minut widziałam jej ruchliwe oczy ujmujące mą szyję w kolię spojrzeń.


Rezi...

To jej mąż tym razem, który chce ją zabrać. Podchodzi pożegnać się, a jego ciemno niebieskie oczy zawstydzają mnie. Piękny szkielet!... Wyobra[ 84 ]żam sobie, że musi tam mieszkać jeszcze dość zazdrości I despotyzmu, gdyż na jego krótkie wezwanie Rezi podniosła się szybko, bez oporu. Ten człowiek wyraża się zwrotami krótkimi i zwięzłymi (jak gdyby „szedł za suflerem“ te trzy słowa mówi Maugis). Widocznie stara się tak mówić, aby nie znać było akcentu angielskiego.

Stanęło, że „będziemy się widywali często“, że „Pani Klaudyna jest zachwycająca“. Jeśli dotrzymam przyrzeczenia, danego Jasnej Rezi, odwiedzę ja, mieszka o dwa kroki, Avenue Kleber.

Rezi... Cała postać jej pachnie paprocią i irysem, woń uczciwa, prosta i wiejska, która bierze i zachwyca kontrastem, ponieważ nie odkrywam w niej nic ze wsi, prostoty, ani, na prawdę, z uczciwości, ona jest tylko bardzo ładną! Mówiła mi o swym mężu, o swoich podróżach, o mnie, lecz o niej samej nie wiem nic więcej, jak tylko, że jest czarująca.


— Więc Klaudyno?...

Mój drogi wielki, osłabiony i zadowolony, rozkoszuje się widokiem nareszcie pustego salonu. Brudne talerze, nadgryzione i pozostawione herbatniki, popiół z papierosów na poręczach foteli i krawędzi konsoli (czy czynią to zwierzaczki-goście ze swobody!?), szklanki wypełniono jakimiś miksturami: gdyż jeden poeta południowy, klasycznie owłosiony robił mieszaninę z oranżady, kminkówki, koniaku, [ 85 ]cherry Rocher i rosyjskiej anyżówki! „Jezablowy napój“ wykrzykiwała mała pani de Lizery (dobra przyjaciółka Roberta Parville), która mi tłumaczyła, że uczone, zamknięte w Atalii ptaki, nazywali wszyscy „wstrętną mieszaniną“ z Jezabel.

— No, Klaudyno, nic mi nie mówisz o moim dniu?

— Twój dzień, mój biedaku! Mam wrażenie, że jesteś w tym samym stopniu godzien pożałowania, i wstydu... i że trzeba otworzyć okna. Nie źle, że zostały te kupki orzechów, które są czemś smacznem obłożone; czy jesteś pewny, jakby powiedział mój szlachetny ojciec, że w to nikt sobie „nóg nie obcieral?“

(Renaud wstrząsa głową i sciska skronie, to migrena).

— Twój szlachetny ojciec jest bardzo roztropny. Nie naśladuj go i nie dotykaj tych wspaniałych smakołyków. Widziałem Zuzannę de Lizery, muskającą je rączkami, które nie wiadomo kędy błądziły, ale nosiły ślady zmęczenia na okrągłych paznogciach...

— Bua!... Nie mów, nie będę mogła jeść kolacyi. No, chodźmy do ubieralni.

Mój małżonek tyle osób dziś przyjął, że czuję się obrzydliwie zmęczona. On — młody Renaud o włosach srebrzystych wydaje mi się więcej ożywiony niż kiedykolwiek. Chodzi, i żartuje i śmieje się i mnie porywa, krążąc koło mego fotelu.

— Cóż tak krążysz, jak kaniuk?

— Kaniuk, na prawdę? Nie znam kaniuka. Pozwól, że zgadnę... Wydaje mi się, kaniuk, małem zwierzątkiem z wiszącym nosem... Kaniuk! bronzowe zwierzę, które wali sabotami i ma brzydki charakter. Co?

[ 86 ]Ten obraz ptaka drapieżnego sprowadził u mnie napad takiej wesołości młodzieńczej, że mój mąż zatrzymał się, prawie oburzony, przedemną. Ale śmieję się jeszcze piękniej, jego oczy zmieniają się, stają się złośliwe:

— Mój mały loczkowaty pasterzu, czy to takie śmieszne? Śmiej się jeszcze, abym mógł zobaczyć aż gardziołko...

(Ostrożnie! na wypadek miłości żywszej...)

— No, nie... przed kolacyą.

— Po?

— Nie wiem...

— Więc przed i po. Podziwiaj, jak ja wszystko pogodzić umiem.


Słaba i trwożna Klaudyna! On zna pewno pocałunki, które są „Sezamie...“, a po których nie chcę znać innych godzin, tylko nocne, nagość, cichą, próżną walkę, która mnie wstrzymuje minutę, jeszcze minutę, nad brzegiem rozkoszy.


— Renaud, co to za ludzie?

(Lampa zgaszona, układam się w łóżku, na jego pleckach, gdzie okrągłe ramię stanowi mój zwykły słodki jasiek. Renaud wyciąga swe długie nogi, które obejmuję mojemi lekkiemi i szukam jakiejś powierzchni, która by mu posłużyła za poduszkę).

[ 87 ]— Co za ludzie, moje kochane dziecko?

— Rezi... Lambrook, chciałam powiedzieć.

— Ah! wyglądało, jakby ci się ona podobała...

— Mów prędko, kto to?

— Dobrze, jest to małżeństwo... mile, lecz niedobrane. U niej cenię plecy i szyjkę w niebieskie żyłeczki — którą pokazuje na proszonych obiadach tyle, ile tylko pokazać może stworzenie młode i pełne troski o przyjemności bliźnich; — kokieterya, mogąca się podobać, więcej ruchów niż słów, chętka do prowizorycznego koczownictwa. Co do męża zajęło mnie to sztywne, proste trzymanie się. Pułkownik Lamrook pozostał w Koloniach, powróciły tylko same fizyczne szczątki. Nie wiadomo, jakie on tam życie prowadzi. Gdy ktoś rozpoczyna rozmowę o jego drogich Indyach, nie daje odpowiedzi, pokrywając milczeniem swe wzruszenie. Jakie cierpienia, jakie piękno, czy okrucieństwo nęci i trzyma go tam? — nie wiadomo. A jakże to trudno, moje maleństwo, przedostać się aż na dno duszy ludzkiej, a do tego skrytej...

(Czy rzeczywiście tak trudno, drogi Renaud?)

— ...Pierwszy raz, gdy byłem u nich na obiedzie, już dwa lata temu, w fantastycznie urządzonych apartamentach, które im służą jako mieszkanie, piłem wybornego burgunda. Naprawdę wybornego. Zapytalem, czy mógłbym coś podobnego kupić: „Tak, powiada Lambrook, niedrogi“. Myśli chwilę, a podnosząc swą twarz terakotową: „Dwadzieścia rupii, zdaje mi się“. I obrócił kulą ziemską naokoło osi. —

(Dumam chwilę, milcząc, mimo gorączki mego przyjaciela).

Renaud, czy on kocha swoją żonę?

[ 88 ]— Możliwe, że tak, a możliwe, że nie. On jej ofiarowuje mieszaninę brutalności i uprzejmości, która mi nic nie mówi.

— Czy ona go oszukuje?

— Mój drogi ptaku, jakże ja to mogę wiedzieć?

— Do djaska mogłaby być twoją kochanką...

(Przekonywujący ton tego zdania sprowadza u Renaud’a wybuch wesołości niepowstrzymanej).

— Uspokój się, zabierasz mi miejsce. Nie powiedziałam nic nadzwyczajnego. To podejrzenie nie dotyka chyba ani ciebie, ani jej... Czy ona ma przyjaciółki, które i ty znasz?

— Ależ to badanie... gorzej, zajęcie się, Klaudynko. Nigdy jeszcze nie zauważyłem u ciebie takiego zainteresowania nieznajomą!

— To prawda; zresztą kształcę się. Zarzucasz mi dzikość, więc zamierzam wejść w towarzystwo. A pozatem spotykam piękną panią, której dźwięk glosu robi mi przyjemność, której rączka jest sympatyczna, staram się czegoś o niej dowiedzieć...

— Klaudyno — przerywa Renaud z drażniącą powaga — nie znajdujesz, że Rezi ma coś wspólnego z Lucią... w... skórze?


Brzydki człowiek! Dlaczego kalać wszystko jednem słowem?... Wyślizguję się jednym susem i udaję się na spanie we wschodniej części łóżka, w okolicach niewinnych i zimnych...




[ 89 ]
Wielka luka w moim dzienniczku. Nie miałam uporządkowanej świadomości moich wrażeń i zapewne w szczegółach pomylę się. Życie trwa. Jest zimno. Renaud uwija się. Wozi mnie z premiery na premierę, i głośno wykrzykuje, że teatr go nudzi, że obowiązująca wielkość „średnich“ oburza go...

— Ależ, Renaud — dziwi się prosta Klaudyna — dlaczego tam chodzisz?

— Aby... ty mną pogardzisz, ty mały sędzio... Aby widzieć ludzi. Aby zobaczyć, czy Annhine de Lys jeszcze chodzi z panną Flessie, przyjaciółką Willy'ego; czy Reboux powiodło się u pani Mundoe; czy nieznana Polaire, uwodząca oczami zakochanej gazeli, stale bierze rekord z powodu cienkości w pasie; aby skonstatować, że Mondes jest lirycznym, gdy o pół do pierwszej w nocy siedzi przy kolacyi i prawi z zapałem; aby rozweselić się przy groteskowej mamie Barman, której Greveeuille służy, jak „wielbłąd-służący“ według Maugis; aby podziwiać złośliwość pułkownika, którą podnieca ta opasła kuna, pani de Saint-Niketes...

[ 90 ]Nie, ja nim nie pogardzam za tę lekkość. I cóż to jest wielkiego, jeśli ja go kocham. Wiem, że publiczność premierowa nigdy nie słucha sztuki. Co do mnie, ja słucham, słucham namiętnie... albo lepiej: „To mnie odpycha“. Renaud zazdrości mi poglądów tak żywych i prostych: „Jesteś młoda, moja mała“... Nie tak, jak on! On mnie kocha, pracuje, składa wizyty, rozmawia, jada na mieście, przyjmuje w piątki o czwartej i ma jeszcze czas, aby pomyśleć o bolerze sobolowem dla mnie. Od czasu do czasu, gdy jesteśmy sam na sam, wyciąga swoją ładną, zmęczoną figure, ściska mnie i wzdycha z prawdziwą trwogą: „Klaudyno, moje drogie dziecko, jakże ja jestem stary! Czuję każdej chwili żłobiące się zmarszczki, jedna po drugiej, jak to źle, jak to strasznie źle!“ Żeby on wiedział, jak ja go wtedy kocham, i jak wierzę wtedy, że lata uspokoją jego gorączkę podobania się! I gdyby tylko zechciał nie pokazywać się, sami wystarczylibyśmy sobie zupełnie, przy jego czterdziestu pięciu latach sama dałabym radę na pewno.




[ 91 ]
Pewnego dnia, przypominając sobie andaluzyjskiego rzeźbiarza i jego „pani jest świństwo“ chciałam zobaczyć Luwr i bez przewodnika podziwiać nowych Rubensów. Ustrojona w sobolowe bolero i takiż sam kapelusz, który imitował zwiniętego zwierzaczka, pojechalam, nie mając żadnych topograficznych wiadomości w tym względzie i błądziłam co kilka kroków, jak to weselne towarzystwo Zoli. O ile w lesie po podmuchu wiatru wącham kierunek i czas, o tyle w budynkach gubię się zupełnie.

Znalazłam Rubensa. Odpycha mnie. No po prostu odpycha! Próbuję jak najlojalniej, przez przeszło pół godziny, wprowadzić się w trans, jak mówi Maugis: nie! To mięso, tyle tego mięsa! Taka Marya de Medicis pucołowata, wypudrowana, której piersi wylewają się, ten zdrowy wypasiony wojownik, jej małżonek, uprowadzający ją zwycięsko — krzepki — sza, sza, oj sza! Nigdy nie zrozumiem! Žeby tak Renaud i jego przyjaciółki wiedziały to!... I jeszcze gorzej! Jak mnie przycisną do muru, powiem, co myślę.

Zasmucona, idę drobnymi kroczkami — opierając się chęci poślizgnięcia na gładkiej posadzce — wśród arcydzieł, które mi się przypatrują.

[ 92 ]AA! Oj coś dobrego, oto ludzie z Hiszpanii i Włoch. To jest coś warte. Wszyscy mają etykietalne czupryny „Swiętego Jana Chrzciciela“, ta figura śpiczasta i ponętna da Vinci, która uśmiecha się, szyja pochylona, jak u panny Moreno...

Boże! On jest piękny! Znalazłam jednak przypadkowo całkiem dziecko, któreby mnie do grzechu przywieść mogło. Szczęście, że to na płótnie! Co to? „Portret rzeźbiarza“ przez Bronzina. Lecz pod gęstymi, czarnymi włosami, chciałabym dotknąć tego wzniesienia czoła nad brwiami, i nabrzmiałych brutalnych warg, i całować te oczy cynicznego pazia... Czy ta ręka biała, naga ręka modelowała statuy? Chcę w to wierzyć. Po tonie twarzy wyobrażam sobie, że ta skóra bez puchu jest z tych, które zielenią pokrywaja się; koloru starej kości słoniowej, w pachwinach i zgięciach pod kolanami... Skóra wszędzie gorąca, nawet w łydkach... A dłoń wilgotna.

Co ja robię? Czerwona i jakby jeszcze niezupełnie przebudzona, oglądam się w koło... Co ja robię? Tam do dyabła! Oszukuję Renaud’a!

Trzeba opowiedzieć Rezi o tej cudzołożnej estetyce. Ona będzie się śmiała, tym śmiechem głośnym i powoli wstrzymywanym. Bo my, Rezi i ja, jesteśmy dobremi przyjaciółkami. Piętnaście dni wystarczyło — jak to Renaud nazwał — na „starą zażyłość“.

Dwie dobre przyjaciółki, niby tak. Jestem nią zachwycona, niemniej ona mną. Pozatem nie okazujemy sobie jakiegoś realnego zaufania. Zapewne, to jeszcze zawcześnie. Zawcześnie dla mnie, to pewnik. Rezi nie jest godną duszy Klaudyny. Daję jej moją częstą obecność, moją głowę z krótkimi włosami [ 93 ]w loczki, którą ona lubi czesać — próżny trud — i moje liczko, które ona zdaje się kochać bez zazdrości, gdy bierze w obie słodkie łapki, patrząc na mnie i mówi, że tańczą mi oczy.

Z narzucającą się kokieteryą uszczęśliwia mnie swoją pięknością i swoją gracyą. Od kilku dni chodzę do niej zawsze rano o jedenastej.

Lambrookowie mieszkają, ulica Kleber, w modnem mieszkaniu, gdzie tyle ofiarowano na portyera, klatkę schodową, pierwszy i drugi salon — obicia drzewne dość delikatne, niezła kopia dziecka Ludwika XV. przez Van Loo — że właściwemu mieszkaniu brak światła i powietrza. Rezi sypia w długim ciemnym pokoju i ubiera się w galeryi. Ale ta ubieralnia niewygodna, podoba mi się, stale nagrzana. A Rezi ubiera się i rozbiera tam ze zręcznością boginki. Siedząc wygodnie w niziutkim fotelu, podziwiam ją.

Oto w koszuli; jej wspaniałe włosy, o odcieniu różowem pod światło oślepiającej elektryczności, to znów zielonem metalicznem przy świetle niebieskawem i nie bardzo jasnem, rozniecają się dopiero, gdy „spala kadzidło“, aby je rozpuścić. Wskutek dwojakiego światła, a skromnego i niewystarczającego z okna, zaś silnie jaskrawego z żarówek, Rezi rusza się stale, jakby w świetle kinkietów teatralnych.

Szczotkuje te włosy z mgły skaczącej... Jakby za dotknięciej różdżki, dzięki magicznemu grzebieniowi, oto całe złoto zebrane, wygładzone i skręcone w piękny węzeł. Jak to się trzyma? Oczy szeroko otwarłszy, jestem gotowa poprosić: „jeszcze“! Rezi nie słucha mnie. Drugie dotknięcie różdżką: i oto ta [ 94 ]piękna pani, przed chwilą jeszcze w koszuli, już otulona w suknię z ciemnego sukna, już w kapeluszu, gotowa do wyjścia. Gorset do trzymania się prosto, majty z rozporkiem, miękka, obcisła halka, wpadły na nią, jak spieszące się ptaki. Więc tryumfująca Rezi spogląda na mnie i uśmiecha się.

Rozbieranie nie trwa u niej dłużej. Suknie opadają wszystkie na raz, jak związane ze sobą; gdyż jej miła współzawodniczka Fregoli nie zatrzymuje nic więcej, jak tylko koszulę... i kapelusz. Jak mnie ten kapelusz złości i dziwi! To on właśnie zostaje przypięty na głowie przed włożeniem gorsetu, a usuwa go dopiero po zdjęciu pończoch. Ona się kąpie w kapeluszu; opowiadała mi.

— Lecz cóż to za kult kapeluszowy?

— Nie wiem... Może to wstydliwość. Gdyby mnie wśród nocy zaskoczył pożar, byłoby mi wszystko jedno, że jestem nagą, — ale także bez kapelusza?

— Toż i prawda! I dla pompierów coś trzeba zrobić!

Ona jest ładniejsza, ale mniejsza, niż mi się zdawała z początku. Białości, która rzadko różowieje, drobniusieńka harmonijnie. Jej krótki wzrok, niestały, szary kolor oczu, ruchliwość powiek ukrywają jej myśli. W gruncie rzeczy, nie znam jej, mimo słów, które niebacznie padły z jej ust, już przy czwartem naszem widzeniu:

— Przepadam za trzema rzeczami, Klaudyno: za podróżami, Paryżem... i panią.

Ona urodziła się w Paryżu, a lubi go, jak obca: pasjonuje się do zimnych wątpliwych zapachów, do [ 95 ]godziny, w której gaz różowi niebieskawe ciemności, do teatrów i do ulic.

— Nigdzie Klaudyno, niema tak ładnych kobiet, jak w Paryżu! (Zostawmy Montigny w spokoju, moja droga...) Tylko w Paryżu widzi się twarze skończenie piękne, kobiety czterdziestolotnie wymalowane i ściśnięte wściekle, które zachowały swój delikatny nosek, oczy młodej dziewczyny i na które spogląda się z przyjemnością i goryczą.

Ona nie jest głuptaskiem, myśląc, lub mówiąc w ten sposób. Owego dnia uściśnęłam te szpiczaste paluszki, które słowom swoim użyczały wyrazu zapomocą okrągłych ruchów. Nazajutrz drżała rozkosznie Rezi przed wystawą Liberty, z powodu pięknie połączonych barw jedwabiu żółto-różowego!


Prawie codziennie, przed samem południem, stale z opóźnieniem, gdy decyduję się opuścić mieszkanie na ulicy Kleber i ten niski fotel, w którym mogłabym jeszcze zostać, aby powrócić na śniadanie i do Renaud’a, witającego mnie z pośpiechem i zabierającego się do różowego mięsa (on nie żywi się jak ja, skowronkami i bananami), gdy drzwi z ubieralni bez szelestu otwierają się i staje w nich z nadrabianą siłą Lambrook. Wczoraj znowu...

— Którędy wszedłeś? — pyta Rezi urażona.

— Wejściem od pól Elizejskich — odpowiada ten spokojny człowiek. Potem zwleka z pocałowaniem mej ręki, ogląda moje rozpięte bolero, obrzuca wzrokiem Rezi w gorsecie i kończy do swej żony:

[ 96 ]— Moja droga, ile tracisz czasu na strojenie się.

Przypominając sobie fantastyczną zwinność mej przyjaciółki, poczynam się głośno śmiać. Lambrook nie rusza się; jego ceglasta skóra ciemnieje cokolwiek. Zapytuje o Renaud’a, zaprasza nas do siebie i odchodzi.

— Rezi, co mu?

— Nic. Lecz, Klaudyno, nie śmiej się nigdy, jeśli on do mnie mówi... on myśli, że ty wyśmiewasz się z niego.

— Naprawdę? A! wszystko mi jedno!

— Ale mnie nie. Będę miała awanturę... Jego zazdrość mnie przygniata.

— Zazdrosny o mnie? Z jakiego tytułu? A to tyka obrzydła!

— Nie znosi tego, jeśli mam przyjaciółkę...


Czyżby miał mieć swoje powody, ten małżonek?

Jednak nic nie upoważnia mnie w postępowaniu Rezi do uwierzenia... Niekiedy patrzy na mnie długo, bez zmrużenia swych krótkowzrocznych oczu o powiekach prawie prostych — szczegół, wskutek którego wydają się dłuższe — jej drobna, zamknięta buzia, gdy uchyli się, ma wyraz dziecka-kusiciela. Mały dreszczyk przechodzi przez jej plecy, śmieje się nerwowo, mówiąc: „ktoś przeszedł po mym grobie“!... i obejmuje mnie. To wszystko. Byłoby z mojej strony dużą próżnością, przypuszczać...

Nie podniecam jej. Pozwalam czasowi płynąć, obserwuję tę Rezi w każdem świetle i czekam, co [ 97 ]przyszłość przyniesie: czekam, czekam... z większą dozą lenistwa niż uczciwości.


Widziałam Rezi dzisiaj rano. To nie przeszkodziło jej przypędzić do mnie spiesznie około piątej po obiedzie. Siada, jak Fanszetka, układająca się do snu, po dwóch obrotach; jej kostium angielski w kolorze ciemno-granatowym rdzawił jej złote włosy: kapelusz z ptakiem, nie z kombinacją ptaków, szarych mew, tak ruchliwy, że nasłuchiwałam z dużym niepokojem, kiedy zaczną śpiewać.

Usadowiła się, jakby szukając ucieczki... i wzdycha.

— Rezi, co?

— Nic. Nudzę się w domu. Ludzie, którzy do mnie przychodzą, nudzą mnie. Flirt, dwa flirty, trzy flirty dzisiaj... już dość tego! Jednakowość tych ludzi! Trzeciego chciałam obić.

— Dlaczego właśnie trzeciego?

— Bo mi powiedział, w pół godziny po drugim, tymi samymi zwrotami, nędznik! że mnie kocha! A drugi powtarzał dosłownie słowa pierwszego. Ach! te stworzenia, nie zobaczą mnie tak prędko... Wszyscy do siebie podobni! Boże!

— Wybierz którego, to zabawniejsze.

— Ale i bardziej męczące.

— A czy... Twój mąż nie ma żadnej pensji?

— Nie; dlaczego ma ją mieć?

(Ah! tak? Bierze mnie ona za idijotkę? A te ostrożności któregoś dnia, przestrogi pełne upomnień? [ 98 ]Jednak patrzy na mnie swemi jasnemi oczyma o błyskach szarej perly).

— Słuchaj. Rezi! Przedwczoraj rano, mówiłaś, abym się nie śmiała, gdy on mówi...

— Ah! Klaudyno! (ręką zrobiła jakiś ruch w powietrzu zamyślona) to nie jest wszystko jedno, komplimentujący mnie mężczyźni... i ty.

— Wyobrażam sobie. Moja chęć podobania się tobie, nie może być ta sama, co ich...

(Jej wzrok strzelił ku mnie, lecz szybko odwróciła go...).

— ...przynajmniej powiedz mi, Rezi, dlaczego patrzysz na mnie bez wstrętu.

Pełna nadziei, odkłada zarękawek swój, aby módz lepiej wygiestykulować to, co mi chce powiedzieć, rękami, szyją, piersiami; zagłębia się w fotelu, lekko kołysze, czule uśmiecha i tajemniczo.

— Dlaczego? podobasz mi się, Klaudyno! Mogłabym tylko powiedzieć: „bo widzę, żeś ładna“, i to wystarczyłoby mi, ale nie dość twojej dumie... Dlaczego cię kocham? Ponieważ twoje oczy i włosy są z tego samego brązu, który widzimy na małej statuetce; ponieważ twoje ostre ruchy uzupełniają się słodkim głosem, ponieważ twoja dzikość słabnie w stosunku do mnie: ponieważ oblewasz się rumieńcem na skrytą myśl, którą zgaduje się, a która umyka, jak śmiała ręka, gdyby się zaplątała pod twą suknię: ponieważ...

Przerwałam jej ruchem — ostrym, tak, to prawda — zirytowana, że mnie tak przeniknęła... Czy obrazić się? natychmiast opuścić ją? Przewiduje wszystkie nieprzyjazne myśli moje i całuje mnie gwałtownie koło [ 99 ]ucha. Zakutana w futro, dotyka mnie lekko skrzydłami ptaków, zaledwie miałem czas odetchnąć zwodniczą Rezi perfumą... gdy wchodzi Renaud.

Zawstydzona opieram się plecami o fotel. Zawstydzona nie postawą moją, nie spiesznym pocałunkiem Rezi, ale spiczastem spojrzeniem Renaud’a, który jakby rozbawiony przebacza i prawie zachęca. Całuje rękę mej przyjaciółki i mówi:

— Przepraszam, czy nie przeszkadzam tu?

— Ale pan nie przeszkadza absolutnie — mówi — niczemu i nikomu! Przeciwnie niechże mi pan pomoże przejednać Klaudynę, która gniewała się na mnie z powodu bardzo słusznego komplimentu.

— Bardzo słusznie, jestem pewny, lecz nadaje pani specjalny wyraz temu określeniu? Moja Klaudyna jest dziewczynką małą, bardzo poważną i bardzo namiętną, która nie pogodziłaby się.... (a ponieważ należy do ludzi, którzy znali Musseta, więc nuci akompaniament z Don-Juana przytem)... nie zgodziłaby się na pewne uśmieszki, podkreślone pewnemi słowy.

— Renaud, proszę cię, żadnych sprawozdań z pożycia małżeńskiego.

(Mimowoli podniosłam głos, zniecierpliwiona, lecz Rezi zwróciła się do mnie z rozbrajającym uśmiechem).

— Ależ tak, tak, Klaudyno! Pozwól mu mówić... Mam w tem wyraźny interes i jest to uczynek miłosierny, sprowadzić mnie choć trochę z drogi cnoty. Doszło już do tego, że nie wiem zupełnie, co znaczy... kochać.

Hm! ta djeta gorącej krwi w małżeństwie ma [ 100 ]nie bardzo szczególne skutki, tak mi się zdaje, w ciągłym flircie; lecz Renaud nic nie wie. Rozrzewniony i wspaniałomyślny przypatruje się Rezi od głowy do stóp, a ja nie mogę wytrzymać śmiechu, gdy powiada wreszcie:

— Biedne dziecko! Takie młode, a już pozbawione tego, co upiększa i koloryt życiu nadaje! Niech pani przyjdzie do mnie, w moim gabinecie ofiarnym na sofie czeka panią pocieszenie, a kosztować będzie znacznie taniej niż u specjalisty.

— Taniej? Boję się „artystycznej ceny“!

— Przecie pani nie jest artystką. Zresztą albo się jest uczciwym, albo nie...

— A pan nie jest. Dziękuję, nie!

— Ofiaruje mi pani... co pani będzie chciała.

— Ależ...

Do połowy odchyla oczy koloru dymu:

— .... Pan by się zaraz od wejścia zabrał do...

— .... wejścia. Ręczę pani.

Podniecona uczuciem otrzymanej obelgi, Rezi wystawia szyję, wygina kark ruchem Fanszetki, która znalazła cudowną szarańczę lub innego wybornego owada.

— Nie powiem panu, dobroczyńco ludzkości! Do tego jeszcze nie doszłam.

— A gdzie pani już... jest?

— Przy zadośćuczynieniu.

— Jakiem? jest kilka sposobów kompensaty, a już co najmniej dwa.

(Staje się różowa, krótkowzroczność wzmaga się, zwrócona do mnie błagająco giętkim głosem).

— Obroń mnie Klaudyno!

[ 101 ]— Tak, ja cię obronię... przed pocieszeniem Renaud’a.

— Nie, naprawdę? Zazdrosna?

Promienieje radością nie zbyt litościwą, z którą bardzo jej do twarzy. Pół siedząc, jedna noga wyciągnięta, druga miękko zgięta pod suknią, pochyla się ku mnie w pozycji trochę sztucznej, jakby gotowa do ucieczki. Jej buzia złoci się puchem jaśniejszym niż włosy, a jej brwi nieustannie drżą, zmieniają się jak przejrzyste skrzydła osy. Wzięła jej pięknością, odpowiadam jej z całą prostotą:

— Zazdrosna? Oh! nie, Rezi, jesteś nadto ładna. Nie przebaczyłabym nigdy Renaud’owi, gdyby mnie zdradził z kobietą brzydszą!

Renaud pieści mnie jednym ze swych mądrych spojrzeń, które sprowadzają mnie do niego, gdy z powodu dzikości, czy też gwałtownej potrzeby samotności, odbiegam... Jestem mu wdzięczna za te słowa, w milczeniu, a tak czułe, posłane mi po nad głową Rezi...

Jednak Rezi Blondynka (pojęła mnie?) zbliża się, wyciąga ręce z zarękawka, robi minkę i mruczy:

— Oto... wasza skomplikowana, psychologia trawi mnie, a właśnie głodna jestem...

— Ah! moja biedna!... jakże mogłam pozwolić na to!

Podrywam się i biegnę do dzwonka.


Trochę później nastaje przyjacielski pokój, przy gorących filiżankach herbaty i kanapkach smaro[ 102 ]wanych masłem. A ja gardzę herbatą tych eleganckich ludzi. Kosz na kolanach, wysypuję kwitnącą jarzębinę, gryzę i zjadam misple mięciuchne, owoc zimowy, od nas, posłany przez Melkę, pachnie śpichlerzem, zbożem...

Wskutek przypomnienia, palącego a ciemniejącego zapachu świeżych węgli w pokoju, mam wrażenie, że jadę do Montigny.... Mam wrażenie, że widzę Melkę, jak dokłada drzew, a Fanszetka siedzi na kamieniu koło ogniska, trochę oddalona gwałtownością płomieni i trzaskaniem świeżego drzewa....

— Moja córeczka!...


Marzyłam głośno! A wobec wesołości Renaud’a i zdumienia Rezi, zaczerwieniłam się i zaśmiałam zakłopotana.




[ 103 ]
Słaba, ciepła i zgniła zima mija. Koniec stycznia. Z jakim pośpiechem i równocześnie opieszałością płyną dnie w kółko! Teatry, obiady, poranki i koncerty, aż do pierwszej godziny w nocy, czasem dwa naraz; Renaud się trzyma, a ja uginam.

Budzimy się późno, w łóżkach czytamy dzienniki. Renaud dzieli uwagę swą między „postawę Anglji“ a Klaudynę, leżącą na brzuchu i zapadłą w nieżyczliwy sen, dla której to sztuczne życie nie pozostawia koniecznego wypoczynku. Szybko śniadanie; różowe mięso dla mego małżonka, a wszelkie inne rzeczy i słodycze dla mnie. Od drugiej do piątej program rozmaity.

Nie zmienia się, o piątej albo wizyta u Rezi, albo u mnie: przywiązuje się do mnie coraz więcej i nie ukrywa tego. A ja przywiązuję się do niej; o Boże, ukrywając to.

Prawie co wieczór o siódmej, wychodząc z baru herbacianego, gdzie Rezi rozgrzewa się ponczem, a ja żuję nadto słone paluszki, rozmyślam z utajoną wściekłością, że trzeba się ubierać i że Renaud mnie już oczekuje... przystrajając gors koszuli perłowemi [ 104 ]spinkami. Dzięki mej fryzurze krótkiej i wygodnej, mogę wyznać szczyt mej skromności — zaciekawiam zarówno panie, jak i panów.

Z powodu uciętych włosów i chłodu w obejściu, mówią mężczyźni: „Ona jest w guście kobiet“. Ponieważ to odrazu bije w oczy, że skoro nie lubię mężczyzn, muszę poszukiwać kobiety, o prostoto umysłu męskiego!

Przedewszystkiem kobiety — widząc te ucięte włosy i chłód wobec ich mężów i kochanków — mogłyby tak myśleć o mnie. Spotykam wokoło siebie ciekawe oczy, płoche i wstydliwe, nawet rumieńce, jeżeli wzrok mój zatrzyma się przez chwilę na jakichś ładnych odsłoniętych plecach lub wspaniałej szyji. Otrzymywałam też bardzo wyraźny znak pożądania; pięćdziesięcioletnia, a może i starsza dama kwadratowa, której profesją salon; sucha czarna dziewczyna z obwisłemi plecami; żydówka z monoklem, która swoim długim nochalem jeździ po wszystkich dekoltażach, jakby umyślnie tam pierścionek zgubiła — te uwodzicielki znalazły u Klaudyuy brak zainteresowania, co widocznie doprowadziło je do wściekłości. I to szkodziło wyraźnie mej opinii tak dobrze zaczynającej się. A przedwczoraj zdumiałam się, zauważywszy na ustach jednej z mych „przyjaciółek“ (czytajcie młodej damy, którą dosłownie widziałam pięć razy) zły uśmieszek, gdy wymawiała imię Rezi tak, że natychmiast pojęłam, o co chodzi. Przyszło mi na myśl, że mąż Rezi urządziłby straszną awanturę, gdyby któregoś dnia do jego ceglastych uszu doszły takie skandaliczne pogłoski.

[ 105 ]Jednak pewnego razu udało mi się oswoić mimowoli tego człowieka, dawniej niechętnego.

Z całem skupieniem słuchałam, na przyjęciu u Renaud’a, pisków w grupie mężczyzn młodych, a łysych, którzy zabawiali się na temat literatury z hałaśliwą żywością... „Jego ostatni romans? Niechaj pan nie liczy na reklamę! Doszedł do szóstego wydania, — Nie, ósmego!... Szóstego, ja panu mówię! A jeszcze to były wydania po 200 egzemplarzy, wydawca Sevin mówił mi! — Myślisz, księgarz bierze, co chce, nawet tandetę, a potem ma! — Mój „Rozbiór duszy“ sam Floury, sprzedaje dwadzieścia dziennie; i to mi przynosi, wszystko razem, trzydzieści ludwików; a do tego nie chcieli mi jeszcze ściągnąć zaliczki stopięćdziesiąt franków! To wzruszające, jeśli ktoś sądzi, że nie dotykamy starych rzeczy! Co do mnie z zimną krwią zabieram całe tomy pod pretekstem potrzeby wydania dodatku i przepuszczam Gougy’ego. — Ja też! — Psiakrew i ja też, trzeba się przecie bronić! — Mój drogi przy 40% i 14 na 12 dla drobnej sprzedaży, wydawca mógłby całkiem łatwo dawać nam dwadzieścia sous od egzemplarza sprzedanego i jeszcze zarobić ładny grosz. — Mógłby dać nawet trzydzieści sous bez straty. Co za banda! Oh!“

Mówili wszyscy razem i z przekonaniem, jakiego użycza dobrowolna głuchota, a myśląc o Kiplingu i świecie małp, wyszeptałam: „Bandar-log!“

Lambrook, siedzący obok mnie, pochwyciwszy to słowo hinduskie zadrżał chorobliwie obu szczękami. Jego oczy jasne i wypłowiałe spoczęły na mnie. Lecz śmiech Rezi nerwowy dał się słyszeć w drugim końcu salonu, on podniósł się z miną roztar[ 106 ]gnioną, aby zobaczyć z kim żona jego bawi się tak głośno.


Romansopisarz nadto znany (specyalność: wiercenie kobiecych dusz) usiadł w miejsce tego „męża wiecznie na straży“ i wyszeptał: „jaki brzydki czas!“ w postawie i z miną naturalnie dla otoczenia człowieka, znajdującego się nad brzegiem ekstazy. Ubrany jak „Bourget z Biedaków“, jak go nazywał Renaud: spokojnie pozwoliłam mu kończyć swą improwizację wypracowaną przy zamkniętych drzwiach i zasłoniętych, nie bez artyzmu, o „rozpuszczonej zimie bez zimna, o delikatnem tchórzostwie, z jakiem pierzcha zbyt wczesny mrok, o kłamliwej wiośnie zamkniętej w burzliwym grudniu... Pewniejsza wiosna z miękkiej skóry i kwitnącego biustu drży pod ciężkiemi futrami...“ (Dobre przejście)... Od tego, do opadnięcia tych ciężkich futer na miękki niemy dywan kawalerskiego pokoju, jest tylko jeden krok. Raz puszczony, ten pół talent postępuje dalei...

Rozmarzona, łagodna i jakby zdobyta mruczę:

— Tak... wciąga się z powietrza gryzącą i niebezpieczną nudę oranżerji...

(Ostatecznie, z podnieceniem południowców, aby go całkowicie pogrążyć, kończę gwałtownie):

— Ach! tak, wkrótce zboża zejda!...

Jak musiałam się wydać głupią! Z radości tańczyłabym maczicza! Ale ten gapa, którego obraziłam, powtórzy wszędzie, on też, z wysokości swego po[ 107 ]kaźnego brzucha: „Klaudyna? Ona jest dla kobiet... (kończąc w myśli)... bo nie dla mnie“.

Dla kobiet? Glupstwo! gdyby weszli do nas rano, z uderzeniem, mój Boże, z uderzeniem dziesiątej, zobaczyliby, czy jestem tylko „dla kobiet“!


Nadszedł list od papy, ogromniasty i zasmucający. Wśród zajęcia chrząszczowego, które krąży po jego szczęśliwym mózgu, papa ma czas martwić się moją nieobecnością. W Paryżu gwizdał na mnie. Tam znajduje, że dom jego jest pusty, brakuje mu Klaudyny. Nie ma małej dziewczynki, milcząco w kłębuszek zwiniętej, z książką na kolanach, w głębokim fotelu z pękającem pokryciem, — lub przyczepionej do gałęzi orzecha, z hałasem tłuczącej je, jak wiewióreczka, — lub wyciągniętej na całą długość na wierzchołku muru rękami pragnie dostać śliwki sąsiada lub kwiaty mamy Adolfiny. Papa nie mówi o tem, jego godność wzbrania mu, a także szlachetność stylu, który nie może zniżyć się do pewnej dziecinnady. Ale on tak myśli. I ja też.

Drżąca, pełna żalu i wspomnień, biegnę do Renaud’a, aby się ukryć i wyspać na jego plecach. Mój drogi wielki, którego odrywam (a on nigdy się za to nie gniewa) od pilnej roboty, nie zawsze rozumie przyczyny, które on memi „rozbiciami okrętu“ nazywa. Lecz mnie szlachetnie osłania, nie zadając wielu pytań. W jego cieple, majaki południowe rozchodzą się i znikają. A gdy wkrótce wruszony mojem uczuciem, przytula swą postać i pochyla ku mnie [ 108 ]swoje złotawe wąsiki, pachnące konwalią i papierosami Khedive, podnoszę oczy na niego i mówię roześmiana:

— Pachniesz jasnym tytoniem...

Na to odpowiada mi drażniąc się ze mną:

— A Rezi, jak pachnie?

— Rezi?... (Myślę chwilę)... Ona pachnie kłamstwem.

— Kłamstwem? Sądzisz, że cię nie kocha i udaje niewiniątko?

— Nie to, mój wielki. Nie chciałam tego powiedzieć. Rezi nie kłamie. Ona się kryje. Ona coś tai. Ona nie opowiada rozrzutnie i obficie szczegółów, jak ładniutka Langendock: „Wychodzę z galerji Lafayette“ na początku jakiegoś zdania, które kończy: „W pięć minut po tem byłam u św. Piotra w Montrouge“. Rezi nie papla i za to ją lubię. Ale wiem, że ukrywa, zagrzebuje do czysta setki małych obrzydliwości (jak Fanszetka na swej desce) starannie utrzymanemi łapkami; sto małych świństewek banalnych, jeśli wolisz, ale w każdym razie istniejących.

— Co wiesz o tem?

— Nic, na Boga, jeśli trzeba dowodów; mówię tylko to, co przewąchuję. Jej pokojówka rano często oddaje jej jakiś zmięty papier mówiąc: „oto pani zapomniała wczoraj w kieszeni...“ Przypadkiem raz rzuciłam okiem na taką zgniecioną kopertę z „kieszeni wczoraj“ i mogłam jeno powiedzieć, że koperta ta nie była wczoraj otwarta. Co myślisz o takim sposobie korespondencji? Podejrzliwy Lambrock, nawet on sam, nie zauważyłby nic innego jak tylko... stary papier.

[ 109 ]— To dowcipne — pomyślał Renaud głośno.

— Więc rozumiesz mój wielki, tę Rezi skrytą, która przychodzi tu biało-złota, z oczami jasnemi aż do głębi, którą owiewają perfumy sielankowe siana i irysów....

— Ah! Klaudyno!

— Co cię gniewa?

— Jakże, co mnie gniewa? A ty? Marzę! Moja Klaudyna rozstrzepana i obojętna na wszystko, interesuje się kimś, Rezi, w tym stopniu, że ją studjuje, zastanawia się nad nią, obserwuje ją! Ah!, to paniątko (on gniewa się, ręce skrzyżowawszy, jak papa, muszę się śmiać) — ona, tak, jesteśmy zakochani?

(Zdaleka od niego mierzę go wzrokiem, brwi opuściwszy nisko, aż się przestraszył):

— Co? Jeszcze zła? Naprawdę, ty wszystko bierzesz tragicznie!...

— A ty nic poważnie!

— Jedną jedyną rzecz: ciebie!...

— (Czeka; nie rusza9m się).

— Mały mój głuptasku, chodźże! Jak mnie to dziecko martwi! Klaudyno, pyta (tymczasem wróciłam z powrotem na jego kolana jeszcze milcząca i sztywna), nauczysz mnie jednej rzeczy?

— Jakiej?

— Dlaczego, jeśli należy wyznać twemu staremu mężowi tatusiowi jakąś myśl skrytą, czemu stajesz okoniem, gniewasz się i wstydzisz, jak gdyby trzeba było przed osobami znakomitemi w Paryżu do konkursu stanąć lub uciekać?

— Prosty człowieku! bo znam moje plecy, są [ 110 ]mocne, w kolorze i dotyku mile. Mniej pewną, mój wielki, jestem moich myśli, i ich jasności i przyjęcia, jakie znalazłyby... Moja wyraźna wstydliwość nakazuje mi ukrywać to, co boję się, może jest słabe i brzydkie...




[ 111 ]
Tego ranka wprowadziłam Renaud’a w żywy i przykry gniew. W milczeniu, przyglądałam się, jak rzucał w ogień papiery zwinięte, porwane z kącika na biurku, gdzie składał broszury. Mała popielniczka, pchnięta pewną ręką wysypała się do kosza z papierami. Potem Ernest, który nie przybiegł dość szybko, miał zostać wypędzony, jak z procy. Chmury ściągają.

Siedzę, ręce skrzyżowane, asystuję i słucham.

Oczy Renaud’a szukają mnie i łagodnieją:

— Ot niewidziałem cię, malutka. Skąd przychodzisz?

— Od Rezi.

— Byłbym wpadł na to 1... Ale, moja droga, przebacz moje roztargnienie, ale nie jestem zadowolony.

— Myśl, którą pragniesz ukryć!

— Nie żartuj... Chodź do mnie. Uspokój mnie. Mam wiadomości o Marcelim, złe aż do obrzydliwości...

— Ah?

[ 112 ]Przypomniałam sobie ostatnią wizytę mego pasierba, w której naprawdę przesadził. Niepojęta pyszałkowatość pozwoliła mu opowiedzieć mi sto takich rzeczy, o które byłabym nie zapytała, między innemi, opowiadanie prawie szczegółowe, o spotkaniu, jakie ma, na ulicy de la Pompe, w godzinie, w której liceum Jonson wypuszcza na ulicę swoich uczni w niebieskich czapkach.... Ów dzień z odysseą Marcelego, przerwała Rezi, która przez trzy kwadranse próbowała na nim swojej armji spojrzeń i całej serji najrozsądniejszych ruchów. W końcu znużona, zaprzestała walki, i zwróciła się do mnie ze zniechęceniem, które wyraźnie mówiło: „O jej, mam już dość!“ Zacząłem się śmiać, a Marceli (ten rozpustnik jest dalekim od głupoty) uśmiechał się z nieskończoną wzgardą.

Ta wzgarda szybko przeszła w ciekawość złośliwą. Widząc Rezi wzracającą niestrudzenie swe zainteresowanie ku mnie — to samo zainteresowanie uwodzenia..., powodowany najwyższą dyskrecja, odszedł.

Jakiś nowy figiel wypłatał ten chłopak?

Czekam, głowę oparłszy na kolanach Renaud’a aż zacznie opowiadać.

— Zawsze te same historje, mój biedaku drogi. Mój miły synalek zarzuca litereturą nowogrecką pewnego żółtodzióba z dobrej rodziny... Ty nic na to, moja mała córeczko? Ja, powinienbym się do tego przyzwyczaić, niestety! ale te rzeczy prowadzą mnie do takiej wściekłości!

— Dlaczego?

[ 113 ](Na moje łagodnie postawione pytanie, Renaud zrywa się).

— Jakto, dlaczego?

— Dlaczego chciałam powiedzieć, mój drogi olbrzymie, uśmiechałeś się pobłażliwie, prawie pochwalając, do myśli, że Lucia była mi nadto czułą przyjaciółką? W nadziei, — powtarzam, w nadzieji! — że Rezi mogłaby stać się Lucią szczęśliwszą?

(Śmieszną twarz miał wtedy mój małżonek! Najwyższe przerażenie, rodzaj naruszonej wstydliwości, zawstydzony, głupkowaty uśmiech przechodziły falami, jak cień mgieł przebiega łąkę... Tryumfująco wkońcu wykrzyknął):

— To nie jest wszystko jedno!

— Dzięki Bogu, nie, nie w każdym kierunku...

— Nie, to nie jest wszystko jedno! Możecie robić wszystko, wy inne. To miłe, i bez znaczenia...

— Bez znaczenia... nie jestem tego zdania.

— Tak, dobrze mówię! To między wami, małe milutkie zwierzątka, pewne... jakby to powiedzieć?... pewna pociecha z nas, rozrywka, która wam daje odpoczynek...

— Oh?

— ... albo najmniej, wynagradza wam logiczne poszukiwanie znakomitego partnera, urodą do waszej zbliżonego, któryby uświadomił sobie waszą czułość i niemoc... Gdybym miał odwagę (ale jej nie mam) powiedziałbym, że pewnym kobietom potrzeba kobiety, aby im zaostrzyć apetyt na mężczyznę.

[ 114 ](Więc nie, nie rozumiem tego! Jaka bolesna prostota w miłości takiej, jaką my dajemy, a jakże odbieramy mało... Nie mogę słuchać tego, co mówi mój mąż, chyba jako paradoks, który stara się zazdrośnie ukryć przed okiem jedynego małego widza).




[ 115 ]
Rezi jest moim cieniem. Każdej chwili jest tu, obejmuje mnie swemi harmonijnymi ruchami, których linje przedłuża się w przestrzeni, czaruje mnie swemi słowy, spojrzeniami, szaloną myślą, którą, zdaje mi się, że zobaczę, wytryskającą iskrami z końców jej palców.... Niepokoi mnie, czuję w niej wolę bardziej zrównoważoną, więcej upartą niż moja, która skacze i potem zasypia.

Niekiedy, rozgniewana, osłabiona jej upartą łagodnością, jej pięknością, która jak bukiet kwiatów przed nosem przesuwa mi się, stroi zaledwie okryta, mam ochotę brutalnie zapytać ją:

— Dokąd dążysz?

Lecz obawiam się, że odpowie. A ja wolę milczeć tchórzliwie, aby zostać wobec niej bez grzechu, gdyż, od trzech miesięcy, jest mojem drugiem przyzwyczajeniem.

Wogóle od czasu nastawania jej słodkich czarnych oczu i wykrzyknika: „Boże! jak ja cię kocham!“ który wymykał się często naiwnie i niespodzianie, jak wyznanie małej dziewczynki, nie mogę się o nic gniewać.

[ 116 ]Właściwie, za co ona mnie kocha? Przewidziałam jej szczerość, jak i czułość, niemniej też i życzenie, i boję się tak jest, już, ja się boję — że to pragnienie ją samą zapala.

Wczoraj, przygnieciona migreną, zniechęcona ciemnościami, pozwoliłam Rezi położyć ręce na mych oczach. Powieki spuszczone. Zgadywałam poza mną kształt jej pochylonego ciała, szczupłego, w szarej obcisłej sukni, koloru odpowiadającego kolorowi jej oczu.

Niebezpieczne milczenie padło na nas. Ona nie odważyła się jednak ani na jeden gest i nie uścisnęła mnie. Dopiero po kilku minutach powiedziała jedynie: „moja droga, moja droga...“ i znów umiłkła.

Gdy zegar wydzwonił siódmą, podniosłam się szybko, aby zapalić światło. Uśmiech Rezi blady i delikatny wobec nagłości światła uderzył w moją twarz złą, brutalną i zaciętą.

Zwinnie, westchnąwszy, szukała swych rękawiczek, przypięła mocno kapelusz, powiedziała mi w szyję „adieu“ i „do jutra“ i zostałam sama przed lustrem, nasłuchując jej lekkiego chodu.

Nie kłam przed samą sobą, Klaudyno! podparta na łokciach przed lustrem. Twoje rozmyślanie i twoja mina świadcząca o rodzących się wyrzutach, czy to nie troska z tego powodu, że twarz o oczach koloru cygar Havanna, które kocha twoja przyjaciółka, została nietknięta?




[ 117 ]
Moja mała, droga córeczko, o czem myślisz?

(Jego mała droga córeczka skulona jak krawiec, siedzi na wielkim łóżku, z którego jeszcze nie wstaje. Otulona w różową jedwabną nocną koszulę, ostrożnie obrabia paznokcie u prawej nogi maleńkim nożykiem, oprawnym w słoniową kość i nie mówi ani słowa).

— Moja mała droga córeczko, o czem myślisz?

(Podnoszę głowę w węże pozwijaną i patrzę na Renaud’a — już ubranego, wiążącego krawat — jakbym go nigdy do tej pory nie widziała!)

— Tak jest, o czem myślisz? Od przebudzenia jeszcze nic nie powiedziałaś do mnie. Pozwalasz okazywać sobie czułość i nie zwracasz na nią uwagi!

(Podnoszę rękę, aby naprostować).

— ... Wysilam się napróżno, jesteś myślami gdzieindziej. Klaudyno...

— Ty mnie zadziwiasz!

— Nie tyle, co ty mnie! Przyzwyczaiłaś mnie do większego zaufania w tych zabawach...

— To nie są zabawy.

— Nazwijmy je snami, jeśli chcesz, poprzednią [ 118 ]uwagę podtrzymuję. Mój Ptaku, kędy błądzisz od samiuteńkiego rana?

— ...Chciałabym na wieś pojechać — mówię po namyśle.

— O! Klaudyno! - powiedział zaambarasowany, pomyśl tylko.

(Podnosi store; ulicami płyną strumienie wody; przepełnione rynny).

— Czy ten różowy poranek dodał ci ochoty? Wyobraź sobie tę brudną wodę płynącą po ziemi, brzeg sukni zabłocony uderza o skórę; pomyśl o zimnych kroplach deszczu, które uderzają w uszy..

Myślę o tem. Wy nie macie pojęcia, co to jest deszcz na wsi, „klap-klap“ sabotów po błocie i wilgoci, w czapie dziwacznej, z każdej niteczki woda kroplami kapie: czapa spiczasta, osłaniająca twarz jak mały „domeczek“, pod którym się pysznie kryje i śmieje... Pewnie, zimno szczypie, ale ogrzewa się uda przez wypchanie obu kieszeni gorącemi maronami, a na ręce bierze się trykotowe rękawice...

— Nie kończ! Zęby same mi zgrzytają na wspomnienie rękawiczek bawełnianych na końcach paznogci! Jeżeli chcesz koniecznie zobaczyć twoje Montigny, jeżeli to życzenie jest gorącem pragnieniem, jeśli to twoja, „ostatnia wola“ (wzdycha)... pojedziemy.


Nie, nie pojedziemy. Byłam wzięła swemi własnemi słowami, gdym je wypowiadała. Lecz, tego ranka, żal za okolica Fresnois nie męczy mnie, moje milczenie nie było z powodu tęsknoty, jest coś innego.

[ 119 ]Jest.... jest.... Nieprzyjemności zaczęły się i milosna zdrada tej Rezi zastała mnie nieprzygotowaną, bez planu obrony.

Poszłam do niej o piątej, ponieważ stała się towarzyszką połowy mego życia, za którem szaleję, które mnie czaruje i wobec którego jestem bezsilną.

Całkiem samą znajduję ją przy kominku wygrzewającą się. Swiatło ognia obejmuje ją i przenika, otacza różowem płomieniem jej rozwiane włosy, cień jej postaci zamazanej i pogłębia kolorem różowej miedzi i czerwienią topionego metalu. Uśmiecha się do mnie, nie wstając, i wyciąga ramiona tak czule, że przerażona obejmuję ją, lecz tylko raz.

— Sama, Rezi?

— Nie. Byłam z tobą.

— Ze mną... i kim jeszcze?

— Z tobą... i ze mną. Wystarczająco, niestety, nie tobie!

— Mylisz się, moja droga.

Ona potrząsa głową ruchem aż do nóg, wyciągniętych na niskim taborecie. I jej słodka marząca jej słodka marząca twarzyczka, na której płomień żywy rzeźbi kąciki ust w dwa głębokie dołeczki, poważnie szarpie mną.

Do tegośmy doszły! To wszystko, co znalazłam?! Nie mogłabym, przed zdobyciem i upojeniem się, porozmawiać miło i wyraźnie? Rezi, to nie Lucka, dobra do wypicia, która dla jednego kręcenia głowy, chętnie oddałaby 24 godzin spoczynku. Moja wina, moja wina...

Przechodzi po mnie całej melancholicznym wzrokiem i mówi półgłosem:

— O Klaudyno! czemu mi nie ufasz? Siedząc [ 120 ]przy tobie dotykam pod suknią twej broniącej się nogi, nieczuła jak noga fotela, która oddalając mnie, nie pozwala się zbliżyć. „Wstrzymuje!“ Sama myśl o fizycznej obronie, rani mnie Klaudyno! Czyż nigdy usta moje nie odczują na twej buzi chęci grzechu, który potem tłumaczy się ciemnością, pośpiechem? Wydajesz mi się chorą, jak pewna... profesjonistka, śledząca tylko ruchy rąk i przed kim należy czuwać nad postawa...

(Zamilkła i czeka. Nie mówię nic. Podejmuje w dalszym ciągu, pieszczotliwie:)

— Moja droga, moja kochana, czy to naprawdę ty, Klaudyna mądrutka i tkliwa, która rozdaje czułość w granicach tak konwencjonalnych, tak śmiesznych?

— Śmiesznych?

— Tak nie ma na to innego wyrażenia, „jesteś moją przyjaciółką, a całujesz mnie zaledwie od czasu do czasu. Jesteś moją kochanką, reszta należy do ciebie“.

— Rezi...

(Wstrzymuje mnie ruch).

— Ach! nie bój się! Uzasadniam niezgrabnie; nic nie ma takiego między nami! Lecz chciałabym, droga, abyś przestała robić mi przykrości, walczyć przeciwko mnie, która na to nie zasługuję, swoją ustawiczną przezornością. Oddaj mi sprawiedliwość (błaga mnie, zbliża się, nieznacznie czołgając), co jest takiego w mem uczuciu, czemu ty mi nie ufasz?

— Twoje myśli, powiedziałam cichutko.

(Jest już przy mnie, tuż przy mnie, czuję idące [ 121 ]od niej ciepło, a na mej twarzy gorąco, zabrane przez nią z ognia).

— Jednak proszę łaski, szepce, przez siłę tego uczucia, którego ukryć nie umiem.

Zdaje się być łagodną, prawie zrezygnowaną. Oddech zwalniam, aby nie odgadła, że drżę. Jednak odczuwam woń rozgrzanego jedwabiu, irysu, woń jeszcze słodszą, gdy podniosła ramiona, aby wygładzić złotą fryzurę na karku... Kto mnie teraz ustrzeże przed szaleństwem?... Duma nie pozwoliła mi przywołać na pomoc pewnych wykrętów, szytych grubą nicią. Rezi wzdycha, wyciągając ręce jakby ruchem przebudzenia na sposób cór Renu... W tej chwili wszedł jej mąż, jak zwykle cicho i niedyskretnie.

— Jakto, jeszcze po ciemku, moja droga Rezi? — mówi zdziwiony po podaniu ręki.

— Oh! nie dzwoń pan, proszę, nie czekając, co powie Rezi. Lubię tę godzinę, coś tak ni pies, ni wydra.

— Wydaje mi się bardziej zbliżona do wydry, niż do psa — odpowiada słodko ten nieznośny człowiek, który mówi bezsprzecznie dobrze po francusku.

Rezi, milcząca, przygląda mu się wzrokiem czarnej wściekłości. On spaceruje miarowym krokiem, penetrując wzrokiem w ciemni, otwartej do wielkiego salonu, i znów kończy przechadzkę. Jego odmierzane kroki wiodą go koło nas, aż do ognia, który oświeca dół jego twarzy ostrej i oczy nieprzejrzyste. Przybywszy na dziesięć centymetrów odemnie, robi pół-obrotu wojskowego i oddala się z powrotem.

Niepewna siedziałam.

Oczy Rezi stały się djabelskie; obliczała jego [ 122 ]rozpęd... Przytulona cichym wysiłkiem lędźwi do mnie, obrabia mnie szaleńczą słodką buzią, ramieniem obejmując moją szyję. Oczy jej szeroko otwarte wypatrują jego oddalające się kroki, jej ręka wolna, podniesiona, znaczy rytm chodu małżonka, podczas gdy drżenie jej ust zdaje się liczyć uderzenia mego serca: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... Jak zerwany węzeł, uścisk opada. Lambrook odwraca się: Rezi znów siedzi u mych stóp i zdaje się czytać w płomieniach.

Wobec oburzenia, przestrachu, trwogi i prawdziwego niebezpieczeństwa, w które wpada, nie mogłam powstrzymać drżącego westchnienia, stłumionego wykrzyknika...

— Czy pani coś mówi?

— Drogi panie, racz mnie pan wyrzucić! Jest już strasznie późno... Renaud będzie mnie szukał w trupiarni Morgue!

— Pochlebiam sobie, i proszę mi pozwolić w to wierzyć, że przedewszystkiem będzie panią tu szukał.

(Przy tym człowieku ręka swędzi).

— Rezi... do widzenia...

— Do jutra, kochana?

— Do jutra.


Oto dlaczego Klaudyna siedzi zamyślona i wycina paznogcie u prawej nogi, dziś rano.


[ 123 ]Tchórz Rezi! Zręczność jej ruchów, dokonywane oszustwo na podstawie mojej pewnej dyskrecji, nie dająca się zapomnieć perfekcja w niebezpiecznych pocałunkach, całe wczoraj pogrąża mnie w poważne rozmyślanie. A Renaud przypuszcza, że jestem smutna. On nic nie wie, i nigdy nie będzie wiedział, że w moich oczach życzenie, wesołość i równocześnie żal, rozkosz malują zawsze ciemnemi farbami?

Rezi kłamca! Kłamca! Dwie minuty przed wybuchem pocałunków, jej głos pokorny i poważny zapewniał mnie i mówił o przykrości, jaką odczuwa z powodu niesłusznego podejrzenia. Kłamca!...

W głębi mej duszy, porywczość nastawiania łapki przemawiała za nią. Ta Rezi, która żaliła się, gdy nie chciałam rozumieć jej życzenia, a już najmniej jej zachowania, nie bała się narażać na mój gniew i zazdrość brutalną tego pustego kolosa.

— Kogo więcej kochasz, niebezpieczeństwo, czy mnie?

— Może mnie? Jeszcze widzę ten zwierzęcy skok lędźwi, ten ruch spragnionej, który ją rzucił na me usta... Nie, dzisiaj nie pójdę do niej!

— Wychodzisz, Renaud? Zabierzesz mnie?

— Jak tylko zechcesz, moje miluchne dzieciątko. Rezi jest gdzieindziej zajęta?

— Zostaw Rezi. Chcę wyjść z tobą.

— Już niezgoda?

Odpowiadam jedynie ruchem, oddalającym dalsze roztrząsanie tej kwestyi. On nie naciera.

Pełen wdzięku jak miła kobietka, załatwia się ze swoimi interesami w półgodziny, aby mnie odszukać w powozie — dorożka wynajęta z remizy trochę [ 124 ]męcząca i zawieść do Popetty na herbatkę z koksami lub kanapkami mieszanymi, albo z sałatką, albo ze śledzikiem. Jest ciepło, siedzi się przyjemnie, mówi o głupocie wczesnego pobierania się... gdy mój apetyt i wesołość kończą się. Wzrok utkwiony w nadgryzionej kanapce, a myśl przy jakiemś dalekiem małem wspomnieniu...

Pewnego dnia, u Rezi (może dwa miesiące temu) zostawiłam, nie wiem, czy nie byłam głodna, czy z roztrzepaństwa, kawałek chleba nadgryzionego w kształt półksiężyca... Gadałyśmy i nie patrzyłam na rękę Rezi, która zręcznie i trwożnie ukradła ten kawałek nadgryziony... Nagle widzę, coś szybko je, co nosi znaki moich zębów, uważała, że spostrzegłam się. Zaróżowiła się i chciała się ocalić, mówiąc: „Jaki ze mnie łakomczuch, co?“ Całkiem drobne zdarzenie, dlaczego właśnie teraz przypomniało mi się i sprowadza dreszcze? A jeśli ona martwi się teraz z powodu mej nieobecności...

— Klaudyno! hej, Klaudyno!

— Co!

— Ale moja droga, toż to choroba! Chodź mój biedny ptaku, pierwszy piękny dzień, pojedziemy do Montigny, do twego szlachetnego ojca, do Fanszetki i Helki... Nie chcę widzieć tak zasmuconego mego kochanego dzieciaka...

Uśmiecha się do drogiego Renaud’a w sposób tak obojętny, że nie uspakaja go to wcale, i wracamy pieszo po deszczu, po którym przechodnie i konie chwieją się na śliskim bruku, jak pijani.

[ 125 ]W domu czeka depesza.

„Klaudyno, proszę cię, zapomnij, zapomnij! Wracaj, abym mogła się wytłumaczyć. Jeśli to można tłumaczyć... To była gra, żarty, chęć szalona szukać tego, który chodził przed nami i którego kroki na dywanie drażniły mnie...“

— Jakto! Czy dobrze czytałem? Więc aby oszukać „tego, który chodził“, jakże ona to mówi? Ależ to ja głupia! „Żarty“? Zobaczy ona, czy ze mną w ten sposób żartować wolno!

Gniew faluje we mnie, jak kot, który ssie; snuję dzikie plany... Nie chcę analizować, co w moim gniewie jest z zawodu, a co z zazdrości... Renaud przyłapuje mnie z otwartą depeszą w ręce.

— Ah! ah! poddaje się? All right! Pamiętaj Klaudyno, należy uważać, aby zawsze ten drugi poddawał się!

— Dobrze przeczuwasz!

(W głosie poznał burzę i zdziwił się).

— Zobaczymy, co to było? Nic takiego, czego nie można powiedzieć? Nie pytam o szczegóły...

— Ale nie! Mylisz się: pokłóciłyśmy się, oto wszystko.

— Czy chcesz, abym tam poszedł załagodzić sprawę?

(Mój biedny wielki! jego uprzejmość, jego nieświadomość mnie obezwładnia, zarzucam mu ramiona na szyję ze śmiechem trochę łkającym).

— Nie, nie, pójdę jutro, uspokój się!

„Żarty!“




[ 126 ]
Reszta zdrowego rozsądku wstrzymuje moją rękę, przed zadzwonieniem do Rezi. Ale ten rozsądek, znam go, bo jest moim, służy tylko do tego, aby na chwilę przed głupstwem, zrodzić jasną przyjemność powiedzenia sobie: „Przecie to głupstwo“. Ostrzeżona biegnę pogodna, ukołysana wahaniem dodającem nadziei i otuchy, z całą odpowiedzialnością.

— Pani, w domu?

— Pani jest trochę cierpiąca, ale wobec pani to nic nie znaczy.

(Cierpiąca? Bah! to za mało, aby mnie wstrzymać przed tem, co jej chcę powiedzieć. A potem tem gorzej, sza, zrobi jej przykrość. „Gra!“ Idziemy grać...)

Jest cala biała, w crêpe de Chine, oczy tak silnie podkrążone, że źrenica wydaje się niebieska. Trochę zdziwiona, wreszcie wzruszona jej gracją i spojrzeniem, które mi rzuciła, mówię:

— Rezi, naprawdę jesteś cierpiąca?

— Nie, tylko, aby ciebie widzieć.

(Niegrzecznie wzruszam ramionami. Ale co? Pod ironią mego uśmiechu odezwała się:)

[ 127 ]— Możesz się śmiać? Odejdź, jeśli chcesz się śmiać!

(Speszona tą nagłą gwałtownością, staram się złagodzić.)

— Posądziłabym cię o więcej smaku... w grach, żartach za daleko posuniętych...

— Tak? Wierzyłaś? To nieprawda; Kłamałam pisząc do ciebie, przez zwykle tchórzostwo, aby cię módz zobaczyć, bo nie mogę żyć bez ciebie, ale...

(jej zapał zmieszał się z ochotą do płaczu.)

— ...ale to nie było śmieszne, Klaudyno!

Ona czeka trwożnie, co ja powiem i boi się mego milczenia. Nie wie, że wszystko we mnie jest wzruszone, jak szalejące gniazdo, i że radość przepełnia mnie... Radość, że jestem kochaną, że słyszę to, radość skąpca, który stracił i znalazł, zwycięska duma, że jestem czemś innem, nie podniecającą zabawką... Czuje, to jest tryumfalny zwrot w mej uczciwości kobiecej... Ale skoro mnie kocha, mogę jej jeszcze trochę sprawiać przykrość...

— Droga Rezi...

— Ach, Klaudyno!...

(Ona zdaje się nie wierzyć, drżąca staje i wyciąga ramiona; jej włosy i oczy rzucają te same jasne blaski... Niestety! Dziwne, że widok tego co lubię, piękność mej przyjaciółki, rozkosz moich lasów, pożądanie Renaud’a, wzbudzają we mnie to samo uczucie, ten głód posiadania i przytulenia!... Zatem jest we mnie tylko jeden sposób odczuwania?...)

— Droga Rezi... czy mogę wierzyć, sądząc po twej gorączce, że pierwszy raz spotyka cię opór! Tak dobrze rozumiem, patrząc na ciebie, że zawsze spotykałaś przyjaciółki zachwycone i powolne...

[ 128 ](Ruch jej, uniesienia w górę białej obcisłej sukni, która opadała i puszczenia jej w dal jak ogon Meluzyny, ruch z protestem, opadł. Obwisły ręce, widzę, jak chwile wzbierają w niej spryt i gniew. Wyzywa mnie):

— Pierwszy raz? Myślisz, że żyjąc przez ośm lat z tym pustym manekinem, który nazywa się moim mężem, nie próbowałam wszystkiego? Ze aby pozwolić wytrysnąć ze mnie miłości, nie szukałam tego, co jest najpiękniejszem, najsłodszem na świecie... kochającej kobiety? Może cenisz nadewszystko nowość, czy niezręczność pierwszej... pierwszego grzechu? Ah Klaudyno! Lepiej jest, szukać i wybrać. Ciebie wybrałam, kończy głosem zranionym, a ty mnie tylko znosisz...

Ostatni wybuch ostrzegawczy wstrzymuje mnie przed zbliżeniem do niej; zjawia się potrzeba ocenienia jej lepiej. Przywołuje na usługi swej niepowstrzymanej pasji wszelką broń, więc wdzięk, glos; mówi z całą szczerością: „Ty nie jesteś pierwsza“, gdyż tu prawda brzmi znacznie sprytniej, niż kłamstwo; przysięgłabym, że obliczyła tę otwartość... ale ona mnie kocha!

Marzę o niej wobec niej, i karmię się jej widokiem. Jakiś ruch karkiem przypomina mi Rezi zwyczajną, pół nagą, przy toalecie... Drżę; byłoby rozsądnie nie widywać jej tak...

Gniewa się, wysila wobec mego milczenia i wytrzeszcza swe oczy w ciemności, aby lepiej moje dojrzeć.

— Rezi... (mówię powoli) chcesz... pójdziemy spocząć po tem wszystkiem dzisiaj, i pozwolimy na[ 129 ]dejść dniu jutrzejszemu, jutru, które tyle rzeczy układa!... To nie dlatego, żebyś mnie czem obraziła, Rezi! Byłabym wczoraj przyszła, i śmiała się, albo gniewała, gdybym mniej ciebie kochała...

(Szybkim ruchem zwierzęcia czającego się tuli do mnie swą brodę gładką, zaledwie małym dołeczkiem naznaczoną.)

— ... Trzeba mi pozwolić namyśleć się. Rezi, bez owijania się koło mnie, nie rzucając na mnie takiej sieci spojrzeń, gestów, które zbliżają się ku mnie, nie dotykając mnie, niedopowiedzianych myśli... Trzeba usiąść tu koło mnie, ułożyć głowę na mych kolanach, nie mówić nic, nie ruszać się, bo, jak się ruszysz, odejdę...

Siada u mych nóg, z westchnieniem kładzie głowę i obejmuje rękami mój stan. Palcami, nad którymi nie mogę zapanować, aby nie drżały, gładzę jej piękne włosy faliste, które same wystarczają do rozprószenia ciemności. Nie rusza się. Lecz jej kark wydaje woń, jej zgorączkowane policzki grzeją mnie, a kolanami odczuwam kształt jej piersi... Oh! żeby się nie ruszyła Gdyby zobaczyła moją twarz i drżenie, które odczuwam...

Lecz nie ruszyła się, i jeszcze tym razem mogłam odejść, nie wyznawszy jej drżenia, tak zbliżonego do jej uczuć.

Na powietrzu czystem i chłodnem uspokoiłam moje podniecone nerwy, jak mogłam. To jeszcze dobrze w podobnych sytuacjach, jeśli się w głębi duszy może przyznać „szacunek dla samego siebie“! Tak! Więc, ja szanuję siebie.




[ 130 ]
Dziś, goście mego męża, którzy opuszczali nasz dom, ręczę, że mówili między sobą: „zaczyna być miłą młoda żoneczka Renaud’a! Wyrabia się!“

Nie, dobrzy ludzie, nie wyrabiam się, a zagluszam. To nie dla was, ta uprzejmość lekka, gorączkowość rąk, tłukących filiżanki Nie, nie dla ciebie ta gotowość młodej Hobe, staruszku, zupełnie oddany greckiej literaturze i rosyjskiej wódce! Nie dla ciebie, awanturniczy romansopisarzu z pretensjami socjalistycznemi, ten uśmiech niewinny, z którym przyjęłam propozycję przyjścia do mieszkania (jako pielęgniarka rąk) w celu czytania Piotra Leroux; ani dla poważnego rzeźbiarza andaluzyjskiego, który w języku hiszpańsko-francuskim wylewa się na sztukę współczesną! moja jedyna uwaga nie odnosiła się do waszych estetycznych postulatów („Wszyscy ludzie talentu pomarli już przed dwu wiekami“), lecz nasłuchiwała śmiechu Rezi, otulonej w suknię z białego sukna, takiego samego jak tunika, białego, jak śmietanka. Andaluzyjski rzeźbiarzu, gdybyś wiedział: „Widziałam Rubensa. — No I? — Toż to flaki!“ jakżeż sło[ 131 ]wo „świństwo“ wydałoby ci się słabem, chyba teraz życzyłbyś mi nagłej śmierci!

Żyję jednak, żyję w uczciwości, z którą nudno mi. Gwałtowność uczucia dla Rezi, uczucie śmieszne, bezsilność w opieraniu się, to wszystko nakazuje mi skończyć, upajać się nią tak długo, jak długo czar będzie trwał. Walczę, o! smutna gro słów! upieram się, gardząc sama sobą.

Jeszcze dzisiaj, odjechała w gronie mężczyzn rozgadanych, którzy palili i pili, kobiet, których dotykano, a szalony upał w salonie, następnie zaś chłodne powietrze, upajały je... Odjechała, strzeżona przez męża wzrokiem i nie powiedziałam jej: „Kocham cię... Do jutra...“ Pojechała, niedobra, dumna i jakby pewna mnie i pewna siebie, groźna i kochana...

Gdy zostajemy sami, ja i Renaud, patrzymy na siebie ponuro, jak zwycięzcy zmęczeni na polu bitwy. On się przeciąga, otwiera okno i wspiera się na łokciach. Zbliżam się do niego, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, czystego, które ulewa wilgocią przepełniła. Jego silne ramię, otacza mnie szybkim ruchem, zwraca me myśli z drogi, którą biegną, nieuporządkowane, albo dzielą się, przerwane, jak kawałki obłoków.

Chciałabym, aby Renaud, będący o półtorej głowy wyższy ode mnie, był jeszcze większy. Chciałabym być dziewczynką, albo żoną Olbrzyma-Renaud’a, aby módz schować się w zgięciu jego łokcia, albo pod jego pachą,.. Przytuloną do jego ucha niósłby przez łąki bez końca, przez olbrzymie lasy, a podczas burzy, jego włosy za podmuchem wiatru chwiałyby się jak sosny...

[ 132 ]Lecz jeden ruch Renaud’a (nie olbrzyma, tego prawdziwego) spłoszył moje marzenie i zmazał je...

— Klaudyno — mówi do mnie pełnym głosem, aksamitnym, jak jego spojrzenie, — mam wrażenie, że porozumiałyście się już, ty i Rezi?

— Porozumiały?... jakby się kto pytał Pozwalam się prosić.

(Zanucił).

— Nie ma nic złego w tem Klaudynko, nic złego! A czy ona zawsze szaleje za tobą?

— Tak. Pozwalam jej usychać jeszcze po... po przeprosinach. Tem większa przykrość...

...cena za wysoka“, odpowiada śpiewnie barytonem. Twoja przyjaciółka była dzisiaj bardzo ładna.

— Nie znam jej innej, tylko ładną.

— Myślę. Czy ładną ma linię ud?

(Przeraża mnie to.)

— Jej linia ud? Ależ nie wiem! Wyobrażasz sobie, że przyjmuje mnie w pokoju kąpielowym?

— Tak jest, tak myślałem.

(Wzruszam ramionami.)

Takie małe sidełka, nie są ciebie godne! Wierz mi, jestem zbyt lojalna — i dość czuła — Renaud, i wyznałabym otwarcie, gdyby już ten dzień przyszedł: „Rezi doszła wobec mnie tak daleko, że dalej nie można...“

(Otaczając mnie ramieniem zwrócił moją osóbkę ku światłu salonu):

— Ah! Klaudyno!... Więc?...

(Na jego schylonej twarzy, czytam ciekawość, zapał, lecz żadnego niepokoju.)

[ 133 ]— ...jednak, widzisz, że zbliża się do ciebie ten dzień, w którym to wyznasz?

— Nie o tem chciałam z tobą dzisiaj wieczorem mówić, odpowiadam, odwracając oczy.

Zręcznie wymijam, gdyż czuję się wzruszoną i drżącą, jak mały nocny sfinks, jeden z tych rudych sfinksów z oczami niebieskiemi, fosforyzującemi, które unoszą się nad astrami i kwitnącemi laurami; ich aksamitne ciała, trzymane w ręce, oddychają i duszą się i zatrzymują ciepło wzruszające...

Tego wieczora, tego wieczora nie panuję nad sobą. Gdyby mój mąż chciał — a on zechce — będę Klaudyną, która go przerazi i oszołomi, tą, która rzuca się w objęcia miłości, jakby to było ostatni raz, drżąca czepia się ramion Renaud’a, bez pomocy u samej siebie...


— Renaud, myślisz, że Rezi jest kobietą rozpustną?

Jest druga w nocy. Leżę przytulona do Renaud’a. On jest zachwycający, zawsze gotów wprowadzić mnie w szał, po którym jestem dopiero co: słyszę pod moją głową jego serce nieregularne i przyspieszone... Żałośnie, prostując kości, przychodzę powoli do siebie po chwilach zbyt gwałtownych, lecz znajduję powracającą myśl, która nie opuszcza mnie, a tą jest obraz Rezi.

Jak ona świeci — biała, ręce wyciągnięte, wy[ 134 ]soka w swej obcisłej sukni — czy noc, czy też moje zmęczenie tworzy taniec punktów różnokolorowych; czy uważna siedzi przed gotowalnią, ręce wzniesione, twarz kryje, aby mi pokazać kark koloru ambry i włosy kręte, złoto, to jeszcze zawsze Rezi. Teraz, gdy jej tu nie ma, nie jestem pewną, czy mnie kocha. Moje zaufanie do niej zamyka się w drażniącem pragnieniu jej obecności...

— Renaud, myślisz, że ona jest rozpustnicą?

— Powiedziałem ci, moja mała, szalona dziewczynko, że nie znałem wcale kochanków pani Lambrock.

— To nie jest to, o co pytam. Mieć kochanków, to nie znaczy być rozpustną.

— Nie? Więc cóż rozumiesz przez słowo rozpusta? Jednopłciowość?

— I tak, i nie, zależy od tego, jak się praktykuje. Ale to jeszcze nie jest... rozpusta.

— Czekam niezwykłego wyjaśnienia!

— Żałuję, że muszę ci zgotować rozczarowanie. Ostatecznie, to należy od zmysłów. Biorę kochanka...

— Ojej!

— No to tylko przypuszczenie.

— Przypuszczenie, które może sprowadzić skórko-pranie!

— Biorę kochanka, bez miłości, po prostu dlatego, bo wiem, że to jest złe: to rozpusta. Biorę kochanka...

— To już dwóch...

— ...którego kocham, właściwiej powiedziawszy, którego pożądam — tylko spokojnie Renaud — to dobre prawo natury, a siebie uważam za najuczciwszą [ 135 ]ze stworzeń. Uogólniam: rozpusta, to zło, które się robi bez przyjemności.

— Możebyśmy mówili o czem innem, chcesz? Muszę cię oczyścić... z tych wszystkich kochanków, których brałaś...

— Jazda! Oczyszczaj!


(Gdybym była mówiła, nie o „kochanku“, lecz o „przyjaciółce“ byłby Renaud moje wywody znalazł bardzo na miejscu. Dla niego cudzołóstwo jest kwestją płci).




[ 136 ]
Опа mnie niepokoi. Nie poznaję jej, w tej podstępnej słodyczy, w sprytnej ostrożnośct, aby nie wzbudzić we mnie podejrzenia: nie ma tej dawnej bladej, zgorączkowanej Rezi, która przysięgała mi, przepełniona płaczem i gorączką.... Jedno spiczaste spojrzenie, złośliwe a czułe wyzwanie odsłoniły mi tę tajemnicę ona wie że ją.... kocham — to słowo bez obsłonek, nie wystarcza mi zdziwiona była mojem drżeniem, gdy pozostałyśmy same: szybki pocałunek na powitanie, lub pożegnanie (nie mogę sobie tego odmówić) przenosi jej drżenie na mnie.... Wie o tem teraz i czeka. Głupia taktyka, powiedzmy. Lichy próg, stary jak miłość sama, na którym jednak, mimo ostrzeżenia, drżę przed upadkiem. O wyrachowana! Mogłabym się oprzeć nie twemu pożądaniu, ale swemu?

„....Zapamiętać się w upojeniu miłosnem, pożądaniu — zapomnieć wszystko, co się kocha i poczyna kochać — odmłodnieć w nowem zdobyciu serca — to cel świata!....„

To nie Rezi, która tak mówi. To nie ja! To Marceli! Jego obłąkana niesumienność dosięga pew[ 137 ]nej wysokości, gdy siła nowej namiętności zapala jego znużoną piękność i kwitnący liryzm.

Naprzeciw mnie zapadł w wielki fotel z poręczą i mówi jak w gorączce, oczy przymknięte, ściśnięte kolana i gładzi ruchem tak częstym, że aż maniackim, brwi ołówkiem przeciągnięte i wydłużone.

Nie lubi mnie, na pewno. Ale, że nigdy nie na ciągałam go z powodu jego szczególnych miłostek, oto sekret jego zaufania do mnie.

Więcej niż kiedykolwiek, słucham poważnie, i nie bez drżenia. „Zapamiętać się w upojeniu miłosnem, pożądaniu, zapomnieć wszystko, co się kocha....“

— Marceli.... dlaczego zapomnieć?

(Podnosi brodę na znak nieświadomości).

— Dlaczego! Nie wiem. Zapominam mimowoli. Wczoraj blednie i przesłania się wobec Dzisiaj.

— Wolałabym Wczoraj pogrzebać, wraz z zeschłemi kwiatami w wonnej kasetce mej pamięci.

(Nieświadomie zupełnie naśladuję jego przesadę przeładowaną przenośniami).

— Nie umiałbym o tem dyskutować, powiedział z gestem jakiejś beztroski.... Lepiej powiedz mi coś nowego o swojem Dziś i o powabie trochę zmysłowo-wiedeńskim....

(Marszczę nos i zniżam czoło, zła):

— Już, ploteczki. Marceli?

Nie; węch tylko. Wiesz, wielkie przyzwyczajenie.... A to zdecydowane? Przenosisz blondynki.

— Pocóż ta liczba mnoga?

— Eh! No a teraz Rezi cieszy się łaską, ale niegdyś, ja cię też nie nudziłem!

(Co za bezczelność! Jego pusta kokieterja błą[ 138 ]dzi. Przed dziesięciu miesiącami, byłabym go wypoliczkowała; ale dzisiaj sama nie wiem, z której strony jestem lepsza od niego. Wszystko jedno! Patrzę mu prosto w twarz dobrą chwilę, na to słabe skronie, wcześnie pomarszczone, na zmarszczki znużenia pod oczami, a wysłuchawszy go dokładnie, wyrokuję zawzięta):

— Marceli, ty w trzydziestym roku życia będziesz wyglądał jak stara baba.

Takim mi się wydawał. To widać jednak! Nie mogłam się wstrzymać, aby mu nie dać poznać mego specjalnego węchu. Fatalny upór, który mną kieruje, podszepnął mi tę radę: „Skoro wierzą, że to tam jest, musi być!“

To łatwo powiedzieć! Rezi swe umizgi przeprowadza milcząco, spojrzeniami i obecnością, najmniej zdaje się wyrzekać wszelkich skutecznych ataków. Wobec mnie lśni swą pięknością, jak nowa broń, skrapia mnie swemi perfumami i drwiąco kpinkuje z tych wszystkich wybiegów. Ona kładzie w tę grę odważną figlarność, dorzucając powściągliwość gestu, wobec którego nie mam litości.

— Patrz Klaudyno, jakie mam paznokietki! Mam nową pastę, znakomitą. Paznokcie moje są po niej małemi lusterkami.

Bezczelna i naga, wązka nóżka wysuwa się z pantofla i świeci na końcach bladych paluszków różowością delikatnych sztucznych paznokci.... potem nagle znika w chwili, w której, możliwe, chciałbym ją schwycić i ucałować.

[ 139 ]Potem przychodzi kolej na włosy: Rezi, leniwa, powierza mi czesanie włosów. Zwłaszcza z początku, wypełniam tę czynność zachwycająco. Lecz dłuższy kontakt z tą złołą materją plączącą się, elektryczną, która skrzy pod grzebieniem żółtowłosym, jak paproć zwijająca się, dotknięcie się tych włosów upajających przejmuje mnie i oszałamia.... 1 tchórzliwie puszczam ten snop rozwiązany, a Rezi niecierpliwi się, albo gra taką....


Wczoraj wieczorem przy stole - obiad na piętnaście osób u Lambrocków — odważyła się, gdy wszyscy zajęci byli wybieraniem homara po amerykańsku, ucałować mnie... i cicho, i kompletnie... usta zamknięte, potem wpół-otwarte... oczy szarej fali otwarte, dumne, potem zamglone.

Zadrżałam na myśl, że ją widzą, a drżałam jeszcze bardziej sama, patrząc na nią.

Zdaje się, że ta gra denerwująca ją samą przedewszystkiem pochłania, jak dzisiaj rano u niej...

Kręciła się jak wąż, w halce i żółtym gorsecie, próbując przed lustrami obrotów tancerek hiszpańsko-montmartrońskich, które wyginają kark aż do ud.

— Klaudyno, potrafisz tak?

— Tak, i lepiej niż ty.

— Jestem tego pewna, najdroższa. Ty jesteś jak nitka jedwabiu dobrze namoczona, twarda i giętka... Ah!

— Co ci?

[ 140 ]— Czy w obecnej porze roku są moskity? Prędko, prędko, patrz na moją skórę, którą ja tak lubię... a dziś wieczór mam być dekoltowaną!

Wysila się, aby zobaczyć, z tyłu, na swych nagich plecach ukąszenie (w wyobraźni). Pochylam się.

Tu, tam, trochę wyżej nad łopatką, jeszcze wyżej, tak... Tu mnie ukąsi... Widzisz co?


Widzę, dość blizko, abym dotknąć mogła plecy ze znakomitym rowkiem, profil przerażonej Rezi, a niżej młode, odsłonięte piersi dość duże, okrągłe jak na obrazach lekkiej treści z ostatniego stulecia... Wszystko to widzę, zdumiona, nic nie mówię i początkowo nie czuję spojrzenia przykuwającego, które przyjaciółka podnosi na mnie. To spojrzenie przywołuje mnie ostatecznie, ale porzucam oczy dla przedziwnej białości tej skóry bez odcieni, nawet piersi kończą się nagle różowym kolorem, taksamo różowym, jak naróżowione paznogcie...

Rezi postępuje, zwycięska, za memi błądzącemi oczyma. Ale, ponieważ utkwiły w jednym punkcie, miesza się Rezi, a jej rzęsy drżą, jak skrzydła osy... Oczy jej ciemnieją, chodzą kołem, aż mruczy: „Dość... dziękuję...“, a drży przytem nie mniej odemnie.

„Dziękuję...“ To słowo wykrztuszone, które mieszało się z rozkoszą niedorzeczną, zwiększa moją wartość więcej, niżby to była zrobiła pieszczota.




[ 141 ]
Moja mała córeczko, o której wracasz? Raz zjemy obiad u siebie, sami!... Przyjdź prędko! Tak ci jest bardzo ładnie, już nie chodź do swego pokoju, aby przeczesać loczki... Znajdziemy się tam jeszcze przed północą. Chodźmy, tak, siadaj sobie, malutka! Zamówiłem na dzisiaj wieczór ten straszny makaron z parmezanem, który tak lubisz.

— Tak...


Słucham, nie rozumiejąc. Kapelusz zostawiam w rękach Renaud’a, przejeżdżam obu dłońmi po włosach i głowie nadto rozpalonej, i opadam ciężko w krzesło skórzane, na wprost mego męża, pod światłem skąpem i miłem.


— Nie ma zupy?

(Spuszczam nos na kwintę).

— Tymczasem opowiedz mi, skąd przychodzisz, z minką lunatyczki i oczami, które ci aż do brody sięgają? Od Rezi, co?

— Tak...

— Przyznaj Klaudyno, że nie jestem mężem nadto zazdrosnym?

[ 142 ]Niestety, nie dość! To miałam mu odpowiedzieć, lecz tylko pomyślałam. On zwraca swą bronzową twarz ku mnie, okoloną wąsem jaśniejszym niż skóra, złagodzoną kobiecym uśmiechem, i tak wypięknioną miłosnem uczuciem ojcowskiem, że nie mam odwagi...

Aby zająć czemś me błądzące ręce, zbieram okruszyny chleba, niosę do ust, lecz ręka zadrżała: poczułam perfumy, otaczające go, zbladłam.

— Czyś ty chora, moja mała dziecinko? — wypytuje Renaud, który już rzuca swą serwetę...

— Nie, nie! zmęczona, oto wszystko. I tylko... mam pragnienie...

Dzwoni, każe przynieść wino musujące, które lubię, wonne Asti: nigdy nie piję go bez uśmiechu... Lecz tym razem, jestem pijana przed skosztowaniem.


A więc tak, wracam od Rezi! Chciałabym krzyczeć, wyciągnąć ramiona, żeby aż trzeszczały, aby pozbyć się złośliwego bólu, wysztywniającego mi kark.

Poszłam do niej, jak zwykle, około piątej. Nie umawiając się nigdy, czeka na mnie zawsze o tej porze; nie przyrzekając, przychodzę zawsze o tej godzinie wiernie.

Idę do niej pieszo, prędko. Spostrzegam, że dnie są coraz dłuższe, deszcz marcowy spłukuje bruki, a „fijołeczki“ nicejskie, w wiązankach na małych wózeczkach, przesycają deszczowe powietrze wonią wiosny przedwczesnej, odurzającej, ostrej.

Podczas tej krótkiej drogi, teraz, studjuje pochód pór roku, ja, która wietrzyłam uważnie, jak zwie[ 143 ]rzę, pierwszy listeczek, który drzewo wypuszczało, pierwszy dziki anemon, stare, białe niteczki malw, baśki wierzb, całe ogonki futrzane o zapachu miodu. Zwierzę leśne, teraz w klatce cię trzymają, a ty chcesz w niej zostać.

Dziś jak zwykle, Rezi czeka na mnie w swoim pokoju biało-zielonym: Łóżko malowane na biały kolor matowy, a wielkie fotele w stylu Ludwika XV, obciągnięte jedwabiem migdałowym w małe gwiazdki i wielkie białe bukiety. Na tem tle łagodnie zielonem skóra i włosy mej przyjaciółki jaśnieją.

Lecz dzisiaj...

— Ach jak tu ciemno u ciebie, Rezi! I przedpokój nieoświetlony! Odezwij się, bo cię wcale nie widzę!

(Odpowiada mi podniecona, podnosząc się z bujającego fotelu, jednego z tych drażliwych, nadto obszernych dla jednej, a za ciasnego dla dwu osób...)

— Tak, to wesoło. Coś się stało z elektrycznością. Zdaje się, dopiero jutro rano naprawią. I naturalnie, nie ma nic do zastąpienia. Moja pokojówka miała postarać się o świece do lichtarzy przy toaletce!...

— No więc! to nie byłoby najgorzej!

— Dziękuję!... Ty sprzysięgasz się na mnie razem z losem... Świece! Czemuż nie gromnice? To nastrojowo. Zamiast przyjść mnie pocieszyć, śmiejesz się tem, sama, słyszę, jak się śmiejesz! Chodź do mnie, Klaudyno, na fotel bujający...

(Nie waham się ani chwili, przychodzę. Ramiona dokoła jej figury, czuję, jest bez gorsetu i ciepła w swojej wolnej sukni, a perfumy podchodzą mi aż do głowy...)

[ 144 ]— Rezi, ty jesteś jak kwiat białego tytoniu, który czeka nocy, aby rozlewać wszystkie swe wonie... Wieczór nadszedł, nie czuje się nic więcej prócz niego; on upokarza róże...

— Czyż naprawdę, trzeba aż nocy, abyś zauważyła, że pachnę?

(Opuszcza mi głowę na plecy. Trzymam ja, gorącą i ruchliwą, jak uwięzioną kuropatwę...)

— Czy znów twój mąż zjawi się w cieniu, jak szatan anglo-hinduski? — pytam głosem przyciszonym.

— Nie, wzdycha w odpowiedzi. On oprowadza ziomków.

— Hindusów?

— Anglików.

(Ani ona, ani ja, nie myślałyśmy o naszych słowach. Noc nas obejmuje. Nie mam odwagi odjąć ramion, zresztą i nie chcę).

— Klaudyno, kocham cię...

— Po co to mówić?

— Dlaczego nie mówić? Dla ciebie, wszystko opuszczę, nawet flirt, który mi był jedyną ulgą w mem znudzeniu. Czyż nie jestem według twego życzenia, cicha, aż do cierpienia, zatrwożona o to, czy się tobie podobam?

— Aż do cierpienia, oh! Rezi...

— Powiedziałam, właściwe słowo. To jest cierpienie, gdy się kocha i pożąda i nie ma na to lekarstwa, ty mnie rozumiesz.

(Tak, wiem... Jakże ja to znam... Cóż innego mogę zrobić, jeśli nie zatopić się w tym bólu bezużytecznym?)

Jeden nieznaczny ruch, ona odwraca się do [ 145 ]mnie, obejmując mnie od pleców aż do kolan. Prawie nie czułam, jak się ruszała, zdawało mi się, że otulila się w suknie.

— Rezi, nie mów nic więcej. Jestem samem lenistwem i wygodą. Nie każ mi stąd wstać... Myśl, że to noc, i że naprzykład, jedziemy koleją... Wyobraź sobie, że wiatr wieje przez nasze włosy... pochyl się, ta zbyt nisko wisząca gałązka mogłaby zrosić twe czoło!... Przytul się do mnie silnie, uważaj, woda z pod kół wagonu pryska.

Jej wiotkie ciało wykonywało moje słowa ze zdradziecką dokładnością. Na głowie, opuszczonej przez moje plecy włosy rozpuściły się i dotykały jak gałęzie, które myliły mój niepokój pod koniec tej rozrywki..


— Odjeżdżam — szepce.

— A co zjedziemy się?

(jej nerwowe ręce ściskają moją rękę wolną).

— Tak, Klaudyno, zjedziemy się!

— Gdzie?

— Pochyl się, powiem ci cichutko.


Słucham i wierzę. I spotykam jej usta. Nasłuchuję dalej, co ta buzia mi powie... Nie kłamała, zjeżdżamy się... Mój pośpiech równa się jej, opanowuje i podporządkowuje. Przyszedłszy do siebie, oddalam pieszczotliwe ręce Rezi, która rozumie, drży, walczy krótką chwilę, wreszcie opuszcza ramiona...

[ 146 ]Oddalony głuchy trzask zamykanych drzwiczek powozu stawia mnie na nogi. Niewyraźnie odróżniam bladą plamę Rezi, siedzącej przedemną; przyciska swe gorące wargi do mej dłoni. Obejmuję ją, podnoszę, przyciskam całą, przytulam i całuję gdzie dopadnę, w oczy, włosy rozpuszczone, wilgotny kark...

— Jutro!

— Jutro... kocham cię...


...Biegnę z zawrotem głowy. Moje palce drażnią się jeszcze lekkiem drapaniem koronek, myśląc, że to rozluźnione wstążki jedwabne, chroniące aksamit skóry, jedynej na świecie, i powietrze wieczorne rani mnie, bo rozwiewa obłok perfum, który ona dokoła mnie roztoczyła.


— Klaudyno, toż makaron z parmezanem już zimny...

(Podskoczyłam na słowa Renaud’a; powracam z daleka. Prawda, nie jem. Lecz tak chcę pić!)

— Najdroższa nie chcesz mi nic powiedzieć?

(Ten mąż jest naprawdę niezrównany! Zawstydzona jego nastawaniem, błagam go:)

— Renaud, nie męcz mnie... Jestem zmęczona, zdenerwowana, zawstydzona... Pozwól spokojnie przejść nocy, i nie wyobrażaj sobie Bóg wie czego!...

[ 147 ]Umilkł. Lecz śledził po obiedzie zegarek, a wyczekawszy pół do jedenastej zaproponował spanie dla mnie po prostu nie pojęte. I prędko, prędko, do naszego wielkiego łóżka, szuka w moich włosach, na mych rękach, na twarzy, prawdy, której nie chcę powiedzieć!




[ 148 ]
„Jutro“! prosiła Rezi. „Jutro“ przytaknęłam. Niestety! to Jutro nie przychodzi; biegłam do niej, pewna trwalszego szczęścia, dokładniejszego, które miała mi Rezi, miła i zwycięska pokazać, przy świetle dziennem... zapomniałam całkiem o jej mężu! Już dwa razy spłoszył nas, nędznik! dwa razy już swojem nagłem wejściem rozdzielił nasze pałające żądzą trwożliwe ręce: Patrzyłyśmy tylko na siebie. Rezi i ja; ona bliska płaczu, a ja wściekła tak, że za trzeciem nieproszonem wejściem, chętnie rzuciłabym mu moją szklankę oranżady w nos, temu podejrzliwemu, wyprostowanemu i uprzejmemu mężowi... i obecnie te drżące „do widzenia“, ukradkowe pocałunki, zatrzymywane ze strachem palce nie wystarczały nam...

Co robić?

Wróciłam wypakowana i przepełniona najniemożliwszymi projektami. Nic!

Przychodzę dziś do Rezi, aby jej powiedzieć mój brak pomysłu, aby ją widzieć, odetchnąć nią...

Niespokojna jak i ja, wybiega naprzeciw!

— No, ukochana?

— Nic nie wymyśliłam. Więc co?

[ 149 ]Ona pieści łukami oczu moje mówiące usta, a jej wargi drżą i otwierają się... Cień jej pożądania działa na mnie całą... Czy może chwycę ją w tym banalnym salonie i upieszczę aż do nieprzytomności?

Ona odgaduje moje myśli, cofa się jeden krok: „Nie!“ mówi cicho, śpiesznie, wskazując drzwi.

— Więc, Rezi, u mnie?

— U ciebie, jak chcesz...

(Uśmiecham się, potem kiwam głową):

— Nie! ciągle dzwonią; Renaud wchodzi i wychodzi; drzwi trzaskają... O! nie...

(Wykręca swoje białe rączki z zakłopotaniem.)

— Więc co? Nigdy? Wyobrażasz sobie, że mogę żyć przez miesiąc wspomnieniem dnia wczorajszego? Nie trzeba było zaczynać, kończy ona, odwracając głowę, jeśli nie możesz codziennie gasić pragnienia...

Znów opadła, szczerze nadąsana, w wielki fotel bujający, ten sam... I chociaż dziś jest w sukni spacerowej obcisłej, z jasnej wełny koloru włosów, odnajduję doskonale półzgięcia jej bioder, spadzistą linię nóg, osrebrzonych nieuchwytnym puchem aksamitnym...

— Oj, Rezi!

— Co?

— Powóz?!

— Powóz trzęsienia, niespodzianki, potykania, ciekawe twarze zaglądające aż do wnętrza, koń, który pada, spieszący się agent, otwiera drzwiczki, woźnica dyskretnie pukający końcem bata: „Proszę pani ulica zamknięta, czy mam nawrócić?“ Nie, Klaudyno, powóz, nie!

[ 150 ]— No to, moja droga, znajdź sama jakieś gniazdko... do tej pory, wyszukiwałaś jedynie zarzuty!

(Gwałtownie jak wąż poruszony, podnosi swą złotą głowę, i strzela spojrzeniami pełnemi wymówki i łez:)

— Czy to cała twoja miłość? Czułabyś się pewnie urażona, gdybyś tak kochała, jak ja!

(Wzruszam ramionami.)

— Ale też, jak można w każdym kierunku stawiać przeszkody? Powóz paraliżuje cię. Ten salon jest najeżony sidłami małżeńskiemi... Trzeba wziąć sobotni Dziennik i poszukać dziennych pokoi?

— Chętnie, zgodziłabym się, wzdycha bezradnie, ale wszystkie te miejsca są strzeżone przez policję, tak mi... ktoś mówił.

— Policja? Wszystko jedno.

— Tobie, jak się ma takiego mężą, jak Renaud...

(Jej głos zmienia się.)

— Klaudyno, mówi cichutko, pomyśl, Renaud, Renaud sam może...

Patrzę na nią, osłupiona, nie znajdując odpowiedzi. Ona myśli, strasznie poważnie, szczupluchna w swej jasnej sukni, podparłszy brodę dziecięca.

— Tak, Klaudyno! nasz spokój zależy od niego... i od ciebie.

(Wyciąga ręce, jej zagadkowa i delikatna buzia przywołuje mnie.)

— Nasz spokój! Oh! droga, nasze szczęście, nazwij, jak chcesz. Lecz zrozum, że nie mogę zwłóczyć, teraz gdy poznałam twą moc, teraz kiedy Rezi należy do ciebie całą siłą namiętności i swego tchórzostwa!...

[ 151 ]Wślizguję się w te ramiona, ku tym wargom, gotowam wyzbyć się obcisłych i krępujących sukien, gotowam partolić rozkosz przez nadmierny pośpiech...

Wydziera się z mych rąk: „Sza, ktoś idzie...“

(Jak ona się boi! jej białość pobladła, nasłuchuje pochylona, źrenice rozszerzyły się... Ah! żeby jaki strop zmiażdżył tego nieszczęsnego Lambrocka i uwolnił nas od niego!)

— Rezi, moja złota, dlaczego przypuszczasz, że Renaud...

— Tak, Renaud! to mąż inteligentny, zresztą ubóstwia cię. Trzeba mu powiedzieć... prawie wszystko, trzeba, aby jego prawa czułość wymyśliła nam jakie schronienie.

— Nie boisz się jego zazdrości?

— Nie...


No, no, ten jej lekki uśmiech !... Dlaczego jednym nieznaczącym gestem, jednem chytrem skrzywieniem ust, wstrzymuje moje szalone zaufanie, które biegnie do niej, jako następstwo mych pragnień? Lecz to zaledwie cień, nie chciałabym nic, jak tylko szczerych zmysłów, podwójnej słodyczy skóry i głosu, włosów, które mi ofiarowuje i ust, które mnie przykuwają... czy to nie dość? Cóż, że mnie to kosztuje, wezwę pomocy. — jeszcze nie teraz, trochę później, chcę siebie samą odnaleść! — poproszę o pomoc Renaud’a. Ja zwalczę dla niej mą wstydliwą dzikość i czułą dumę, odkrywszy u siebie pewną przystań naszej namiętności...

[ 152 ]Osłabiające dąsy, wściekłe łzy, pieszczotliwe wymówki, godziny naelektryzowane, gdzie kontakt naszych rąk do szaleństwa nas przyprowadzał, to bilans tego tygodnia. Nie mówiłam z Renaud’em, za wieleby mnie to kosztowało! A Rezi tego wymaga. Nie wyznałam memu drogiemu olbrzymowi, że czułość Rezi do mnie i moja do Rezi, zaszła tak daleko, wprost nie do opisania... A on wie wszystko, niedokładnie i bez szczegółów, ale pewność udziela mu zwykłej gorączki. Cóż za stręczycielstwo miłe i śmieszne kieruje nim, aby mnie pchać do Rezi, i przystrajać mnie dla niej? O czwartej, gdy rzucam książkę, która winna mnie rozerwać, Renaud, jeśli jest przy mnie, podnosi się, wypytuje: „Idziesz tam? Tak“. Gładzi moje włosy palcami zręcznymi, zwijając moje loki, pochyla nade mną swe wielkie wąsy, aby mi starannie poprawić krawatkę z grubego jedwabiu, i sprawdzić czystość białego kołnierzyka. Stojąc za mną, uważa, czy kapelusz futrzany na mej głowie dobrze siedzi, trzyma mi zarękawek sobolowy... To on ostatecznie, wsuwa mi zdumionej w ręce bukiet róż ciemno-ponsowych, kwiaty ulubione przez moją przyjaciółkę! Ja, wyznaję, nie pamiętam o nich.

A potem długi, czuły pocałunek.

— Idź, moja mała córeczko. Bądź grzeczniutka, dumna, nie nadto skromnie czuła, pozwól sobie życzyć...

„Pozwól sobie życzyć...“ Pożądają mnie, niestety! ale to nie jest rezultat mojej taktyki.




[ 153 ]
Moje zdenerwowanie wzrasta, gdy Rezi przychodzi do mnie. Zatrzymuję ją tam, w moim pokoju, — który jest wyłącznie naszym pokojem, to jest Renaud’a i moim jedno obrócenie klucza i byłybyśmy same... Lecz ja nie chcę. Nie życzyłabym sobie, aby pokojówka mego męża (spokojna dziewczyna o chodzie cienia, skradająca się trwożliwie) zapukała i tajemniczo za drzwiami dawała mi znać: „Co do pani stanika... czeka... chce skrócić rękawy i poprawić wycięcie...“ Obawiam się też szpiegowskich oczu Ernesta, służącego o twarzy złego księdza. To nie są moi ludzie. Traktuję ich ostrożnie, lecz ze wstrętem. Jeszcze bardziej lękam się — trzeba wszystko powiedzieć — ciekawości Renaud’a...

Oto dlaczego pozwalam Rezi w moim pokoju rozwijać spiralne uwodzenia i wszelkie odcienia wyrzutów:

— Klaudyno, nic dla nas nie znalazłaś?

— Nie.

— Nie pytałaś jeszcze Renaud’a?

— Nie.

— To okrutne...

[ 154 ]Na to wyszeptane słowo z zamkniętemi oczami, czuję, jak mięknę. Ale Renaud na to przychodzi, puka ostrożnie, cichutko, i otrzymuje w odpowiedzi „proszę“ tak brutalne, jak bruk uliczny.

Nie lubię, gdy Rezi wobec niego przybiera ton błagający, lecz nie znoszę też jego wietrzenia, czyśmy co ukryły przed nim; szpera w jej włosach, sukni, jakby chciał pochwycić zapach wspomnienia mojej pieszczoty.

Jeszcze dzisiaj, przede mną... Całuje ją w obie ręce na powitanie, aby jej módz powiedzieć potem:

— Więc używa pani perfum tych co Klaudyna, słodki, brązowy chypro?

— Ależ nie, odpowiada szczerze.

— Myślałem.

Potem spojrzenie Renaud’a przechodzi na mnie, pouczające i schlebiające. Cała ma dusza drga... Pójdę zrozpaczona, uwieszę się na tych wielkich wąsach aż krzyknie, aż mnie bić zacznie?... Nie. Jeszcze się wstrzymam. Patrzę na ten zdrętwiały spokój poprawnego małżonka, który całuje żonę mimo małe niewinne figle. Wreszcie, chce odejść, z obrażającą powsciągliwością służącego w separatce. Wstrzymuję go:

— Zostań Renaud...

— Nigdy w życiu Rezi wydrapałaby mi oczy.

— Z jakiego powodu?

— Znam nadto dobrze, mój mały kudłaty pasterzu, cenę tete-a-tete z tobą...

Zdjęła mnie brzydka trwoga; a jeśli Rezi, ta istota tkliwa i kłamliwa odciągnie mi Renaud’a! A właśnie dzisiaj wygląda ładnie w długim żakiecie, w którym [ 155 ]mu tak do twarzy, nogi małe a ramiona szerokie... Ona tu, ta Rezi, przedmiot mego zmartwienia, otulona futrem, jasne włosy koloru żyta, przykryte wiosennym kapeluszem z bzu i liści... Dostrzegłam w sobie wzrastającą brutalność, która nakazywała mi Łuckę bić i drapać... Jakże łzy Rezi byłyby słodkie i bolesne zarazem dla mej męki!

Umilkła, patrzy na mnie a w spojrzenie kładzie słowa... Chcę zdecydować i decyduję...

— Renaud, mój wielki, czy wychodzisz przed obiadem?

— Nie, moja mała, dlaczego?

— Chciałabym pomówić... poprosić o jedną przysługę.

(Rezi wyskakuje ze swego fotelu, przypina kapelusz, radosna, zmieszana... pojęła.)

— Zabieram się... Tak, naprawdę, nie mogę zostać... Ale jutro, dłużej będę z tobą, Klaudyno? Ah! Renaud, jakże musi się panu zazdrościć takiego dziecka!

(Odeszła z szelestem swej szaty, zostawiając Renaud’a w osłupieniu).

— Myślę, że zwarjowała, co się wam obu stało?

(Mój Boże! powiem? jak to trudno!)

— Renaud... ja... ci...

— Co, mój malcze? I znów bladaczka!

(Pociąga mnie na kolana. Możliwe, że tam będzie łatwiej)

— Oto... ten mąż Rezi jest całkiem nieznośny.

— To prawda, nadewszystko dla niej!

— I dla mnie też.

— Naprzykład, chciałbym to wiedzieć!... Niechby sobie pozwolił cośkolwiek...

[ 156 ]— Nie, nie denerwuj się, przytul mnie do siebie... Tylko ten nieszczęśliwy Lambrook ciągle nas pilnuje.

— Ah! tak...

(Oh! do djabla, wiem dobrze, że Renaud nie jest głupcem. Rozumie i półsłówka).

— Mój drogi, maŁy, zakochany głuptasku! Więc męczą cię, ciebie i twoją Rezi! Cóż trzeba zrobić? Wiesz przecie, że twój stary mąż kocha cię tak, że nie pozbawi cię ani odrobiny radości... Ona jest miła, Ta jasna przyjaciółka, i tak cię kocha!

— Tak? Myślisz?

— Jestem tego pewny! A wasze piękności uzupełniają się. Twój odcień ambry nie lęka się blasku jej białości... mimo błąd. To aleksandryt!

(Ramiona jego zadrżały... wiem, o czem myśli... Jednak wsłuchuję się w jego głos, płynący z czułością, z prawdziwą czułością...)

— Czego sobie życzysz, mój drogi ptaku? abym jutro i codzień po południu ulatniał się z domu?

— Oh! nie!

(Po chwili dodaję zakłopotana).

— ...żebyśmy mogły... gdzieindziej...

— Gdzieindziej? Ależ nic łatwiejszego!

(Uniósł się z fotela, postawił mnie na ziemi, i począł przechadzać się wielkiemi krokami szybko).

— Gdzieindziej... zobaczymy... dobrze... Nie, to nie dość... Ah! już mam!

(Wraca do mnie, obejmuje mnie i całuje w usta. A ja chłodna ze wstydu i pomieszania, odchylam się nieco...)

— Moja mała milutka córeczko, będziesz miała [ 157 ]Rezi. Rezi będzie miała Klaudynę, nie martw się niczem — miej cierpliwość jeszcze dzień, najwyżej dwa — czy to długo? powiedz! Uściskaj twego olbrzyma, który będzie czuwał, ślepy i głuchy, na progu waszego pokoju pełnego szmerów!...


Radość, pewność Rezi białej, wonnej, ulga z powodu wyrzucenia brzydkiego sekretu, nie przeszkadzała odczuwać nowego zmartwienia... Oh drogi Renaud! jakbym ja ciebie kochała, za suchą i gniewną odmowę...


Tej nocy oczekiwania, szczęśliwa życzyłam sobie, z drżeniem serca; w półśnie widziałam Rezi, jak obraz zjawiała się przede mną w jasnem oświetleniu... Ale to wyczekiwanie przypominało mi inne, w mym pokoiku na ulicy Jacob, inne naiwniejsze i burzliwe... Nie, mylę się, wigilię tej nocy, wyobrażam sobie podobną do owej z Renaud’em, dwa lata temu... Czy Rezi znajdzie mnie dość ładną? Dość gorącą, sądzę, że tak, oh! tak... Znużona bezsennością dotykam cienką, zimną nogą, śpiącego lekko mego przyjaciela, aby wtulić w jego ramiona moje zjeżone ciało i zasypiam ostatecznie.

Sny gonią się, mieszają, zamazują; sylwetka młoda i wiotka ukazuje się, jako twarz księżyca, odkrywana i zasłaniana chmurami... Jak zawołam „Rezi“! odwraca się i pokazuje mi czoło słodkie, wypukle, aksamitne brewki, krótką i pełną wargę małej Heleny biało-czarnej... Czegóż sobie życzy w marzeniach mych ta dzieweczka spotkana i prawie całkiem zapomniana.




[ 158 ]
Renaud nie tracił czasu. Wrócił wczoraj na obiad żwawy, czuły i podniecony:

— Uwiadom Rezi! — powiada ściskając mnie. — Żeby ta młoda czarodziejka obmyła się na jutrzejszy sabat!

— Jutro? Gdzie?

— Otóż! Spotkacie się tu: Zaprowadzę was obie. Byłoby niedobrze, gdyby was widziano, jak same wchodzicie; a poza tem, zainstaluję was.


Ta wiadomość zmroziła mnie trochę; chciałabym dostać klucz, adres mieszkania, wolność...

Do wchodzącej trochę wcześniej Rezi powiadam, próbując uśmiechnąć się:

— Pójdziesz ze mną? Renaud wyszukał nam... jakieś... schronienie.

(Oczy jej latają i złocą się.)

— Ah!... Więc on wie, że ja wiem, że on...

— Do djaska, czyż było możliwe inaczej? Ty sama, ty podsunęłaś mi myśl — z jakim uporem. Rezi, dziękuję ci teraz za to — prosić Renaud’a o pomoc...

[ 159 ]— Tak, tak...

(Jej szare oczy, chytre a pieszczące niespokojnie szukają moich; jej ręka ruchem okrągłym może z jaki dwudziesty raz poprawia rozlatujące się złoto swej fryzury...)

— Boję się, że mnie nie kochasz dziś, nie dość... dla tego! Klaudyno!

(Mówiła do mnie całkiem bliziutko, jej oddech owiewał mnie, to wystarczające, abym ścisnęła usta i aby uszy poczerwieniały mi...)

— Ja cię zawsze dość kocham... i bardzo... i szalenie. Rezi... Tak, chciałabym, aby nikt na świecie nie mógł nam ofiarowywać, lub zabronić jakiegoś popołudnia samotności i swobody. Ale czy mogę, za jakiemiś pewnemi i zamkniętemi drzwiami, wierzyć przez chwilę, że należysz do mnie pierwszej, do mnie jedynej... wtedy nie żałowałabym niczego.


Słuchała dźwięku mego głosu, może nie rozumiejąc mnie. Zadrżałyśmy, gdy wszedł Renaud, a Rezi, przez minutę straciła panowanie nad sobą. Dobrodusznym i naiwnym uśmiechem rozwiewa jej zażenowanie i wyciąga dyskretnie z kieszonki od kamizelki mały klucz:

— Sza! Komuż go wręczyć?

— Mnie, powiadam, wyciągając władczą rękę.

— Mnie błaga Rezi pieszczotliwe.

— Nie-wiem-sam-komu-zdecyduję-się-oddać, rozciąga Renaud. Musicie ciągnąć węzełki!

(Na ten żart coś w guście Maugis i wobec złośliwego śmiechu, z jakim Rezi przyjęła, czuję się nad [ 160 ]brzegiem wybuchu wściekłego gniewu. Czyżby Renaud coś wyczuł? Podnosi się):

— Chodźcie, moje działki, powóz czeka.


Siedząc naprzeciw nas na przedniem siedzeniu zaledwie może pohamować wzruszenie, jakie go opanowuje. Jego nos bieleje, a wąsy drżą, podczas gdy oczy błądzą po Rezi. Ona, niepewna, próbuje mówić, milknie, zapytuje spojrzeniem moją smutną i dumną niecierpliwość...

Tak, pożera mnie niecierpliwość! Niecierpliwość używania tego wszystkiego, co obiecują mi w ciągu tego całego tygodnia, pośpiech i prośby mojej przyjaciółki; niecierpliwość przedewszystkiem, aby skończyć tę operetkową pielgrzymkę w trójkę...

Co? Zatrzymujemy się na ulicy Goethe? Całkiem blisko! Zdawało mi się, że jedziemy z pół godziny... Schody numer 59, całkiem nie źle. W głębi podwórza stajnia. Drugie piętro. Renaud otwiera jakieś ciche drzwi, to do przedpokoju o ciężkiem powietrzu, ściany, obciągnięte materją.

Podczas gdy przypatruję się nieżyczliwie małemu salonikowi, Rezi, bardziej uważająca (nie chcę napisać rutynowana) biegnie do okna i nie podnosząc stor z białego tiulu, lustruje. Zdaje się zadowolona, kołuje po małym pokoju, w którym przebija maniacki gust Ludwika XIII, więc złocone drzewa i rzeźbione ciężkie ramy grubowzorzyste, na aksamicie haftowany Chrystus, klęcznik, olbrzymia lektyka oszklona, ciężka i piękna, której skrzydła zawaliła jesień złocona i rzeźbiona w całe drzewa, jabłka, winogrona, gruszki... Ta święta rozpusta podoba mi się i śmieszy mnie. [ 161 ]Uchylona firanka pokazuje kąt pokoju, urządzony jako sypialnia angielska, jasna, ozdoby łóżka mosiężne, wygodny chaise-longue, kryty materją w kwiaty...

Stanowczo dobre wrażenie.

— Renaud — powiada Rezi — to zachwycające! U kogo jesteśmy?

— U pań, Boginiel Oto elektryczność. A tu herbata z cytryną, kanapki, ciemne winogrona, a wreszcie i moje serce, które bije dla obu...


Jaki on wesoły i z jakim wdziękiem pełni swa podejrzaną rolę Przypatruję mu się, jak się spieszy, jak szykuje spodeczki do filiżanek rękami wąskiemi, zupełnie damskiemi, z uśmiechem w tych ciemno-niebieskich oczach, podaje Rezi gałązkę winogron, którą ta kokieteryjnie pożera... Czemu podziwiam go, skoro on mnie nie podziwia?



...Przyciskam ją do mego serca i wzdłuż całego ciała. Jej chłodne kolana dotykają mnie, małe paznokietki u jej nóg delikatnie drapią mnie. Jej zmięta koszula, to tylko szmatka muślinowa. Moje zgięte ramię podtrzymuje delikatniusieńko jej kark, cała jej twarz fonie w falach jej włosów. Dzień zmierza ku końcowi, cienie sięgają jasnych liści na tych nowych, a tak przykrych dla moich oczu, tapetach. Od czasu do czasu, całkiem blisko mej twarzy, na zębach Rezi [ 162 ]mówiącej, jeden promyczek świeci jak płotka. Ona mówi z wesołą gorączką, nagie ramię uniesione, palcem wskazującym rysuje w powietrzu własne słowa. Śledzę w tem półświetle jej krągłe, białe ramię poruszające się rytmicznie, a ruch ten nuży mnie i oszałamia...

Chciałabym, aby była smutna, jak ja, jak ja zamyślona i trwożna przed chwilami, jakie nam upływają, a co najmniej, aby mnie zostawiła wspomnieniom... Ona jest prześliczna, teraz. Przedtem była szalenie piękna...

Jak zraniona pierwszą pieszczotą, obróciła ku mnie swą wspaniałą główkę zwierzątka, powieki spuszczone, usta uchylone zabójczo, wyraz twarzy szaleńczy i błagający... Potem zatopiona w ofierze wyuzdania, mruczała swe pretensje z pewnego rodzaju miłosnym gniewem, wreszcie dziecięce „dzięki“... wielkie „Ah!“ westchnienie zadowolenia, jak mała dziewczynka, mająca pragnienie, która wypiła jednym tchem aż do końca...


Teraz mówi, a jej słodki głos, jednak przerywa tę cudną godzinę... Prawdę powiedziawszy, radośnie plecie, jak Renaud... Czy nie mogą rozkoszować się w ciszy? U mnie w duszy mrok, zupełnie jak w tym obcym pokoju... Jaka niemiła ze mnie partnerka po szale miłosnym!

Ożywiam się trochę przyciskając ciepłe ciało, które przytyka do mego, które rusza się, gdy ja się poruszam, kochane ciało, pulchne przy nadzwyczajnej [ 163 ]wiotkości, na którem dosłownie nigdzie nie ma miejsc jakichś oporniejszych...

— Ah! Klaudyno, jakże mocno ściskasz mnie!... Tak, zapewniam cię, że chłód w małżeństwie, jego wściekła zazdrość mogą wszystko wytłumaczyć...

(Mówiła o swym mężu? Nie słuchałam... Po co usprawiedliwienie?... Takie słowo brzmi tu niewłaściwie. Pocałunkiem zamykam potok tych słodkich słów... na kilka chwil.)

— ...Ty, ty, Klaudyno, przysięgam ci, że nikt nie kazał mi cierpieć tyle, co ty, tą torturą oczekiwania. Tyle straconych tygodni mej miłości! Pomyśl, że to wiosna wkrótce, i że każdy dzień zbliża nas do wyjazdu, a temsamem rozłąki...

— Zabraniam ci wyjechać!

— Tak, zabroń mi czegoś! prosi pokornie, nieprzeparcie czule, skojarzona ze mną. Gniewaj się na mnie, nie opuszczaj mnie, nie chcę widzieć nikogo, tylko ciebie... i Renaud’a.

— Ah! Renaud ma łaski?

— Tak, bo jest dobry, bo ma duszę kobiecą, bo rozumie i pomaga naszej samotności... Wiesz Klaudyno, nie wstydzę się zupełnie Renaud’a, czy to nie śmieszne?

(Rzeczywiście śmieszne, zazdroszczę Rezi. Ja się wstydzę. To nie jest słowo właściwe, to jest więcej niż wstyd... odczuwam jakby... skandal. Oto mój mąż mnie kompromituje.)

— ...A zresztą, najdroższa, to wszystko jedno — kończy oparta na łokciu — będziemy żyli tu, w trójkę, mały rozdzialik, całkiem niezwykly!

[ 164 ]„Niezwykły mały rozdzialik“. To gadanie! Czy gdy całuję jej usta, trochę okrutnie, nie zgaduje ona, dlaczego? Chciałabym memi zębami uciąć jej śpiczasty język; kochałabym Rezi milczącą, łagodną, wspaniałą w swej niemocie objaśnianej tylko spojrzeniami i ruchami...

Zatapiam się w całusach, nozdrzami rozchylonemi dotykam mej przyjaciółki... Mrok; podtrzymuję głowę Rezi obu rękami, jak owoc i gładzę jej włosy tak delikatnie, że po dotknięciu mogłabym odgadnąć ich odcień...

— Wiesz, Klaudyno, jestem pewna, że już siódma!

Ona wyskakuje, biegnie do elektryczności i zalewa nas światło.

Osamotniona i wychłodzona kładę się na wygrzane miejsce, aby zatrzymać jeszcze trochę ciepło Rezi i jej zapach blondynki. Ja mam czas, ja. Mój mąż czeka na mnie bez niecierpliwości... przeciwnie!

Oślepiona chwilę kręci się nie mogąc znaleść rozrzuconej bielizny. Schyla się, aby zgubioną szpilkę szyldkretową podnieść, i koszula z niej spada. Bez zakłopotania, poprawia swe włosy ze zwinnością upiększoną wdziękiem. To wszystko bawi mnie i czaruje. Pod pachami i niżej młodego tona widzę delikatniusieńki meszek złoty tak jasny, że w świetle, moja Rezi wygląda jak naga jakaś statua. Lecz jaka statua zdobyłaby się na takie elastyczne krzyże, ten sztywny wdzięk gorsu?

Poważna, uczesana ładnie, jak dama z towarzystwa, Rezi kontroluje swój wiosenny kapelusz na głowie, chwilę stoi przed lustrem, ubrana jedynie w tok z bzu. Mój śmiech przynagla jej pośpiech, niestety! [ 165 ]I oto koszula, gorset, przejrzyste majty, halka koloru jutrzenki spadają na nią, wezwane pewnie trzema magicznemi słowy. Jeszcze minuta, i Rezi modna, owinięta futrem, rękawiczki koloru kości słoniowej, staje przede mną, dumna ze swych zdolności prestidigatorskich.

— Moja jasna, trzebaby zgasić światło, aby nie walczyło z twą białością i złotem... Pomóż mi wstać, jestem bezsilna wobec tego okrycia, które mnie trzyma...

Stojąc, wyciągam me wilgotne ręce — aby się pozbyć sztywności w krzyżu, która sięga aż łopatek — i przypatruję się w lustrze szerokim i dobrze umieszczonym; dumna z mej muskularnej długości z wdzięku bardziej chłopięcego i sprecyzowanego, niż Rezi...

Jej pieszczotliwy kark wślizga się pod moje podniesione ramię i muszę się odwrócić do tego podwójnego obrazka, ubranego i nagiego, które nam daje lustro...

Spieszę się, moja przyjaciółka pomaga mi, pachnąc koło mnie miłością i futrem...

— Rezi, droga, nie próbuj nawet uczyć mnie swej zwinności! Wobec twoich rączek będzie się zdawało, że ubieram się nogami! Jakto, nie jadłyśmy podwieczorku?

— Nie miałyśmy czasu — objaśnia Rezi, uśmiechając się.

— No to przynajmniej ciemnych winogron? takie mam pragnienie...

— Tak, czarnych winogron... Weź...


Spijałam winogrona z jej ust... Waham się między pożądaniem a znużeniem. Ona umyka z mych ramion.

[ 166 ]Swiatło gaśnie, drzwi otwierają się na ponury chłód i oświetlone schody. Rezi ciepluchna, podaje mi ostatni raz usta pachnące winogronami... ot i ulica, pośpiech rozpychających się przechodni a z powodu tej niezwykłej wycieczki, dreszczyk, lekkie nudności po wstaniu w pelni nocy...




[ 167 ]
Moje drogie dziecko, chodź, pośmiać się!

Tak mówi Renaud, dobijając się do garderoby, gdzie starałam się przyprowadzić do jakiegoś ładu moje krótkie włosy. Już się śmieje, zagłębiając w fotel trzcinowy.

— Oto. Osoba zaufana, która za sześćdziesiąt centimów chce utrzymywać porządek przy ulicy Goethego, wręczyła mi dziś rano ten przedmiot (znaleziony w fałdach draperji), zawinięty czyściutko w kawałek dziennika Petit Parisien i powiedziała: „Oto pański podwiązywacz brody...“

— !!!...

— A ty zaraz myślisz o czemś niestosownem! Patrzże!

W jego palcach wisi wązki kawałek płótna w małe zakładki, obszyty koroneczką... Przyramki koszuli Rezi! Chwyciłam... i nie oddam mu.

— ...Z początku podejrzywałem tę stróżkę, że dostarcza „dowcipów“ naszym najulubieńszym wodewilistom. Wczoraj, około szóstej, przyszedłem, dyskretnie trochę zaniepokojony tak dlugą nieobec[ 168 ]nością mojej drogiej — i zapytałem o was, odpowiedziała mi tonem pełnym szacunku: „Już pewnie ze dwie godziny panie oczekują pana“.

— Więc?

— Więc... nie poszedłem na górę, Klaudyno, uściskaj mnie „za to“!




[ 169 ]
To już nie będzie dziennik Klaudyny, ponieważ stale mówię w nim tylko o Rezi. Co się stało z dawną wesołą Klaudyną? Tchórzliwa, rozgorączkowana i smutna lata śladami Rezi. Czas mija bez innych wydarzeń jak tylko rendez-vous na ulicy Goethego, raz, dwa razy w tygodniu. Pozatem towarzyszę Renaud’owi w spełnianiu jego powinności: premiery, obiady, zebrania literackie. Do teatru często zabieram moją przyjaciółkę, obciążoną Lambrookiem, z tą pełną trwogi pewnością, że w tym czasie nie oszuka mnie. Zamęczam się zazdrością, a jednak... nie kocham jej.

Nie, nie kocham jej! Lecz nie mogę się bez niej obejść, a wreszcie nie usiłuję nawet. Gdy jej nie widzę, mogę bez drżenia wyobrazić sobie, że ją automobil przejechał, albo miała jakiś wypadek na metropolitance[6]. Lecz nie mogłabym znieść bez szumu w uszach, bez silnego bicia serca, świadomości, że: „w tej chwili, ona podaje usta kochankowi, czy przyjaciółce, z przyspieszonym ruchem brwi, z tem przechyleniem pijaka, które znam“.

[ 170 ]Cóż to znaczy, że jej nie kocham... jednak tak cierpię!

Nie znoszę obecności Renaud’a, który chętnie jest tym trzecim. Nie chciał mi dać klucza do tego mieszkanka, dowodząc, może i słusznie, że nie powinni widzieć nas tam samych. 1 każdym razem muszę silić się na prośbę: „Renaud, idziemy jutro tam...“

On jest chętny, grzeczny, szczęśliwy, bezwątpienia, jak Rezi z powodu „niezwykłej“ sytuacyi... Ta potrzeba, obojgu wspólna, aby się wydać rozpustnym i modnym, zawstydza mnie. Robię, co i Rezi a może i więcej..., a nie czuję się rozpustną...

Teraz, gdy Renaud nam towarzyszy fam, stara się zostać jak najdłużej. Nalewa herbatę, siedzi, pali papierosa, gada, wstaje, aby poprawić ramę lub strącić jakiegoś robaczka z aksamitu klęcznika... daje odczuwać, że jest u siebie w domu. A ostatecznie, gdy zdecyduje się odejść, udając pośpiech i przepraszając nas, Rezi stara się go zatrzymać. „Ale cóż znowu, niechże pan jeszcze zostanie chwilę...“ Nie odzywam się na to.

Ich rozmowa nie zajmuje mnie: plotki, obmowy, tłuste żarciki, aluzje bez odsłonek do tete-a-tete, które nastąpi... Ona śmieje się, umilając te pogadanki swym słodkim, krótkim wzrokiem, żywym wdziękiem swego karku i figury... Zapewniam was, tak, zapewniam, że czuję się taksamo urażona, zirytowana, zawstydzona, jak rozsądna dziewczyna wobec sprośnych obrazów... Rozkosz - moja nie ma nic wspólnego z tą grą.

W pokoju jasnym, gdzie zlewają się, mieszają [ 171 ]iris Rezi z perfumami chypre ostrymi i słodkimi Klaudyny na wielkim łóżku, wypełnionem dwoma ciałami, mszczę, mszczę milcząca tyle krwawej, a ukrywanej urazy... Potem, należąc do mnie w pozie, dzięki Bogu, poufałej, niewierna Rezi mówi i zapytuje, urażona moją zwięzłością i urywkowością odpowiedzi, chcąc choć coś nie coś wiedzieć o mojej poprzedniej słabości i nowem szaleństwie.

— Więc Lucia?

— Tak, Lucia, kochała mnie.

— I... nic?

— Nic! uważasz, że jestem śmieszna?

— Nie, naprawdę, moja Klaudyno.

Policzek na mej piersi, zdaje się słuchać samą siebie. Wspomnienia świecą w jej szarych oczach!... Gdy mówi, mam ochotę ją zbić, a jednak chcę, aby mówiła...

— Rezi, tyś czekała aż małżeństwa?

— Tak! — wyrzuciła, podnosząc się, uczula potrzebę opowiedzenia. Debiut jak najśmieszniejszy, jak najpospolitszy... Moja profesorka śpiewu, blondynka, kości końskie, a ponieważ oczy miała wodnisto-zielone, więc stroiła się w modne kolory tworząc anglo-saskiego „sfinksa“... Z nią właśnie, przerabiałam głos i całą gamę zboczeń... Byłam bardzo młoda, świeżo zamężna, bojaźliwa i nie kochająca męża... Przestałam lekcje, z końcem miesiąca, tak, po miesiącu, okrutnie rozczarowana, gdyż byłam świadkiem (z powodu uchylonych drzwi) małej sceny, jaką mój sfinks przepasany szarfą z miękiego jedwabiu, wyprawił swej kucharce z powodu jakichś ośmdziesięciu pięciu centimów.

[ 172 ]Rezi zapala się, gładzi i odrzuca swe jedwabiste włosy, śmiejąc się koniecznie do swych wspomnień. Siedzi oparta o me biodro, trzymając jedną nogę, koszula z niej opada, a mina cudownie rozbawiona.

— A potem, Rezi, kto, potem?

— Potem... to była...

(Zastanawia się, szybko obrzuca mnie wzrokiem, zamyka usta i decyduje się wreszcie):

— To była pewna młoda dziewczyna.

(Przysięgłabym, po jej minie, że przeskoczyła jakiegoś, czy jakąś).

— Młoda dziewczyna? Naprawdę? To interesujące!

(Miałam ochotę ukąsić ją).

— Interesujące, tak... Lecz ja cierpiałam. Oh! nie chciałam już więcej znać młodych dziewcząt!

(Zamyślona, pół-naga, z twarzą zasmuconą zdawała się być dzieckiem zakochanem. Jakżebym chętnie narysowała moje zęby, w dwu małych różowych łukach, na tych plecach, na które pada pół-cień!)

— Ty... kochałaś ją?

— Tak jest, kochałam ją! Lecz, obecnie, nie kocham nikogo, tylko ciebie, droga!

(Serdecznie, czule, czy też instynktowanie obawiając się, zarzuciła mi na szyję ramiona i okryła mnie swemi rozsypanemi włosami. A ja chciałam końca historji...)

— ...A ona, ona ciebie kochała?

— A czy ja wiem? Z niczem nie można porównać, moja Klaudynko kochana, okrucieństwa, zimnego wyrachowania młodych dziewcząt! (Mówię o przyzwoitych młodych dziewczętach, inne nie liczą się). [ 173 ]Brak im uczucia cierpienia, litości i sprawiedliwości... Ta, bardziej wymagająca i chciwa rozkoszy więcej, niż wdowa wyposzczona przez rok, kazała mi jednak całymi tygodniami wyczekiwać, nie chciała mnie widzieć inaczej, jak w kole rodzinnem, patrzyła na mój smutek chłodnemi oczami ładnego, spokojnego buziaka... Piętnaście dni później, dowiedziałam się o przyczynie mej kary: pięciominutowe spóźnienie na rendez-vous, nadto wesoła konwersacja z jednym z przyjaciół... i złośliwe słówka, głośne dogryzania, publicznie, z brawurą złośliwości pełną, brutalną, to mogą dać takie, które jeszcze nie popełniły pierwszego błędu!...


Sciskane i szarpane moje serce uderza silniej. Chciałabym zgnieść tę, która mówi. Jednak mam dla niej więcej szacunku po tych szczerych i porywających wyznaniach. Milsze mi są jej oczy wzburzone, niż czerniejące od wspomnień ze spojrzeniem dziecięcem, a prowokującem, i Renaud’a — i wszystkich mężczyzn — i wszystkie kobiety — i stróża — i...


Mój Boże, jakże ja się zmieniłam! Możliwe, że zmiana nastąpiła nie w głębi duszy, zdaje mi się, ale... jestem przeinaczona. Jest wiosna, wiosna w Paryżu, trochę suchotnicza, trochę popsuta, szybko znużona, niemożliwa jest ta wiosna. I wiem o niej, jedynie przez kapelusze Rezi! Fiołki, bez, róże stale kwitną w koło jej miłej główki, rozweselając światło jej włosów. Prezydowała z całą wyższością przy [ 174 ]wszystkich posiedzeniach u modniarki, złośliwie konstatując śmieszność pewnych kapeluszy dla „pań“ na mej głowie z krótkimi włosami w loki. Zaprowadziła mnie do Gauthé’go, aby mnie opasać armaturą wstążek, mięciuchnym gorsetem, któryby słuchał rytmu moich bioder... Zakłopotana, wybrała między materjami, ładne niebieskie do żółtego koloru mych oczu i silnie różowe, przyczem moje policzki stają się bardziej koloru ambry... Jestem podług jej gustu ubrana. Powstrzymuję się, aby jej nie bić, ale drżę na myśl, że mogę się jej nie podobać. Rzucam przed progiem jej domu bukiecik dzikich narcyzów kupionych po drodze... Ich południowy, nadmierny zapach uspokaja mnie, lecz Rezi go nie lubi.


Ah! jakże jestem daleką od szczęścia! Jak uwolnić się od tej trwogi, która mnie uciska? Renaud, Rezi, oboje mi są potrzebni, i nie zastanawiam się nad wyborem. Ale strasznie chciałabym ich rozdzielić, albo lepiej jeszcze, uczynić ich względem siebie obcymi!

Czy znalazłam lekarstwo? Zawsze można próbować.

Dzisiaj przychodzi do mnie Marceli. Zastaje mnie dziwną, ponurą i zaczepną. A to ponieważ od tygodnia odsuwam rendez-vous, którego żąda Rezi, zawsze świeża, pragnąca, wiosną podniecona... Lecz ja nie mogę znieść obecności Renaud’a między nami. Czemu on tego nie czuje? Ostatnim razem na ulicy Goethego humor serdeczny, a urwiszowski mego męża dobiegł do takiej brutalnej dzikości, że Rezi, niespo[ 175 ]kojna, wstała i dala mu jakiś znak... Natychmiast odszedł... Ten sposób porozumienia między nimi tak mnie rozgoryczył, że darłyśmy koty, a Rezi odeszła, pierwszy raz, nie zdejmując kapelusza, który zwykle odkłada po zrzuceniu koszuli.

Marceli podkpiwał z mej ostrej miny. On wietrzy od dawna tajemnicę mojej troski i radości; on odczuwa we mnie chore miejsce z pewnością, która dziwiłaby mnie, gdybym nie znała mego pasierba. Dzisiaj ujrzał mnie ponurą, więc doktknął, złośliwie, mej malej rany.

— Jesteś zazdrosną przyjaciółką?

— A ty?

— Ja... i tak i nie. Czy ty ją strzeżesz?

— A co cię to obchodzi? I dlaczego miałabym ją strzec?

(Kiwa swą delikatną malowaną głową, poprawia długo swą krawatkę, to zmienia i prostuje swe spinki ze skarabeuszy; wreszcie spogląda na mnie bokiem):

— Dla niczego. Mało ją znam. To bezpodstawne, że ona robi na mnie wrażenie kobiety, którą należy strzec.

(Zaśmiałam się bezlitośnie):

— Naprawdę? Masz takie przeświadczenie...

— Do usług, brzmi odpowiedź: okrutne słowo. Przedewszystkiem, masz na całej linii słuszność. Obserwowałem was, całą trójkę, na premierze w Vaudeville teatrze, pani Lambrook wydała mi się milutka, może za gładko uczesana. Ale co za wdzięk i jak cię kocha... ciebie i mego ojca!

(Zebrałam wszystkie siły, aby nie dać nic po [ 176 ]sobie poznać. Marceli podnosi się swym ruchem bioder! dla kogo, ekscelencjo?)

— Do widzenia, odchodzę. Jesteś w stanie odebrać humor najweselszemu z poetów, gdyby nie to, że wszyscy już i tak są płaczliwi!

— Dla kogo opuszczasz mnie?

— Dla siebie. Przeżywam miodowy miesiąc z mym małym „homo“[7].

— Masz coś nowego?

— Tak. Jednak z jednem „m“[8]. Jakto! nic nie wiesz o mej emancypacji?

— Nie, oni są dyskretni!

— Kto?

— Twoi przyjaciele.

— Rzemiosło tego wymaga. Tak jest, mam małe kokocie mieszkanko. Całkiem małe, malusieńkie. Zaledwie zmieści się dwóch, muszą się ściskać.

— I ściskają się?

— To ty powiedziałaś. Nie chcesz obejrzeć? Miłoby mi było, jeślibyś zechciała przyjść bez mego drogiego ojca. Twoja przyjaciółka, jeśli jej to przyjemność zrobi... Co?

(Wyrwałam mu dłoń z ręki brutalnie, na wspomnienie tej myśli).

— Po południu jesteś zawsze w domu?

— Po obiedzie... Tak. Czwartek i sobota. Ale nie wyobrażaj sobie, dorzuca z pięknym uśmiechem wstydliwej dziewczyny, że ci powiem, dokąd idę...

— To mnie nie obchodzi... Powiedz zatem Mar[ 177 ]celi... nie można zobaczyć podczas twej nieobecności tego kącika do wypoczynku?

— Kącika zmęczenia?...

(Wzniósł rozpustne oczy czarno-niebieskie. Zrozumiał).

— Ściśle rzecz biorąc... Ona jest dyskretna, ładna pani Lambrook?

— Oh!

— Dam klucz. Nie potłuczcie moich drobiazgów, które tam są. Elektryczna kuchenka do gotowania herbaty w zielonej szafie po lewej przy wejściu; nie można zbłądzić, prosto jest mój gabinet pracy (!) i pokój do rozmowy wraz z garderobą. Małe suche ciasteczka, wino Chateau-Yquem, arak i brandy w tej samej szafie. Przyszły czwartek?

— Przyszły czwartek. Dziękuję ci, Marceli.


To jest kanalja, ale uściskałabym go ze szczerego serca. Szalona radość przeprowadza mnie od jednego okna, do drugiego, ręce na plecach i gwiżdżę z całej siły.

On da klucz!




[ 178 ]
Całkiem mały kluczyk sterczy w mojej portmonetce pod ręką. Zabieram Rezi z szaleńczą nadzieją „rozwiązania kwestji“. Widzieć ją tajemniczo; mego drogiego Renaud’a, którego tak kocham — ah! Boże tak — trzymać z daleka od tej całej historji, unikając nieprzyjemności mieszania go w ten miszmasz...

Rezi towarzyszy mi spokojnie, rozbawiona, szczęśliwa, że mój gniew wreszcie ustąpił po tygodniu dąsania się.

Jest gorąco; w powozie rozpina kamizelkę chłopięcą swego niebieskiego kostjumu z serszu i głęboko oddycha. Ja rozmyślam, ukradkiem przechodząc jej profil równy, nosek małej dziewczynki, błyszczące brewki, rzęsy z aksamitu popielatego... Ona trzyma moją rękę, cierpliwie czeka, od czasu do czasu pochyla się trochę, aby zobaczyć stragan z kwiatami, z którego zawiewa nas mokry zapach, albo jakąś wystawę, czy przechodzącą dobrze ubraną kobietę... Ona jest tak słodka, mój Boże! Nie możnaby powiedzieć, że ona mnie nie kocha, nie pożąda!

Ulica Chaussée d’Anton, wielkie podwórze, potem małe drzwi, wąskie, ale dobrze utrzymane scho[ 179 ]dy, tak wąskie przejścia, że nie można się na nich utrzymać jak tylko jedną nogą. Odrazu idziemy na trzecie piętro, zatrzymuję się: już tu czuć Marcelego, drzewo santałowe i siano skoszone, też trochę eteru. Otwieram.

— Czekaj, Rezi, można wejść tylko po jednej!


Ależ tak, jak mówię. Ten domek lalki bawi mnie! Projekt przedpokoju poprzedza kawalątko gabinetu „do pracy“; sypialnia-salon... rozmownica posiada jedynie normalną wielkość.

Jak dwa obce koty idziemy krok za krokiem, zatrzymujemy się przy każdym meblu, każdej ramie... Za dużo perfum... za dużo...

— Patrz, Klaudyno, akwarium na kominku...

— I ryby o trzech ogonach...

— Oh! a jedna ma płetwy jak skrzydła wiatraka! A to co, kadzielniczka?

— Nie, kałamarz, zdaje mi się... a może filiżanką do kawy... może coś innego.

— Patrz, moja droga, piękna starożytna materja! z tego robi się delikatne wykłady przy paltach półsezonowych... Ta mała boginka ładniusia, jak trzyma ramiona skrzyżowane...

— To mały bóg...

— Ależ nie, Klaudyno!

— Nie widać dobrze, bo jest draperja. Nie siadaj Rezi przypadkiem na tej poręczy angielskiego zielonego fotela!...

— To prawda. Cóż za barokowa myśl, rodzaj lanc ciężkich w drzewie! Możnaby się nadziać.

[ 180 ]— Cicho, Rezi, nie mówmy o nadziewaniu w mieszkaniu Marcelego.

— Ah! mój mały pasterzu przyjdź prędko, zobacz!

(Nie lubię, gdy nazywa mnie „małym pasterzem“, te słowa używane przez mego Renaud’a. Rani mnie, gdy ona je wymawia.)

— Zobaczyć, co?

— Jego portret!

Pędzę za nią do pokoju salon-sypial... etc. Rzeczywiście portret Marcelego, w stroju damy bizantyńskiej. Pastelą robiony, wcale ciekawy, kolor śmiały na miękkim rysunku. Rude włosy uczesane w koło na uszy, na czole ciężar klejnotów, ona, nie on... oh! sza, nic już nie wiem... Marceli trzyma z daleka od siebie, ruchem przygotowującym, koniuszek sztywnej i przejrzystej sukni, z gazy przetykanej perłami, niby krople deszczu, pokazując między faldami, różowe spadziste biodro, lydkę, cienkie kolano. Twarz zmniejszona, oczy wzgardliwe, bardziej niebieskie obok rudych włosów, tak, to Marceli!

Rozmarzona, obok Rezi, opartej o me plecy, widzę wątpliwego chłopaka ciemnego, szkic portretu Brozina, w Luwrze, który mnie nagle zdobył...

— Cóż za ładne ramiona ma to dziecko! — wzdycha Rezi. — Szkoda, że gust jego...

— Szkoda, dla kogo? Mówię szybko, podejrzliwie.

— Dla swej rodziny, właśnie!

(Smieje się i chwyta zębami me wargi. Lecz me myśli poszły inną drogą):

— A! tak... ale... gdzież on sypia?

[ 181 ]— Nie sypia... on siedzi. Kłaść się spać, to zbyt ordynarne.

Co mówiąc, wyszukałam za firanką różową coś w rodzaju alkowy wąskiej, więcej właściwie kanapę drapowaną tą samą różową materją, gdzie listki jaworu w kolorze popielato-zielonym, silniej cieniowane na pięciu krajach szpiczastych. Bawię się, pociskając palcami elektryczność, która rozświeca i oblewa ten ołtarz światłem, spadającem z kryształowego kwiatu odwróconego... Orchidee!

Rezi wskazuje cienkim paluszkiem poduszki usłane na kanapie:

— Wystarczyłoby, żeby opowiedziała, że żadna kobieta nie kładzie tu nigdy swej głowy, ani reszty ciała.

Śmieję się z jej złośliwego zmysłu obserwacyjnego. Poduszki, dobrze dobrane, wszystkie z ostrego brokatu, haftowane złotem i srebrem, co piętnasta, szesnasta nitka flirt. Damska fryzura niemiłosiernie poplątałaby się.

— A my je zdejmiemy, Rezi.

— Odłóżmy je, Klaudyno...



Możliwe, że to będzie najpiękniejsze wspomnienie naszego stosunku. Opuściłam ją mniej zgorzkniała. Ona przynosi swą zwykłą żywość, ową rozbrajającą słodycz, a odwrócony kwiat wylewa na nasz krótki spoczynek światło opalowe...

[ 182 ]W chwilę później, pod nami, ochwacony fortepian i zachrypnięty tenor złączyli się, aby nas maltretować:

Niegdyś — żył — w Nor—mand—dji...

Z początku było to przykro, przynajmniej dla mnie, odczuwającej rytm. Ale jakoś to idzie. Idzie. Już nie jest nieprzyjemnie... przeciwnie.

Niegdyś — żył — w Nor...

Gdyby mi ktoś przepowiedział, że takt sześć-ósemkowy z „Roberta Djabla“ doprowadzi mnie do ściskania w gardle... Lecz trzeba na to specjalnych okoliczności.


Koło szóstej godziny, w chwili gdy Rezi spokojnie usypia, ramiona na mej szyji trzymając, rozlega się dzwonek tak gwałtowny, że łamie nasze nerwy. Rozszalała, dławi krzyk i pakuje mi wszystkie pazury w kark. Oparta na łokciu nasłuchuję.

— Droga, nie bój się, nie trwóż wcale, to jakaś pomyłka... przyjaciel Marcelego, pewnie nie mógł wszystkich zawiadomić o swej nieobecności...

Przychodzi do siebie, odsłania swą białą twarz, wyciąga się, w nieładzie bardziej niż ośmnastego wioku... lecz, znów trrrrr...

Ona wyskakuje, poczyna się ubierać, tak, że jej czarodziejskie palce ze strachu nie są w stanie zatrzymać się. Dzwonienie trwa, nie ustępuje; złośliwe, inteligentne, melodyjne... ściskam zęby z nerwowej irytacji.

Moja biedna przyjaciółka, blada, już całkiem gotowa do wyjścia, ciśnie ręce do uszu. Kąciki jej ust drżą przy każdem powtórzeniu. Lituję się!

[ 183 ]— Rezi, zobaczmy, to z pewnością przyjaciel Marcelego...

— Przyjaciel Marcelego! Ty zatem nie uważasz tej złośliwości, intencji tego dzwonienia beznadziejnego!... Idźże, to ktoś, co wie, że tu jesteśmy. Jeśli mój mąż...

— Ah, ty nic nie masz odwagi!

— Dziękuję! łatwo jest być odważnym wobec męża, jak twój!

Umilkłam. Po co? Zapinam gorset. Ubrana, idę, czając się, przykładam ucho do drzwi. Lecz nie słyszę nic więcej, jak tylko dźwięk, ten dźwięk dzwonka!

Wreszcie, po ostatnim, długim trylorze coś w rodzaju zgody z losem, ruch lekkich nóg po schodach..

— Rezi, poszedł!

— Nareszcie! nie wychodźmy zaraz, mogą nas szpiegować... Ach nigdybym tu nie wróciła!...


Smutny koniec tego rendez-vous bez jutra! Mój ładniutki strachoput okazuje tyle pośpiechu, opuszczając mnie, oddalając się z tego mieszkania, z tej dzielnicy, że nie miałam odwagi zaproponować jej powrotu razem... Zeszła na dół pierwsza, podczas gdy ja ugasiłam odwrócony kwiat, poprawiałam flirtowe poduszki. Portret Marcelego patrzył na mnie, pogardliwym wyrazem brody, ustami malowanemi i zaciśniętemi...




[ 184 ]
Mam dziś przed sobą obciśnięty w czarną, nadto krótką marynarkę, bezwstydny oryginał bizantyjskiej pasteli. Drży z ciekawości, jak w czasie, gdy Lucia intrygowała go tak mocno.

— I jakże tam, wczoraj?

— A dobrze, dziękuję. Masz tam małą świątynię, bardzo miłą, godną ciebie.

(Pochyla się).

— I ciebie też.

— Nadto grzecznie. Twój portret przedewszystkiem... zainteresował mnie. Odczuwam przyjemność, odnalazłszy w tobie duszę z czasów Konstantego.

— To gust dzisiejszy... Powiedz mi, ty nie jesteś łakoma, ani jedna, ani druga: mego wina, podarunek babci nie ruszałyście nawet?

— Nie. Ciekawość usidliła nasze inne instynkty.

— Oh! ciekawość... wątpił z uśmiechem takim samym, jak na portrecie... A jakie gosposie z was, wszystko znalazłem w największym porządku! Przynajmniej, nie przeszkadzano wam?

(— Rozjaśniony uśmiech, jego wzrok biegający... Ah! ty młoda kanaljo, to on pewnie dzwonił — albo [ 185 ]to zaaranżował — można się było łatwo domyśleć! Ale nie dam sobie dokuczyć.)

— Nie, wcale. Spokój dobrze utrzymanego domu. Dzwoniono raz, zdaje mi się... ale właściwie nie jestem pewną. Byłam cała, owej chwili, zatopiona w marzeniach o... tej małej bogince, androgyne, która ma skrzyżowane ramiona...

(To go nauczy! I jak na dobrych graczy przystało, zrobił minę zadowolonego amfitrjona).




[ 186 ]
Dostałam list z Montigny, jestem zmuszona odczytać go głośno, aby zrozumieć, taka ortografia i hieroglify.

Wienc ty sie gołompku do nas nieziawiż. Wielgi krzach rurzy wisz nilfa ju kfitnie. Ciemgiem takisom. Placom cy jasion coros sielniejszy. Pan tysz“.

Że pan także, moja Melko, nie mogłabym wątpić. Że płaczący jesion zgęstniał, to dobrze. A „nimfa“ kwitnie... Ona taka piękna, okrywa cały mur, spiesznie rozwija się, obficie, bez wypoczynku, wyczerpuje się dopiero koło jesieni, po okwitnięciu, po wybuchu bujnego życia; to roślina czystej krwi, ledwie zamiera... „Krzak róży nimfa kwitnie“. Na tę wiadomość czuję, że odżywa we mnie jakiś soczysty nerw, wiążący mnie z Montigny. Zakwita!... Drżę z radosnej dumy, jak matka, do której ktoś powiada:

„Syn pani otrzyma nagrodę!“

Moja cała rodzina-natura woła mnie. Mój dziad, stary orzech, starzeje się, czekając na mnie. Pod jabłonią wkrótce będzie deszcz gwiazd...

Lecz ja nie mogę! Coby zrobiła Rezi beze mnie? Nie chcę zostawić Renaud’a obok niej; mój biedny wielki jest tak kochliwy, a ona tak... chętna!

[ 187 ]Zabrać Renaud’a?... Rezi zostawić samą, Rezi w lecie w Paryżu, suchym i palącym, samą z tą wybujałą fantazją i chęcią intryg... Ona mnie zdradzi.

Mój Boże! czy to prawda, że z godziny na godzinę, z pocałunku do dąsania, jednak już cztery miesiące przeszły? Nic nie robiłam przez ten czas, jak tylko czekałam. Czekam, opuszczając ją, dnia, który mi naznaczy; czekam, gdy jestem obok niej, kiedy nadejdzie krótka, cicha przyjemność, która mi ją odda piękniejszą, szczerszą. Czekam, gdy Renaud jest z nami, żeby sobie poszedł i czekam odejścia Rezi, aby pomówić trochę bez goryczy, bez zazdrości z moim Renaud’em, który od czasu Rezi, zdaje się kochać mnie jeszcze bardziej.




[ 188 ]
To musiało przyjść! Upadłam pod chorobą i oto trzy tygodnie stracone. Influencja, przeziębienie, przemęczenie; lekarz który do mnie przychodzi, może to sobie nazywać, jak chce. Miałam silną gorączkę i straszny ból w głowie. Ale w gruncie rzeczy mocna jestem!

Drogi, wielki Renaud, twoja słodycz mnie koi! Nigdy nie odczuwałam takie] wdzięczności za to, że mówi dźwiękiem głosu przyciszonego, melodyjnego, jakby zaokrąglonego...

Rezi też była przy mnie. Z obawy, że wydam się jej brzydka, chowałam twarz rozpaloną w ramiona. Kilka razy, jej sposób patrzenia na Renaud’a, siadania „do niego“ na krawędzi mego łóżka, z kolanem podniesionem, w zgrabnej, z wiórów plecionej amazonce, na głowie, w sukni z angielskich koronek z aksamitnym paskiem, cały jej wygląd nadto obliczony, nadto kokieteryjny jak na wizytę u chorej, irytował mnie. Pod pozorem gorączki mogłam krzyczeć „precz“ a ona przypuszczałaby, że bredzę. Zdawało mi się, że widzę, jak Renaud uśmiecha się, gdy weszła świeża jak powiew wiatru... Rozmawiają przy [ 189 ]mnie o rzeczach, których przecież nie widziałam, a ich rozmowa, którą z trudnością śledzę, rani mnie, jakby prowadzona w obcym języku.

Zazdrościłam mej przyjaciółce świeżej piękności matowych pozbawionych cienia policzków, gdy wreszcie na kanapie, na której przychodziłam do sił, położyła róże ciemno pąsowe o długich łodygach i wyszła, chwyciłam natychmiast do ręki lustro, które miałam pod poduszką, i patrzyłam w nie długo obserwując mą bladość i marząc z wściekłą zazdrością o niej...


— Renaud, czy to prawda, że drzewa na bulwarach już żółkną?

— Tak, to prawda, moja mała dziewczynko. Czy chcesz pojechać do Montigny, tam zobaczysz więcej zieleni?

— Tam są zbyt zielone... Renaud, dzisiaj, mogłabym wyjść, czuję się dobrze. Zjadłam cały kotlet z jajem, wypiłam szklaneczkę Asti i dzióbałam winogrona... Ty wychodzisz?

(Stojąc przed oknem w swym „sanktuarjum do pracy“ patrzył na mnie niezdecydowany.)

— Wolałabym wyjść z mym pięknym małżonkiem. Ta całość szara doskonale na tobie wygląda, i do tego ta pikowa kamizelka, podnosząca twą powagę z Drugiego Cesarstwa podoba mi się... Czy to dla mnie wyglądasz dziś tak młodo?

[ 190 ](Zarumienił się trochę pod swą ciemną skórą, i pociągnął srebrzyste wąsiki.)

— Wiesz, sprawia mi to przykrość, gdy mówisz o mojch latach...

— Kto mówi o twoich latach? Przeciwnie, przykro mi, że twoja młodość trwa tak długo jak ty sam, jak choroba od urodzenia. Zabierz mnie. Renaud! Czuję w sobie siłę zadziwienia świata!

(Moja nadzwyczajna ewolucja nie przemawia do niego.)

— Ale nie, moja Klaudyno, konował mówił ci: „nie przed niedzielą“. Mamy piątek. Jeszcze czterdzieści ośm godzin cierpliwości, mój drogi ptaku. Masz, oto przyjaciółka, która winna cię zatrzymać w domu...


Skorzystał z wejścia Rezi i oddalił się. Nie poznaję zupełnie mego wielkiego, taki uważający, aby mi się podobać, wbrew swemu rozumowi... Ten lekarz idjota!


— Dlaczego taka mina, Klaudyno?

(Ona jest tak ładna, że wprawia mnie to w dobry humor tym razem. Niebieska, niebieska, niebieska, niebieskiem lekkiem zamglonem jak bańka mydlana zarazem...)

— Rezi, elfy chyba bieliznę swoją prały w wodzie twojej szaty.

Śmieje się. Siada na swych okrągłościach; widzę ją od dołu. Długi dołeczek jak wykrzyknik przecina jej upartą brodę. Jej nozdrza rysują poprawne [ 191 ]arabeski, które podziwiałam na nosie Fanszetki. Wzdycham.

— Ot, chciałam wyjść, a ten osioł lekarz nie chce. Zostań ty przynajmniej u mnie i daj mi tę świeżość, wolne powietrze, które przynosisz w swoich sukniach, w skrzydłach swego kapelusza z liści. Czy to kapelusz, czy korona? Nigdy jeszcze nie widziałam cię tak bezsprzecznie wiedeńką, moja droga, z włosami szumiącego piwa... Zostań ze mną, opowiedz o ulicy, o spalonych drzewach... i o serdeczności, która wskutek separacji opuściła cię...

(Ale ona, ani usiąść nie chce, a podczas tego, gdy mówi do mnie głosem uwodzicielki, oczy jej idą od okna do okna, jakby szukając ucieczki.)

— Oh! jak mi ciężko! chciałabym, moja słodka, spędzić dzień cały przy tobie, a nadewszystko, gdy jesteś sama... Już tak dawno, Klaudyno droga, jak twoje usta zapomniały moich...

(Pochyla się, pieszczotliwie, ofiarowuje swe wilgotne zęby, lecz ja odwracam się.)

— Nie. Pewnie mnie czuć gorączką. Idź na spacer. Chciałam powiedzieć: pójdź się przejść.

— Ależ to nie jest przechadzka, moja Klaudyno! To jutro rocznica moich zaręczyn, — nie ma się z czego śmiać i mam zwyczaj tego dnia ofiarowywać coś mężowi...

— No i...

— No i, zapomniałam, tego roku o moim obowiązku wdzięcznej małżonki. I bięgnę teraz, aby pan Lambrook znalazł dziś wieczór pod serwetą cośkolwiek, pudełko cygar, spinki z perłami, kuferek z dynamitem, czy coś innego ostatecznie! Bez tego mogę [ 192 ]się spodziewać trzech tygodni lodowego milczenia, powagi bez wymówki... Boże! wykrzyknęła wznosząc dłoń ku niebu, w Transwalu potrzeba tak mężczyzn, poco ten się tu pcha?[9]

Jej wymowa i płynna gotowość napełniły mnie nieufnością.

— Ale Rezi, czemu nie powierzysz tego zakupna nieomylnemu gustowi służącego?

— Myślałam i o tem. Ale służba cała, oprócz mojej „dziewoi“ należy do mego męża.

(Stanowczo, ona chce się uwolnić.)

— Idź, cnotliwa małżonko, święcić dzień świętego Lambrooka...

(Już opuściła swoją białą woalkę.)

— Gdybym się załatwiła przed szóstą, chcesz, abym tu wróciła?

(Jaka ona ładna, gdy się tak pochyli! Jej spódniczka, obcisła, przez żywe ruchy odsłania ją całą... Platoniczna admiracja przejmuje mnie cała... Czy to wina, że przychodzę do zdrowia? Nie odczuwam więcej dawnej chęci bicia... A potem, odmówiła mi przecie poświęcenia święta Lambrooka!)

— To zależy. W każdym razie przyjdź, spotka cię odpowiednia nagroda... Nie, mówię ci, czuję gorączkę!...

I znów sama. Wyciągam się, czytam trzy strony, chodzę. Zaczynam list do papy, wreszcie zabieram się do wyczyszczenia moich paznokci. Siedzę przed toaletką, rzucam od czasu do czasu okiem w lustro, jak się patrzy na zegarek. Mimo wszystko nie wy[ 193 ]glądam tak źle... Loki trochę dłuższe; nie jest brzydko. Ten biały kołnierz, ta bluzeczka z różowego muślinu w drobniutkie, białe paseczki, zupełnie strój na ulicę. Czytam w lustrze, co orzekają oczy. Już gotowe! Kładę szybko kapelusz przepasany czarnem, narzutkę na rękę, aby mnie Renaud nie zburczał za krok nieostrożny, i już jestem na ulicy.



Boże! jakże gorąco! Nie dziwi mnie wcale, że krzak róży „nimfa“ zakwitł... Brudny świat, ten Paryż! Czuję się lżejszą, wyszczuplałam. Świeże powietrze osłabia trochę, ale idąc dalej przyzwyczaja się człowiek. Nie myślę zupełnie, jestem jak piesek pokojowy, którego wypuszczono po ośmiu dniach deszczu.

Bez namysłu, machinalnie dążę ku ulicy Goethego. Cóż robić!... Uśmiecham się, przechodząc koło numeru 59, i rzucam spojrzenie przyjazne na firanki białawe tiulowe, które kołyszą się na drugiem piętrze w oknach...

Ah! firanka ruszyła się!... Ten lekki ruch przykuł mnie do trotoaru, wyprostowaną niby lalkę. Kto jest „u nas”? To wiatr powiał przez okno od podwórza i dlatego poruszyła się firanka... Ale podczas mego logicznego rezonowania zwierzę, we mnie, gryzione podejrzeniem, potem nagle rozwścieklone, zgadło prędzej nim pojęło.

Przebiegam ulicę, pędzę na drugie piętro, jak we śnie, po schodach przykrytych miękkim chodnikiem, który pod memi stopami zagłębia się i odska[ 194 ]kuje. Chcę zawiesić się na mosiężnym dzwonku, dzwonić aż do popsucia... Nie, oni nie wyszliby!

Czekam minutę z ręką na sercu. Z powodu tego banalnego ruchu, przypominam sobie okrutne powiedzonko mej siostry mlecznej, Klary: „W życiu, to jak w powieści, czy nie tak?“

Przyciskam dzwonek mosiężny, lekko, zadrżawszy na ten obcy dźwięk, który nigdy dla nas nie dzwonił... I całe dwie sekundy mówię sobie, ściskana bojaźnią małej dziewczynki: „Oh! mogą nie otworzyć!“

Słyszę zbliżające się kroki, cała moja odwaga zmienia się w gniew. Niezadowolony głos Renaud’a pyta: „Kto tam?“

Głos mi zamiera. Opieram się o mur z fałszywego marmuru i odczuwam zimno w ramieniu. A na odgłos otwieranych drzwi, życzę sobie śmierci... zaraz. ,Otwórz, otwieraj! To ja, Klaudyna! do stu djabłów! Klaudyna!“ Odrzucam strach jak płaszcz. Mówię: „Otwórz Renaud, bo będę krzyczała“. Patrzę prosto w twarz otwierającego, kompletnie ubranego. Cofa się przede mną ze zdziwieniem. I nie stać go na nic innego, jak na słowo wcale łagodzące niepowodzenie tego gracza: „sapristi“!

Świadomość, że jestem mocniejszą, wysztywnia mnie jeszcze bardziej. To ja, Klaudyna! Mówię:

— Widziałam z ulicy kogoś przy oknie, więc weszłam, aby wam powiedzieć piękne dzień dobry.

— A! Przy oknie? To ja byłem tak śmiały — mruknął.

Nawet nie próbuje zatrzymać mnie, usuwa się, aby mnie puścić naprzód i idzie za mną.

[ 195 ]Przebiegam szybko mały salonik, podnoszę kwiecistą portjerę... Ah! wiedziałam dobrze! Rezi jest tu, ona jest tu, ubiera się... W gorsecie, 4majtkach, batystowa spódniczka z koronkami na ramionach, kapelusz nu głowie, jak przy mnie... Widzę stale tę jasną głowę, która pod mym wzrokiem mieni się i zdaje zamierać. Prawie zazdroszczę jej tego strachu... Patrzy na me ręce, i widzę, jak jej delikatna buzia blednie i staje się suchą. Nie spuszczając ze mnie oczu, wyciąga rękę i szuka nią swej sukni. Postępuję krok naprzód. Ona upada, chroniąc twarz wzniesionymi łokciami. Ten ruch odsłania jej obrośniętą puchem pachę, którą oddychałam tyle razy i wywołuje u mnie wybuch szalonej wściekłości... Chcę chwycić i wrzucić w nią karafkę... albo krzesło może... Meble wirują mi przed oczyma jak gorące powietrze na łąkach...

Renaud, idący ze mną, dotyka moich pleców. On jest niepewny, trochę. blady, lecz nadewszystko znudzony. Mówię do niego głosem bolesnym:

— Cóż wy tu... robicie?

(On uśmiecha się mimowoli, nerwowo).

— Co do mnie... widzisz, czekaliśmy na ciebie.

Albo śnię... albo on traci zmysły... Odwracam się do niej, już ubranej; gdy nie patrzyłam na nią zdążyła włożyć suknię koloru niebieskiej wody, w której elfy prały swe szaty... Onaby się nie poważyła śmiać teraz!

„W życiu, to jak w powieści, czy nie tak?" Nie, słodka Klaro. W książkach, ta, która przychodzi zemścić się, ma najmniej dwie kule ze sobą. Albo odchodzi, zatrzaskując drzwi za sobą, i rzucając [ 196 ]winnym gryzące słowo pogardy... Co do mnie nie wiem sama, no nie wiem, coby należało zrobić, oto cała prawda. Tak w pięciu minutach nie uczy się roli zdradzonego kochanka.

W każdym razie zamknę drzwi. Rezi, zdaje mi się, zemdleje. Byłoby ciekawe! On, wcale się nie boi. Postępuje, jak ja, z mniejszem wzruszeniem a więcej z zainteresowaniem, śledząc przejścia strachu na twarzy Rezi, i pojmuje w końcu, że ta chwila zebrania nas tu nie powinna była nastąpić...

— Posłuchaj Klaudyno... Chciałbym ci wyjaśnić...

Ruch ramieniem, przerywa mu zdanie. Wreszcie, nie zdawał się życzyć innego końca, wzruszył lewą łopatką z miną zrezygnowanego fatalisty.

Z Rezią chcę mówić! Podchodzę ku niej, powoli. Widzę siebie idącą na nią. To bierze mnie i daje niepewność myśli. Czy chcę ją bić, czy tylko chcę zwiększyć aż do zemdlenia jej bezwstydny strach?

Ona cofa się, kręci dokoła małego stolika z herbatą. Sięga ściany. Ucieka mi! Ah! nie chcę tego!

Lecz już dotyka portjery, kołysze nią, uciekając, a oczy zawsze ku mnie skierowane. Niechcący schylam się, aby podnieść kamień, — tu przecie nie ma kamieni... Ona znika.

Ramiona mi opadają, nagle cala energia złamana.

Jesteśmy we dwójkę, patrzymy na siebie, Renaud ma swą dobrą twarz, prawie codzienną. Ma minę strapioną. Jego piękne oczy trochę zasmucone. Mój Boże przyjdzie do mnie i powie: „Klaudyno...“ a jeśli zaczniemy mówić o mym gniewie, jeśli dam upust [ 197 ]wymówkom, a we łzach jeszcze, z siłą która mnie jeszcze podtrzymuje, wyjdę stąd wsparta na jego ramieniu, skarżąc się i przebaczę.. Nie, nie chcę! Jestem... jestem przecie Klaudyną, prawdziwą! A potem należałoby, aby odczuł to moje przebaczenie!

Za długo czekałam. Przystępuje, mówi: Klaudyno.

Zrywam się instynktownie, zmierzam do ucieczki, jak Rezi. Tylko ja, ja umiem.

Dobrze zrobiłam. Ulica, rzucenie okiem w wystawową szybę wzbudza we mnie dumę i gniew. I teraz wiem, gdzie jestem.


Pędzić fiakrem do domu, tam chwycić torbę podróżną, po rzuceniu mego klucza na stół z powrotem do doróżki, to nie zajmie więcej niż kwadrans. Pieniądze mam, niewiele, ale dosyć.

— Hej, fiakier, dworzec ljoński.


Przed udaniem się do pociągu puszczam depeszę do papy i uwiadomienie do Renaud’a: „Wyślij do Montigny suknie i bieliznę na pobyt nieograniczony“.




[ 198 ]
Te bławaty na murze, dawniej niebieskie, dziś szare, cienie kwiatów na wyblakłym papierze... Te firanki perskie z chimerycznym deseniem... tak, n. p. jakiś owoc monstrualny, jabłko, które ma oczy... Ze dwadzieścia razy widziałam je w marzeniach, podczas dwuletniego pobytu mego w Paryżu, lecz nigdy tak żywo...

Tym razem wyraźnie słyszałam, wśród przesuwających się obrazów, skrzyp pompy!

Siadam nagle na mojem małem łóżeczku łódkowatem, a pierwszy mój uśmiech do mego dziecięcego pokoju oblewam łzami. Łzy czyste jak ten promyk, który tańczy wśród złota na ramach, słodki dla mych oczu, jak kwiaty na szarem papierze. Więc to prawda, jestem tu, w tym pokoju! Nie ma innych myśli, aż do chwili przetarcia mych oczu, malutką różową chusteczką, która nie jest z Montigny...

Mój smutek osusza łzy. Zrobiono mi krzywdę. Mała pociecha? Prawie wierzę w to, że ostatecznie nie mogę być całkiem szczęśliwą, gdy jestem w Montigny, w tym domu... Oj! moje małe biureczko, poplamione atramentem! Zawiera wszystkie moje szkolne [ 199 ]zeszyły: Matematyka... Ortografija... Bo za czasów Mademoiselle nie mówiło się już „Rachunki“ albo „Dyktat“, lecz „Matematyka, Ortografja“ — brzmiało to znacznie dystyngowaniej, zalatywało już „Naukami wyższemi“...

Twarde jakieś pazury drapią we drzwi, obrabiają zamek, jakieś mjauuu...“ trwożno i gwałtownie domaga się otworzenia... O moja droga córeczko, jakaś ty piękna! Moje myśli są tak pomieszane, że o tobie Fanszetko, na chwilę zapomniałam Chodź w me ramiona, w moje łóżeczko, wsuń twój mokry nosek i twoje zimne zęby pod moją brodę, wzruszona moim widokiem tak, że aż „miesi chleb“ na mojem nagiem ramieniu, naturalnie pazurki na wierzchu. Ile ty masz już lat? Pięć, sześć, nie, nie wiem... Twoja białość jest taka młoda. Umrzesz młoda... jak Renaud. Nie myślmy, dobrze! to wspomnienie całkiem mnie niszczy... Zostań pod mym policzkiem, abym zapomniała o sobie, słuchając namiętnego i rozpasanego mruczenia...

Co ty sobie możesz myśleć o mnie, o mym przyjeździe nagłym bez rzeczy? Sam papa zwietrzył coś:

— No dobrze? a drugie zwierzę? twój mąż?

— On przyjedzie, jak będzie miał czas, papo.

Byłam blada, myślami... tam na ulicy Goethego, między temi dwiema istotami, które zadały mi ból. Co, już dziesiąta, odmówiłam zaproszeniu do stołu, pragnąc bardziej łóżka, trochę ciepła i samotności, aby módz myśleć, płakać, nienawidzieć... Lecz cień mego dawnego pokoju kryje tyle dobroczynnych małych duszków, że przychodzi z nimi sen kołyszący i czarny.

[ 200 ]Człapanie starych pantofli, Melka wchodzi bez pukania, odrazu z całą powagą oddaje się dawnym czynnościom. Trzyma w ręce małą odrapaną tacę — tę samą! — a drugą podtrzymuje lewą pierś. Zwiędła ona, bez starania o siebie; zawsze gotowa do tajemnych pośrednictw, lecz jej powierzchowność sama sprowadza mdłości. Ta brzydka służąca przynosi na małej tacy emaljowanej, w dymiącej filiżance, „płyn, ujmujący lat!“... Pachnie czekoladą, ten płyn. Umieram z głodu.

— Melko!

— Co mój ubóstwiany kraju?

— Czy ty mnie lubisz?

Naprzód stawia tacę, wreszcie podnosząc swe miękkie plecy, odpowiada:

— Se myślę.

(To prawda. Czuję, że to prawda. Stoi nademną i patrzy, jak jem. Fanszetka też, siedząc na mych nogach. Obie admirują mnie bez zastrzeżeń, Jednak Melka kiwa głową i z miną przygniatającą waży swą pierś lewą).

— Wyglądasz nie bardzo... Co oni ci zrobili?

— Chorowałam, miałam influencę, pisałam do papy o tem. Gdzie jest papa?

— Pewnikiem w graciarni. Zaraz go zobaczysz. Chcesz to póńdę poszukać ci saflika.

— Szaflika, po co? — pytam, przeczuwając odpowiedź.

— A, saflika! zmyje się twemu panowi galanto łeb i niech se idzie skąd przysed.

— Oj tak, dodaj jeszcze: „piękny leb“...

(Na progu odwraca się i pali).

[ 201 ]— A rychło będzie tu panisko Renaud?

— A co ja wiem, nic? Napiszę do ciebie. No, zgub się!

Oczekując na „saflik“, przechylam się przez okno. Nic nie widać na ulicy, jak tylko dachy spadziste. Wskutek nadzwyczajnego spadu, każdy dom ma pierwsze piętro tam, gdzie poprzedni przyziom. Stanowczo podczas mej nieobecności ostra pochyłość zwiększyła się! Spostrzegam róg ulicy des Socurs, która idzie całkiem prosto, właściwie chciałam powiedzieć w poprzek, do Szkoły... poszłabym zobaczyć Mademoiselle? Nie, nie jestem dość ładna... A pozatem, tam znalazłabym może tę małą Helenę, tę przyszłą Rezi... Nie, żadnych przyjaciółek, żadnych bab!... Potrząsam ręką, palce oddalam, z uczuciem niesmaku, co sprowadza wyrwanie paznokciami jednego długiego, gładkiego włosa...

Wślizguję się bosemi nogami do salonu... Te stare fotele, ich obicia poprzecierane uśmiechają się do mnie! Tu, wszystko jest na miejscu., Dwa lata pokuty w Paryżu nie zasmuciły wcale ich okrągłych pleców, pięknych nóżek w stylu Ludwika XVI, na których świeci reszta farby... Ta Melka, co za kapuściany łeb. Niebieska waza, która przez piętnaście lat, stała zawsze po lewej stronie wazy zielonej, teraz stoi po prawej! Prędko, przenoszę ją na właściwe miejsce, starannie przystrajam pokój, w którym spędziłam prawie całe moje życie. Niczego nie brak, co prawda, jak tylko mej radości...

Z drugiej strony zciemniacze zapuszczone przeciw słońcu, tu jest ogród... Nie, ogródeczku, nie, nie zobaczę cię, aż za godzinę! Ty wzruszasz mnie zbyt [ 202 ]silnie, swoim gwarem liści, już tak dawno, jak nie karmiłam się zielenią!

Papa myśli, że ja śpię. Albo może, zapomniał, że przyjechałam. Nic nie szkodzi. Pójdę do jego jaskini, aby usłyszeć kilka dosadnych przekleństw. Fanszetka chodzi za mną krok w krok, boi się, że jej umknę. „Moja cóóóóóruś! Nie bój się nic! Wiesz przecie, że depeszowałam: suknie i bieliznę na nieograniczony pobyt“... Nieograniczony. Co to znaczy? Nie wiem zbyt dobrze. Ale wydaje mi się, że jestem tu na długi, długi pobyt... Ach jak to dobrze robi, gdy się tak przesiedli swój ból!...

Krótki poranek przeleciał mi na zachwytach w ogrodzie. Powiększył się. Przejściowy lokator nic nie ruszał, nawet, zdaje mi się, trawy na ścieżkach...

Orzech kolosalny dźwiga na sobie tysiące tysięcy pełnych orzechów. I nie tylko wdycham ponury a silny zapach jego chłodnych liści, a już oczy me przymykają się. Kładę się pod nim. Zagarnia cały ogród, i niszczy go, bo chłód, z jego cienia zabija róże. Cóż z tego? nie ma nic piękniejszego nad drzewo, — nad właśnie to. W głębi, koło muru matki Adolfiny, dwie bratnie jodły pozdrawiają mnie głową bez uśmiechu, sztywne w swych ciemnych szatach, które służą im na każdą porę... glicynje, które się pną po dachu okwieciły swe miluchne grona... Tem lepiej ciężko mi przebaczyć tym kwiatom, że są podobne do koloru włosów Rezi...

Bezwładna u stóp orzecha nasłuchuję rozmowy kwiatów. Tam góra Cailles oddala się i wygląda niebiesko; będzie jutro ładnie, jeżeli Mustie nie jest zakryty.

[ 203 ]— Panienusiu, jest list!

...List... Już... jak krótki spokój! Nie mógł mnie zostawić w spokoju jakiś czas, jeszcze trochę słońca i zwierzęcego życia? Czuję się taka mała i boję się przykrości, która na mnie naciera... Wymazać, wymazać co było, a zacząć całkiem na nowo... niestety!


„Moje drogte dziecko“...

(Mógł się wstrzymać. Wiem dobrze, co może mi powiedzieć. Tak, byłam jego dzieckiem! Dlaczego mnie zdradził?)


„Moje drogie dziecko. Nie mogę się pocieszyć z powodu ciebie. Zrobiłaś, co zrobić musiałaś, a ja nędzarz kocham cię aż do udręczenia. Ty wiesz, Klaudyno, napewno, że jedynie głupia ciekawość popchnęła mnie do tego; to też z tego powodu nie czuję się winnym; mówię ci to na wypadek zwiększenia się twej złości. Ale zrobiłem ci krzywdę, i nie mogę znaleść spokoju. Posyłam ci wszystko, czego żądałaś. Oddaję cię miejscowości przez ciebie ulubionej. Wśród tego wszystkiego myśl o tem, że jesteś mi mojem jedynem ukochaniem i mą ucieczką. Moja „Młodość“, jak mówiłaś, śmiejąc się do mnie, przy otwieraniu oczu, moja smutna młodość człowieka już starego, odjechała wraz z tobą“...


Ach jak mi słabo, jak niedobrze! Łkam, siedząc na ziemi, głowa oparta o twardy pień orzecha. Boli mnie troska; boli mnie, niestety! jego... Nie wiedziałam jeszcze, co to zmartwienie z powodu „miłości“, [ 204 ]aż oto dwa naraz; i cierpię więcej z jego powodu niż z mego... Renaud! Renaud!...

Zastygam w tem miejscu, mój ból ścina się powoli. Moje błyszczące oczy gonią skrzydła osy, fruwanie ptaka, różnorodne przejścia żardiniery... Jak te, niebieskie tojady[10], strasznie niebieskie! taki piękny intenzywny, silny, a pospolity kolor... Skąd ten zapach. słodki, który przypomina esencję d’Orient i ciastka z różą?... Ach to wielki krzak róży de Nymphe rozlewa... Dla niego, zrywam się na nogi, obrabiane setnie przez mrówki, i idę na jego spotkanie.

...Tyle róż, tyle róż! Chciałabym mu rzec: „Wypocznij sobie! Dość już kwiecia, dość pracy, dość wyczerpywanych sił i woni“... Onby mnie nie usłuchał. Chce zdobyć pierwszeństwo wśród róż, liczbą i wonią. Ma siłę, szybkość, daje, co może. Jego niezliczone córeczki, te ładne i małe różyczki jak na świętych obrazkach, zaledwie dotknięte brzegi płateczków żywym karminem. Jedna obok drugiej mogłyby się wydać trochę głupkowato, ale któżby się zastanawiał lub krytykował powiedzmy rój pszczół, które brzęcząc, obsiadły ten oto mur?


...„Świńskie bydlę! powinno się z takiego bezecnego stworzenia, z piekła rodem, drzeć pasy!“...

To niesłychane, jak się ten papa wyraża. Szczęśliwa, że go widzę, że rozerwę się jego ekstrawa[ 205 ]gancjami, biegnę. Spostrzegam go pochylonego koło okna na pierwszem piętrze: to okno bibljoteki. Jego broda pobielała trochę, lecz spływa zawsze trójkolorowym strumieniem na jego szeroką pierś. Nosem puszcza dym, a jego ruchy przerażają cały świat.

— Co ty robisz papo?

— Ta nieczysta kocica powalała łapami, stracony na zawsze ten wspaniały, tuszem wyciągnięty rysunek! Można go wyrzucić przez okno!

(Więc teraz on popełnia rysunki tuszem? Obawiam się trochę o moją córeczkę...).

— Oh! papo, czy zrobiłeś jej jaką krzywdę?

— Naturalnie, nie! Lecz mogłem i powinienem był, słyszysz, rogata dziewczyno?

(Oddycham, Widząc go tak rzadko, zapomniałam, że wybuchy jego nikomu nie szkodzą).

— A ty Jak się masz, Dino?

(Jego nadzwyczajnie czuły głos, nazwa jeszcze z mego najwcześniejszego dziecięctwa otwierają przede mną nowe wodospady: słyszę szum, kropla po kropli, jasno i prędko znikające wspomnienia... Ot i grzmot!)

— Mnie się zdaje, że mówię do ciebie, głuptasie?

— Tak, drogi papo, słyszę. Ty pracujesz?

— Takie pytanie jest już wątpieniem. Patrz, czytaj to, to wyszło w zeszłym tygodniu; ziemia zadrżała. Cała sfora moich koleżków rozdziawiła gęby!...


Rzuca mi numer „Sprawozdań“, w którym mieści się jego cenny artykuł.

[ 206 ](Malakologia, Malakologia! Użyczasz swym wiernym szczęścia, zapomnienia ludzkości i jej nędz... Przeglądając różowy miły fascykuł, znalazłam, osobiście, prawdziwego ślimaka, słowo ruszające się, klejowate, na pięćdziesiątej piątej literze Tetramethyl-monophenil-sulfotriparia-amido-triphenyl-methane. Nasłuchuję (niestety), śmiechu Renaud’a w podobnej sytuacji)...


— Pozwolisz papo, że zatrzymam tę broszurę? Nie będziesz się o to gniewał?

— Nie, odpowie olimpijczyk z okna, zamówiłem przecie dziesięć tysięcy odbitek osobno u Gautier-Villarsa.

— To bardzo przezornie. O której jemy śniadanie?

— Z tem zwrócić się do dworskiej gawiedzi. Ja jestem tylko mózgiem; nie jem, lecz myślę!


Zamyka z trzaskiem okna z powodu słońca.

Ja go znam: dla człowieka, który jest tylko mózgiem, nie ma lepszego zajęcia, jak „myślenie“ nad porządnym befsztykiem...




[ 207 ]
Cały dzień przechodzi mi na szukaniu, krok za krokiem, okruszyna po okruszynie, mego dziecięctwa, rozsypanego w tym starym domu; na wpatrywaniu się w pręty krat, po których wiją się wspaniałe glicynje, w zmieniającą się i blednącą, wreszcie całą fioletową w dali górę Cailles. Gęste lasy o zieleni ciemnej i pełnej, która wydaje się niebieską wieczorem; ukocham je jutro... Dzisiaj opatruję me rany i ukrywam w tem schronieniu. Nadto wiele światła, nadto wiatru czystego, a zielone krzaki z różowymi kwiatami mogłyby poszarpać leciuchną watę leczniczą, która owija mój śmiertelny smutek.

W różowiejący wieczór słucham, jak zasypia mój dobroczynny ogród, nad mą głową lata czarny i milczący nietoperz... Grusza świętego Jana, pełna dojrzałych owoców, pozwala opadać jednemu po drugim, a wszystkie okrągłe, soczyste pociągają za sobą, upadając, uparte osy... Pięć, sześć, dziesięć w jednym otworze na małej gruszce... Spadają nie przestając jeść, jedynie biją w powietrzu jasnemi skrzydłami... Tak uderzały pod memi wargami, jasne rzęsy Rezi...

[ 208 ]Nie zabolała przyschnięta rana na wspomnienie zdradliwej przyjaciółki.

Tak, nie kochałam jej...

Podczas gdy nie mogłam, bez okrutnego wstrząśnienia, bez trwożnego załamania rąk, wywołać dużej postaci Renaud’a, a stojącego w cieniu kwietnego pokoju, czyhającego na ma decyzję, ze smutnemi oczyma pełnemi obawy.

— Moja zakonniczko, depesza dla ciebie!

(W końcu za dużo tego dobrego! Odwracam się zła, gotowa podrzeć ten niebieski papier).

— Odpowiedź zapłacona.


Czytam: „Usilna prośba, daj wiadomość o zdrowiu“...

...Nie miał odwagi na więcej. Myślał o papie, o Melce, o pannie Nathieu, dyrektorce poczty. Ja też o tem myślę, odpowiadając: „Podróż wyborna, ojciec zdrów“.




[ 209 ]
Płakałam przez sen, i nie pamiętam mego snu; jednak obudziłam się pod wrażeniem ciężkiem, z głębokiem drżącem westchnieniem. Dzień ledwie się zaczyna, dopiero trzecia. Kury jeszcze śpią, tylko wróble hałasują tak głośno, że mogłyby kamienie poruszyć. Będzie piękna pogoda, jutrzenka niebieska...

Chcę, jak gdy byłam małą dziewczynką, wstać przed wschodem słońca, pójść do lasu Fredonnes i zaczerpnąć nocnych kropelek wody ze źródła zimnego, i zobaczyć ostatki nocy, która przepłoszona pierwszymi promieniami słońca cofa się i wśród drzew przepada...

Wyskakuję. Fanszetka zaspana, pozbawiona zagłębienia mych kolan, zwija się w kłębek jak ślimak, nie otwierając oczu. Jedno małe ziewnięcie; i pociera swą najpiękniejszą białą łapeczką zamknięte oczy. Cóż ją obchodzi pełna rosy jutrzenka. Ona lubi tylko jasną noc, albo lubi siedzieć wyprostowana, strasznie korekt, jak kocia-boginka z Egiptu, patrzy wtedy na niebo, niezmordowanie, jak toczy się biały księżyc.

[ 210 ]Pośpiech w ubieraniu, ta niepewna godzina poranna przypomniały mi wstawanie z drżeniem od chłodu w zimie, gdy chodziłam do szkoły, mizerny lampart, wśród zimna i śniegu jeszcze nie odmiecionego. Śmiała w czerwonej kapuzie objadałam się gorącymi kasztanami, ślizgając się w mych małych śpiczastych butkach...

Przechodzę przez ogród, przełażę pręty płotu. Piszę na drzwiach do kuchni węglem: „Klaudyna wyszła, wróci na śniadanie“... Nim przeskoczyłam plot, unoszę suknię, uśmiecham się do mego domu, bo tam nie ma nic mego; ot, duży dom z szarego granitu; perskimi wzorami malowany i otwarty dzień i noc, z zaufaniem. Dach z łupku malwowego koloru pokrywa biały, rzadki, jasny mech; na szczycie chorągiewki siedzi para jaskółek, gruchając, i czeka na pierwsze promienie słoneczka, aby pogłaskało ich białe gardziołka.


Moje zjawienie się na opustoszałej ulicy, o niezwykłej porze, przepędza stróżujące psy i zwinięte, milczące koty. Na pewno na brzegach okienek śledzą mnie żółtemi oczyma... gdy zaś hałas kroków cichnie na skraju ulicy przymykają senne ślepki.

Buciczki paryskie zupełnie nie odpowiadają Montigny. Sprawię sobie inne, mniej delikatne, gwoździami nabijane.

Wspaniały cień niebieski i chłód szczypie moją nieprzyzwyczajoną skórę, kłuje mi uszy. W górze chwieją się lekkie skrzydła, mgły; listwy dachów nabierają odrazu koloru różowo-fiołkowego... Prawie biegnę do światła, przybywam do drzwi Saint Jean [ 211 ]w połowie pagórka, gdzie nędzny a wesoły domek mieści się samiuteńki na końcu miasta, strzegąc wstępu na pola. Tu zatrzymuję się z głębokiem westchnieniem...

Czy tu kres mych przykrości? Czy usłyszę stąd zamierające echo brutalnych razów? Na tej łące, wąskiej jak kołyska, sypiałam przez szesnaście lat, wraz z dziecięcemi samotnemi marzeniami; mam wrażenie, że jeszcze widzę je, jak śpią, osłonięte mgłą koloru mlecznego, która chwieje się i płynie, jak fala...

Trząśnięcie otwartą okiennicą spędza mnie z kupy kamieni, na których rozmyślałam; idę na wiatr chłodzący mi twarz... Nie mam interesu do mieszkańców Montigny. Chcę pójść w górę, przejść łoże mgły, wejść na drogę żółtego piasku, aż do lasu, oświeconego na szczycie kolorem gorąco różowym... W drogę!

Idę, idę, spiesznie i odważnie, oczy spuszczone ku ziemi, jakby szukały ziela, które uzdrawia...


Wracam o pół do pierwszej, bardziej zbita, niż gdyby mnie zbili kłusownicy w lesie. A podczas tego, gdy Melka lamentuje, patrzę w lustro uśmiechając się blado; moja znużona twarz skaleczona kolcem róży koło ust; we włosach pełno łopianu; suknia upstrzona cała kulkami zielonemi z dzikiego prosa. Koszulka z niebieskiego płótna, popękana pod pachami rozlewa zapach ciepły i wilgotny, który oszałamial Ren... Nie, nie chcę o nim myśleć!

[ 212 ]Piękne są lasy! A światło słodkie! a rosa na trawach rosnących w rowach, zimna! Choćbym już nie znajdywała na zrębach leśnych, lub łąkach tego miłego światła drobnych, małych kwiatuszków, pacierzyczek i narcyzów, wiosennych stokroci... choćby babiekrówki i konwalje nie okwitły już dawno opadłemi dzwoneczkami, mogłabym przynajmniej me nagie ręce, drżące z zimna nogi, kąpać w trawie równej i wysokiej, złożyć me znużenie na suchym aksamicie mchu, i szpilek sosnowych, wysmarzyć me ciało odpoczywające bezmyślnie na gorącem, coraz wyżej posuwającem się słońcu.... Przeniknięta jestem promieniami... powiewami wiatru, dźwiękami konika polnego, krzykami ptactwa, jak pokój, otwarty na ogród....

— Ah to ślicznie, taka piękna suknia, — wstydzi mnie Melka.

— .... Ależ to wszystko jedno. Będę miała inne. A! Melko, zdaje mi się, że gdyby nie śniadanie, byłabym jeszcze nie wróciła!... Ale jestem śmiertelnie głodna.

— To dobrze. Już jest gotowe.... Czy to ma sens! — A pan już wypatruje cię i wywraca gałami! Nic nie zmieniłaś się. Ty włóczykiju!

Tak biegłam, patrzyłam, kochałam tego ranka, że całe popołudnie zostałam w ogrodzie. Ogród warzywny. Tam jeszcze nie byłam. Częstuje mnie ciepłemi morelami, cierpkiemi brzoskwiniami, które kosztuję, leżąc na brzuchu, pod wielką jodłą i czytając starego Balsaca rozłożonego między łokciami.

Mój Boże! Czuję się tak lekkiej myśli, tak dobroczynnie zwalona zmęczeniem, czyż nie wróciło [ 213 ]szczęście, zapomniane, radosna samotność z dawnych lat?

Mogłabym się mylić; ale nie, Melka nie miała racji, że ja nie jestem „tasama, co dawniej“; ze zmierzchem niepokój rośnie, choroba wraca, dręcząca choroba, która mnie wzrusza do ruchu, do zmiany pokoju, krzesła, książki, jak się szuka miejsca na łóżku, leżąc w gorączce... Kieruję się ku kuchni, długo waham się... pomagam Melce bić majonez, który nie chce się udać... wkońcu zapytuję z obojętną miną:

— Dzisiaj nie było do mnie listów?

— Nie moja mordeczko: były tylko gazety dla paniska.


Zasnęłam strasznie zmęczona, w uszach miałam szum, a znużone muskuły w łydkach automatycznie drżały. Lecz mój sen nie był przyjemny, mącony przerywanemi marzeniami; nad niemi panowało uczucie denerwującego oczekiwania. Za długo byłam w łóżku, między Fanszetką a czekoladą, która zupełnie wystygła.

Fanszetka przygotowana, że powracam jedynie dla niej, okazuje od mego powrotu prawdziwą radość, może trochę zbyt wielką. Już jej więcej nie męczę. Brak jej mego nieznośnego nalegania, gdy trzymałam ją za dwie łopatki tylne, to znów wieszałam na ogonie, to wzięłam jej łapeczki po dwie i krzyczałam: „oto zajączek biały, który waży ośm funtów“. Jestem tylko czuła, pieszczę ją nie szczypiąc, ani kasam jej uszka... Cóż Fanszetko, nie można mieć wszystkiego; tak; ja na przykład....

[ 214 ]Kto idzie po schodach? Myślę, że posługacz.... Byle Renaud mi znów nie pisał!.,,

Melka byłaby mi już przyniosła jego list... Nie przychodzi. Nadsłuchuję uszyma, nozdrzami, cała wyprostowana.... Nie nadchodzi.... Nie napisał.... Tem lepiej że zapomina i mnie pozwala zapomnieć!....

To westchnienie, o czem mówi? To westchnienie ulgi, nie chcę wątpić. Za wiele jednak drżenia jak na spokojną Klaudynę.... Dlaczego nie napisał? Ponieważ nie odpowiedziałabym mu.... Ponieważ boi się, żeby mnie mógł zirytować.... A może napisał i podarł ten list..... Może nie miał posłańca.... Może chory!

Jeden skok jestem na nogach, odpychając kota łypiącego oczami wobec brutalnego przebudzenia. Ten ruch przyprowadza mnie do opamiętania i wstydzę się sama przed sobą....

Melka jest tak powolna.... Mogła położyć list w kuchni na rogu stołu, obok masła, które przynoszą w listkach buraczanych.... To masło powala list. Pociągam sznurek i rozlega się głos dzwonka, Jak w klasztorze.

— To na ciepłą wodę moja duszko?

— Tak.... Powiedz, Melko, posłaniec nic dla mnie nie przyniósł?

— Nie, mój dzióbku.

Jej spłowiałe niekieskie oczy ułożyły się w żywe rozrzewnienie:

— Ah! ah! cni ci się za chłopem ? Młode małżeństwo! to cię swędzi...

Odchodzi śmiejąc się cicho. Odwracam plecy do lustra, aby nie widzieć wyrazu mej twarzy....

[ 215 ]W końcu powraca we mnie życie, wychodzę za Fanszetką na strych, który był tyle razy moim schroniskiem, podczas straszliwej ulewy. Jest szeroki, obszerny i ciemny, na belkach suszą się zawieszone kawałki bielizny; kupa książek nawpół pogryzionych zajmuje jeden kąt; antyczne dziurawe krzesło, któremu brak nogi; wielki kosz z uchami przechowuje resztki tapet, które datują się jeszcze z czasów odnawiania domu: żółte koła w śliwkowe paski, coś w rodzaju zielonej altanki z pnącemi się rozmaitemi kwiatami, dokoła której latają najnieprawdopodobniejsze ptaszki.... To wszystko razem ze szczątkami starego zielnika, który uwielbiałam nim zdołałam zniszczyć delikatne szkielety różnych rzadkich roślin, pochodzących już nie wiadomo skąd.... Jeszcze tam coś zostało, więc obracam kartki, wdychając stary słodki pył, trochę apteczny, papier zbutwiały, rośliny martwe, kwiaty lipy, zerwane zeszłego tygodnia, a które suszą się na rozpostartem płótnie.... Okienko otwarte, rynienka ujęta, jak niegdyś, gdy podniosę głowę ten sam widok daleki i skończony; na lewo drzewko, łąka spadzista, w kącie czerwony dach.... To wszystko staranne i miłe....

Na dole dzwoniono.... Słyszę drzwi, niewyraźne głosy, coś jakby ciężki mebel wnoszą.... Biedna niepocieszona Klaudyna, jak mało trzeba, aby cię zdenerwować.... Nie mogę dłużej wytrzymać, wolę zejść do kuchni.

— Gdzieżeś ty była, mój raju? Szukałam cię, myślałam, że znów poszłaś się włóczyć.... Pan Renaud przysłał pospiesznym twój kufer. Racalin zaniósł do twego pokoju.

[ 216 ]Ten wielki bagaż martwił mnie i zezłościł, jako mebel stamtąd.... Na jednej ścianie jest jeszcze wielka czerwona kartka z białemi literami: „HOTEL DES BERGUES“.

To wspomnienie naszej podróży poślubnej. Prosiłam, aby przyklejono taką kartkę widoczną zdaleka na dworcu.... W hotelu des Bergues.... cały czas padało, nie wychodziliśmy....

Gwałtownie podnoszę wieko, jakbym chciała zrzucić na ziemię wspomnienie drogie a gryzące, z twarzą pełną nadziei, która się we mnie wpatruje....

Na pierwszy rzut oka, nie zdawało mi się, żeby pokojowa coś zapomniała z ważniejszych rzeczy.... Pokojowa.... Widzę tu ślady innych rąk, niż jej... Pod letniemi koszulami, na bieliźnie na łóżko świeżej i cienkiej, powiązanej wstążkami nowemi, to nie ona położyła zieloną szkatułkę na klejnoty.... Rubin, który dostałam od Renaud’a, błyszczący, przeźroczysty, jak czysta kropla krwi, wino drogie a słodkie.... Zaledwie mam odwagę dotknąć go, nie, nie, niech śpi jeszcze w zielonej szkatulce!

W środkowej przegródce poukladano suknie, same staniczki, rękawy pomięte trzy zwykłe suknie, które mogę i tu nosić. A czy potrzebne mi będzie to pudełko srebrne pozłacane, takie piękne, staroświeckie, które od niego dostalam, jak i rubin, jak i wszystko, co mam.... Wypełniono je cukierkami, które lubię, nadziewanemi pomadką bardzo słodką i czekoladą miekką.... Renaud, niedobry Renaud, żebyś ty wiedział, jak te cukierki są gorzkie, wilgotne od gorących łez!....

Wahając się dotykam każdego fałdzika, w któ[ 217 ]rym czai się przeszłość, gdzie czuwa miłość i błagalna troskliwość tego, który mnie zdradził.... To wszystko jest nim przepełnione; on głaskał rękami swemi tę poskładaną bieliznę, dotykał wstążek przy torebkach z pachnidłami....

Powoli, oczy napełniają się Izami i zwlekam z wypróżnieniem tych relikwii...

Chciałabym jeszcze zwlekać! Całkiem na spodzie, z jednego z moich małych pantofelków safianowych wypadł biały list. Wiem, że go przeczytam.... ach, jaki zimny, ten zamknięty papier! Jak nieprzyjemnie szeleści, pod drżeniem mych palców! Trzeba go przeczytać, choćby tylko dlatego, aby nie słyszeć tego szelestu....

 „Moje drogie ubóstwiane dziecko, odsyłam ci wszystko, co mi po tobie zostało, co jeszcze tu posiada twój zapach, coś z twej obecności. Moja droga, tobie, która wierzysz w duszę każdej rzeczy, sądzę, że te właśnie będą mówiły o mnie bez gniewu. Czy mi przebaczysz, Klaudyno? Jestem śmiertelnie samotny! Oddaj mi — nie teraz, później, kiedy zechcesz już nie moją żonę, ale tylko drogą małą córuchnę, którą uprowadziłaś. Ponieważ mam serce rozdarte bólem, myśląc, że twoja blada drobna buzia śmieje się do ojca, a mnie zostaje tylko okrutne oblicze Marcelego, błagam cię, wspomnij, gdy będziesz mniej smutna, że słowa, pisane twą ręką, będą mi drogie i błogosławione, jako przyrzeczenie....“

[ 218 ]— Kajżeś ty? Jedzenie już przygotowione!

— Tem gorzej dla niego. Nie będę jadła, powiedz papie... co zechcesz, że poszłam na spacer aż na górę Cailles... Nie wrócę, aż wieczór...

Mówiąc to, pakuję gorączkowo do małego koszyczka kawał chleba, kilka winnych jablek, kurze udo, które ściągam z półmiska... Nie, nie będę jadła w domu! Trzeba mi, aby czytać w mym zmąconym umyśle, cienia słonecznego i piękności lasu, jako doradców...

Nie zatrzymując się, mimo palące słońce, idę wązką dróżką Crimes, właściwie więcej rowem niż drogą, pełną dołów, i piasku jak koryto rzeki. Przed memi stopami uciekają jaszczurki szmaragdowego koloru, tak trwożliwie, że nigdy nie udało mi się którąś schwycić; przede mną podnosi się chmura różnych motyli, szarych i brunatnych, jak rolnicy. Jeden Morio przelatuje zygzakiem, świeci na płocie, jakby mu przykrość sprawiało uniesienie wyżej swych aksamitnych brunatnych skrzydełek... Tu i tam, wązka ścieżyna falista w wybojach pełna piasku; to wąż przechodzi siwy a świecący. Możliwie, że w paszczy niósł zielone żabie łapy jeszcze ruszające się...

Często odwracam się, aby zobaczyć zmniejszającą się bramę forteczną otoczoną bluszczem, i stary zamek. Chcę dojść aż do pawilonu w lesie, który może od stu lat nie ma sufitu do jedynego piętra, ani okien, ani drzwi, stracił nazwę... bo on nazywa się tu „mały domek“, gdzie jest tylko masa brudnych napisów na murze. To jest tak. I to prawda, wprost niewidziane — rysunki, szkice węglowe, próby szki[ 219 ]ców nożem albo kredą, na wzdłuż, na szerokość, poplątane — tyle sprośności. Ale ja nie mam tu nic w małym sześciokątnym domku, dokąd schodzą się w niedzielę nożowcy i dziewczęta podejrzanej konduity... Pożądam lasu pierwotnego, którego nie plami niedzielna młodzież, bo jest nadto gęsty, nadto milczący, pełen rozlewnych wilgotnych paproci...


Wygłodniała, z myślą uśpioną, zajadam jak drwal jaki, ustawiwszy koszyk między kolanami. Prawdziwa rozkosz czuć się poprostu zwierzątkiem, czułem jedynie na chrupiący chleb i sypkie jabłka! Piękny widok wzbudza we mnie podobne uczucie jak przy zaspakajaniu głodu: te drzewa równe i cieniste mają chłód i smak jabłka, ten świeży chleb jest tak wesoły, jak dach z różowej dachówki...

Potem układam się na grzbiecie, ramiona krzyżuję, i czekam szczęśliwego odrętwienia.


Nikogo na polach. Coby to mogło być? Teraz nie uprawiają niczego. Trawa rośnie, liść martwy opada, zwierzyna przychodzi na kraj lasu. Dziewuchy prowadzą barany wzdłuż pochyłości, — i wszystko o tej godzinie odpoczywa, jak ja. Krzak jerzyny rozlewa zwodniczą woń jagody. Niskie gałęzie dębu osłaniają mnie jak przedmurze domu...

Podczas tego, gdy szukam wygodniejszego miejsca na łoże ze świeżej trawy, szelest papieru płoszy już nadejść mający sen... List Renaud’a rusza się pod moją bluzką, list błagalny...

„Moje drogie ubóstwiane dziecko“... droga mała [ 220 ]córeczko, którą uprowadziłaś“... „twoja blada drobna buzia“...

Pisał to, może po raz pierwszy, bez odważania słów pisanych, bez literatury tak zwykłej u niego; powtórzenie jakiegoś słowa w drugiej linii razi go, jak plama z atramentu na palcach.

Ten list, jest od narzeczonego, przyciskam do serca. I ten drugi z przedwczoraj, to jest wszystko, co dostałam z listów miłosnych przez cały czas naszego krótkiego narzeczeństwa; Renaud żył całkiem blisko mnie, a ja radosna, uległa albo obojętna postępowałam zgodnie z jego upodobaniem podróżowania, życia z ludźmi...

...Co zrobiłam dobrego, dla niego i dla mnie, przez tych ośmnaście miesięcy?! Zachwycałam się jego miłością, smuciłam lekkością, gniewałam na sposób myślenia i działania — to wszystko nie mówiąc wiele, i unikając określeń, i nie raz pragnęłam dla Renaud’a prawdziwego spokoju...

Wzięłam na siebie egoizm cierpienia nie znajdując lekarstwa; dumna milczałam. Jednak, czego on dla mnie nie zrobił? Od jego gorliwego uczucia mogłam wszystkiego żądać: kochał mnie tyle, aby mnie prowadzić, — gdybym go była do tego przywiodła. Prosiłam go o... koleżeństwo!

Wszystko da się naprawić! Wszystko jest, dzięki Bogu, do naprawienia. „Mój drogi wielki, powiem mu, rozkazuję ci, opanować mnie“... Powiem mu jeszcze... tyle innych rzeczy...


..,Że godziny biegną, że słońce się już chyli, że motyle delikatnie o niepewnej barwie skrzydełek [ 221 ]wychodzą z lasu, że mała, a bojaźliwa sowa, zbyt wcześnie ukazuje się na kraju lasu i mruga ustawicznie oczami, że zrąb leśny ożywia się, z zachodem słońca, tysiącem szmerów niespokojnych, mieszanych krzyków; użyczam temu tylko mych roztargnionych uszu, nieobecnych a czułych oczu... już jestem na nogach, wyciągając me zgrabiałe ręce, zgięcia pod kolanami, potem pędem do Montigny, gnana godziną... przecież godziną odejścia pospiesznego! Chcę napisać, napisać do Renaud’a.

Już postanowiłam... Ah! jak mnie to mało kosztuje...



Drogi Renaud!

Jestem zakłopotana, pisząc do ciebie, ponieważ to pierwszy raz. I zdaje mi się, że nigdy nie potrafiłabym powiedzieć ci wszystkiego, cobym chciała powiedzieć, nim odejdzie wieczorny kurjer.

Chcę Cię prosić o przebaczenie, że odjechałam i podziękować, że pozwoliłeś mi odjechać. Potrzebowałam czterech dni, aby pojąć, zupełnie sama, w moim domu, i z mem zmartwieniem, co ty w paru minutach wytłumaczyłeś mi... Jednak myślę, że te cztery dni nie są stracone.

Napisałeś mi o całej swej czułości, drogi mój Wielki, nie mówiąc o Rezi, nie wyrzucając „ty robiłaś z nią to samo, co ja, z małą różnicą... Jednak to było bardzo rozumne choć z lo[ 222 ]giką cokolwiek chromą, gdyż wiedziałeś, że to nie było to samo... jestem ci więc wdzięczną, że o tem nie wspomniałeś.

Nie chciałabym nigdy, już sprawić ci zmartwienia, ale trzeba, abyś mi pomógł, Renaud. Tak, jestem twojem dzieckiem — niczem więcej, niż dzieckiem córką nadto pieszczoną, której należało odmówić czasem, gdy czegoś żądała. Chciałam Rezi i dałeś mi ją, jak k cukierek... Trzeba było mnie nauczyć, że łakocie są i szkodiwe, że biorąc wszystko musi się natrafiać i na lichotę... Nie bój się, drogi Renaud, że zasmucisz Klaudynę, gniewając się na nią. Pragnę, abym była zależną od ciebie i abym się bała trochę przyjaciela, którego tak kocham.

Jeszcze chcę ci powiedzieć: że nie powrócę do Paryża. Powierzyłeś mnie miejscu, które kocham, przyjedźże mnie odszukać, strzedz i kochać tutaj. Jeśli musiałbyś czasem opuścić mnie, z konieczności, czy ochoty, będę cię oczekiwała tu wiernie i bez podejrzeń. W naszem Fresnois jest dość piękna, dość smutku, więc nie obawiaj się nudów, gdy będziesz ze mną. Bo ja tu jestem piękniejszą, czulszą i uczciwszą.

A więc przybywaj, bo już nie mogę wytrzymać bez ciebie. Kocham cię, kocham. Po raz pierwszy piszę ci o tem. Przyjeżdżaj! Pomyśl, że czekałam już długie cztery dni, mój drogi mężusiu, i że nie jesteś już zbyt młodym dla mnie!...

KONIEC.


Przypisy

[edit]
  1. Pomme — jabłko.
  2. Ptak, o czarnej głowie.
  3. Obacz: „Klaudyna w Paryżu“ str. 302.
  4. Cassoulet — potrawa z drobno krajanego mięsa (przyp. tłum).
  5. Kochać, lubieć.
  6. Kolej podziemna w Paryżu (przyp. tłum.).
  7. Z angielskiego, kierunek zboczenia (przyp. tłum.).
  8. „Home“ — mężczyzna (przyp. tłum.).
  9. Wojna z Boerami (przyp. tłum.).
  10. Roślina, silnie trująca (przyp. tłum.).


#licence info
Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1931. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1955 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1931 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1931 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false