Cudowna podróż/całość

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kornel Makuszyński
Tytuł Cudowna podróż
Pochodzenie Radosne i smutne
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady graficzne „Blbljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały zbiór
Indeks stron
[ 133 ]

CUDOWNA PODRÓŻ



[ 134 ] [ 135 ]

NA POKŁADZIE „WARNEŃCZYKA“.

 

Jeżeli „cudowną podróżą“ była u Selmy Lagerlöf jazda podniebna na grzbiecie dzikiej gęsi, równie cudowną była podróż moja na pokładzie prawdziwego polskiego wojennego okrętu Wisłą z Warszawy do Tczewa, jak w bajce: polski okręt wojenny, taki mały, jakby dziecinny i taki ukochany, jak zjawisko z bajki. Rozrośnie się ona w dalszym ciągu niniejszej opowieści i po wysrebrzonej księżycem polskiej rzece, płynąć będzie cała flotyla, mała i groźna, a tak dumna, że serce na jej widok rosło, wsłuchane w radosny łopot polskiej bandery. Wszystko to zresztą zostanie tu opowiedziane z dokładnością żeglarskiego dziennika: busolą tej opowieści będzie serce, chorągwią na maszcie radość, zaś każde słowo będzie ostrzem kotwicy, co się w polską ziemię wgryza, stałe i wierne. A jak biała mewa, biały kwiat rzeki, [ 136 ]co czasem nad statkiem przeleci, będzie czasem wesołe wspomnienie z tej najmilszej podróży.

Marynarzem zostałem w sposób wcale gwałtowny; przyszedł rozkaz, szarpnął mnie bezceremonjalnie za mundurową kurtkę i powiada:

— Pojedziesz Wisłą na statku wojennym.

— Dokąd? — pytam zdumiony.

— Dokąd się nam będzie podobało.

Wisłą można zajechać wcale daleko; wielu czerwonogwardzistów pojechało nią prosto z Płocka na tamten świat, a gdzie Płock i gdzie tamten świat? Podróż tedy nie byle jaka i to wodą, elementem nieobliczalnym, wobec zniesienia zakazu sprzedaży alkoholu, wcale zbytecznym, histerycznym i niemiłym. Widząc moje wahania, gwałtowny rozkaz nieco zelżał i powiada:

— Nie bój się! Pojedzie z tobą Włodzimierz Perzyński i człowiek tak poważny, jakim jest ojciec „Grzesia“, malarz Kamil Mackiewicz.

Zadrżała pewnie „klepsydra w rękach Czasu“ i na jedno mgnienie Wisła przestała płynąć, usłyszawszy takie trzy bohaterskie [ 137 ]imiona, z których każde jest jak wystrzał z ciężkiej armaty. Oszalały pewnie z radości wszystkie wiślane ryby i podrożały w tej chwili z piekielnej dumy i nadziei, że będą karmione literackiem mięsem. Po rozmowie tedy z duszą, po zrobieniu testamentu, udaliśmy się na pokład, jako marynarze, ucząc się przedtem przez dwa dni plucia na odległość, ciągłego zadzierania głowy w stronę chmur, badania kierunku wiatru przez podniesienie ręki i żucia tytuniu, jednem słowem wszystkich nawyknień marynarskich, które się zna z morskich powieści. Trudno było jedynie postarać się naprędce o dwie jeszcze zasadnicze właściwości starych „wilków morskich“ — o długie brody i o kochankę w każdem portowem mieście, o to drugie szczególnie. Ratowaliśmy marynarską dumę nadzieją, że zczasem, podczas długiej podróży i brody nam urosną i dokładnie poznamy miasta portowe.

Czując haniebną śmieszność lądowego szczura, wchodziłem na pokład „Warneńczyka“ trochę ze strachem i trochę ze wstydem; miałem wrażenie, iż kładłka z lądu na pokład drży przerażona, że na pokład okrętu wchodzi taki, co pisze, co się boi wody, pluje na odległość metra, zamiast na przepisową odległość [ 138 ]czterech stóp i pięciu cali który nie umiałby poza idjotycznym węzłem krawata, zawiązać choćby jednego węzła uczciwego, choćby tylko w „ósemkę“. Poznałem jednak od pierwszej chwili, że marynarze mają serca zacne i że patrzą dość życzliwie. Można było wprawdzie w błysku porannego słońca przeczytać w tem spojrzeniu niejedno, takie naprzykład dobrotliwe uwagi: „Jest jamnik na pokładzie, to i taki marynarz niech się kręci“, albo „Zdechła ryba także pływa“, albo, „Jeśli będzie zbyt przeszkadzał, to do wody nie tak daleko“, albo jeszcze serdeczniej: „Wstyd z taką gębą puszczać się na wodę“. Były to jednak tylko dobrotliwe przedwstępne uwagi, do niczego nie obowiązujące, po tygodniu bowiem wspólnego przebywania na wodzie, nie było w całej Polsce lepszych przyjaciół, niźli my i polscy marynarze, którym Bóg niech da zdrowie i najlepsze okręty na świecie.

Mamy płynąć na statku „Warneńczyk“, po drodze zaś będą się do nas przyłączały inne statki wojenne, okręty, z których każdy ma już swoją historję, historję bohaterską, zakończoną strofą o śmierci, które tak niedawno woziły żydów z Warszawy do Włocławka, a dziś wożą cudownych żołnierzy, opancerzone żelazem, [ 139 ]strojne w armaty i już krwią pofarbowane wożą bohaterów, z których wielu ma Virtuti Militari, wożą wojsko wspaniałe, zaciekłe i śliczne, o którem jeszcze w Polsce mało kto wie, a że to są ludzie beznadziejnie skromni i poza swoją ukochaną wodą i karabinem maszynowym, niczego widzieć nie chcą, więc ich nikt nie widzi. Uprzedzam więc, że z rykiem syreny okrętowej będę wołał o miłość dla nich, choć dla uczciwego Polaka okręt i tramwaj, to jedno, a koń to grunt. Myśmy przecież nawet po morzu jeździli konno.

„Warneńczyk“, na którym jedziemy, jest okrętem sztabowym. Flaga na szczycie masztu oznajmia, że na pokładzie znajduje się dowódca flotyli wiślanej, ten statek tedy pozbiera po drodze wszystkie inne i powiezie je na defiladę, „braciom na otuchę“, — Niemcom zaś, którzy się zbiegli tłumnie po drodze, na zdumienie i na zapalenie wątroby.

Ale „jedźmy! nikt nie woła!“ Warszawa, co uciekła od wiślanych brzegów i której królewski zamek nawet parszywym rosyjskim parkanem odgrodzili od Wisły, nie widzi małego okręciku, co skromnie u mostu się chwieje, spokojny spokojem swojego żelaza i patrzy jakby z miłością wielką na miasto, a Woda, co o boki [ 140 ]jego z miłosnym szeptem się ociera, szemrze: „Oto jest jeden z tych, co na fali mojej walczyli pod Płockiem, oto jeden z żelaznych, najwierniejszych sług twoich, którzy cię obronią, oto żołnierz któregom umiłowała wiernie, ja rzeka, jak syna, albowiem narodzony jest ze mnie“. A Warszawa może nawet nie wie o tem, że jak mewa, tak ten statek do jej brzegu się przytulił, a za chwilę, tęsknie na nią spojrzawszy, popłynie wdół rzeki i tam nagle ze skromnego uczyni się dumny, groźnie śrubami warczący i patrzeć będzie pilnie i bystrze w łęgi nadbrzeżne czarnemi oczyma kilku karabinów maszynowych; będzie krążył u tych brzegów i strzegł ich, jak wierny pies, co obiega podwórzec, czujny i kąśliwy.

Syrena `ryknęła przeraźliwie i boleśnie, jakby z rozdartego serca, a koła obrotowe, jak niewolnicy, co dotąd odpoczywali, na ten straszny głos, jakby nadzorcy, rzuciły się szybko do pracy i zaczęły bić wodę szerokiemi łapami, z klaskaniem wielkiem, jak kiedy zdrowe, mocne baby kijankami walą w zmoczone płótna. Ugodzona w zjeżony łeb umknęła fala jedna, a druga już podbiegła, silniejsza i zła; więc ją szeroka, żelazna łapa znagła trzaśnie po pysku, aż bryzgi poszły naokół. Powstał szum [ 141 ]i warczenie. Zaco bijesz? — pienią się fale i cały ich tłum, zbuntowany przez wiatr, agitatora, bieży ze wszystkich stron, zwołuje się od Pragi, z wirów podmostowych i marszcząc się na gębie ze złości, wali się pod rozmach kół, które wpadły w szał i rwą fale i drą je na łachmany i trą w pył, aż się rozprysły i rozbiegły i usiłują kąsać okręt po bokach, i opadają ze wstydem i zdumieniem, bo okręt ma ściany żelazne; więc roztrącone, zaczynają biec za okrętem szeroką, spienioną ławą, aż zmęczone, zadyszane, oślepione pienistemi bryzgami odbiegają ku brzegowi, kąsać ze wściekłości piasek i żwir. A wielka rzeka, jakby uradowana z tej zabawy śmiesznej i bezustannej, uśmiecha się w słońcu i z politowaniem patrzy na wiatr, co ją chce zmącić i ruszyć aż do dna i co bieży przed okrętem, zadyszany i gwiżdże ostrzegawczo, że nadchodzi taki jakiś okręt dziwny, cały z żelaza, któremu nagonka fal rady dać nie może i który leci ponad nie szybko, jak jakiś wielki ptak bezskrzydły. Więc po pierwszych zamętach przy wyjeździe, po zbuntowanych wirach, dalej już jest spokojnie i rozpoczyna się jakaś wspaniałość wody, która niesie statek dumna i spokojna. Płyniemy zygzakiem, gdyż Wisła, rzeka szczerze poiska, nie [ 142 ]ma pretensji do głębi i lubuje się w mieliznach, na których można łatwo skręcić kark, co w odniesieniu do okrętu wyraża się przez rozdarcie brzucha. Co krok widać przez szybkę wody wielką łysinę mielizny, tak że autor „Polityki“, patrząc melancholijnie, powiada mi cicho: — Mówiłem, żeby zabrać butelkę oliwy. Przy przejściu przez koralowe rafy na Indyjskim wylewa się zawsze oliwę, aby uspokoić morze.

Płyniemy jednak ślicznie i wesoło. Na duszy się robi jasno i szczęśliwie; niema gazety, niema teatru, nie rozjedzie człowieka ciężarowy automobil, kołnierzyk wypierze sobie człowiek sam i nie zapłaci dziesięciu marek, nie przyniesie nikt do „łaskawego przeczytania“ dramatu w czternastu aktach, nikt nie sprzedaje kwiatka na rzecz trzynastego oddziału drugiej sekcji towarzystwa imienia świętego Kapistrana, nikt nie opowiada plotek politycznych, bo gdyby się znalazł jeden taki z powyższej serji, zostałby utopiony natychmiast z pomocą któregokolwiek zacnego marynarza. Naprawdę jest dobrze; wiatr porywa z oczu, wszystko, co do nich obrzydliwego przylgnęło, ociera z duszy wszystek kurz. A woda się świeci i cicho szumi, zacna polska woda, spokojna i łagodna, szemrząca tak jakoś rytmicznie, jakby [ 143 ]układała wiersze, bo wody i wierszy jest w Polsce dostatek.

Literatura i malarstwo łazi po pokładzie ostrożnie, nie zbliżając się zbytnio do burt, bo to niby wszystko spokojne, ale strzeżonego i t. d. i słucha, patrzy, trochę z zawiścią, trochę zaś z podziwem, co to wyśpiewuje wiatr, jakie cudowne nonsensy wygaduje woda, co wymalowuje na nich słońce i jakie kolory wstają na brzegach, już złotych, albo zarumienionych wielkiem, serdecznem, wzruszeniem w przeczuciu śmierci. A im dalej, tem się ta Polska czyni piękniejszą, a brzegi, jakby chciały nadrobić to, że im kazano wyglądać „przyzwoicie“ u stóp stołecznego miasta, zupełnie oszalały, skąpana w słońcu, podmyte wodą i czołgają się ku niej, źle skrojone, zaniedbane, zarosłe gęstwiną wiklin, bujne i rozweselone.

Zkolei należy się przyjrzeć „ludzom wodnym“; właściwie trudno jest przeprowadzić obserwację dokładną, gdyż zaledwie zacząłeś rozmawiać z takim dziwnym człowiekiem, co się nigdy nie bał wody, już go gwizd jakiś wyniósł na drugi koniec okrętu, zaledwie, stojąc na górnym pokładzie, uśmiechnąłeś do jakiegoś przemiłego człowieka w marynarskim mundurze, kiedy ci on znika nagle pod stopami, [ 144 ]zsunąwszy się po metalowej poręczy schodów, jak widmo, taki bowiem człowiek od morza, uważałby sobie za hańbę zejście po dziesięciu schodach zwyczajem, przyjętym u ludzi, chodzących po ziemi, kiedy to można załatwić jednym skokiem, któryby się skończyć powinien skręceniem karku wedle praw boskich i fizycznych. Kiedy widzimy nadobitek, że sobie chłopaczkowie łażą po jakimś gzymsie na boku okrętu, a czasem się który przy tem skręci w ósemkę, jak lina, patrzymy na siebie nieco niespokojnym wzrokiem, na temat: Jezus! Marja! byle nam tego nie kazano robić!

Zdaje się jednak, że to tym zacnym ludziom, nie przyszło do głowy, zaco im Pan Bóg da zawsze wiatr pomyślny; mieli zresztą co innego do czynienia, bo ich dotknął zupełnie wyraźny szlachetny obłęd na temat ich okrętów; tak kochają te swoje potwory, że niema dla nich dosłownie niczego na świecie. Jak dzieci stare, kochane i strasznie zacne, tak się cieszą tym swoim okrętem, tak się przejmują kazdym drobiazgiem, że doprawdy, patrzeć trzeba było czasem z rozczuleniem i z rozrzewnieniem. I to nietylko oficerowie, ludzie, którzy jeździli na największych pancernikach świata, opłynęli ziemię i znają każdą portową dziurę, cieszą się [ 145 ]i radują swoim okręcikiem, ale i załoga, chłopaki kochane, bujne, ciężko pracujące, a zawsze wesołe. Powiedz takiemu, że słońce dziś jakoś głupio wygląda, — odpowie ci, że gorzej niż głupio. Powiedz takiemu, że trzeba, żeby były dwie Izby, odpowie ci, że on będzie rad, jeśli będzie trzynastu prezydentów i dwadzieścia cztery Izby. Ale potem mu powiedz, że jeździłeś już większym okrętem, niż „Warneńczyk“ i że znasz jeden okręt amerykański, który, zdaje się tylko! większą ma od „Warneńczyka“ szybkość i łańcuch kotwiczny dłuższy o dziesięć sążni, wtedy ci odpowie, że tylko idjota dziedziczny, człowiek wogóle bez czci i wiary, widział okręt piękniejszy, ładniejszy i milszy, niż „Warneńczyk“, a już zwyczajny łajdak, którego nawet utopić nie warto, który nie jest godzien tego, aby go święta woda nosiła, może twierdzić, że jest na świecie okręt, który ma dłuższy łańcuch kotwiczny. Odkryłem tedy wielką sztukę jednania sobie serdecznych przyjaciół na okręcie; robi się to tak: podchodzi się do marynarza, który zawiązuje linę i mówi się od niechcenia: „Ach, jaka cudowna lina! Jaki wspaniały węzeł! O, taki to się nigdy nie rozwiąże! Zjeździłem pół świata i nigdy nie widziałem czegoś podobnego!“ Wtedy zacnemu [ 146 ]marynarzowi wschodzi słońce na kochaną gębę, patrzy długo zdumionym wzrokiem, nic nie mówi i szybko odchodzi. Idzie wtedy do zgromadzenia marynarskiego któremu szeptem, mocno gestykulując, powtarza szlachetne słowa, poczem zgromadzenie orzeka, że „ten z lądu, co to zdawało się — małpa z gęby, to strasznie dobry chłop i zna się na marynarce, jak mało kto!“ Potem już patrzą na ciebie nietylko mile, ale przy spotkaniu każdy się uśmiecha, co znaczy tyle, że masz łaskę wody i choć nie marynarz, uważany jesteś przecież za człowieka. Na jednej łodzi motorowej to mi te zacne chłopaki mówili nawet: „Panie poruczniku!“, a to chyba tylko dlatego, żem, okazując niefrasobliwą beztroskę, usiadł na czemś takiem, na czem była rozlana czarna, lepka maź, jakby to zrobił każdy stary marynarz. Na wielkim okręcie nie było mazi, więc pozostałem przy dawnej szarży, co obopólnej naszej miłości nie przeszkadzało. A kiedy w jakiemś mieście po drodze przyniesiono na pokład nowe mundury marynarskie i mój znakomity przyjaciel wdział jeden na próbę — drogie chłopaki dosłownie zwarjowały z radości i podniosły go wgórę, a wrzask był taki, że dzikie kaczki gromadami uciekały z brzegów. [ 147 ]

Cudowne to jest w każdym polskim żołnierzu, że kocha tak serdecznie żołnierkę swoją, swoją najdroższą „maszynkę“, armatę, konia, a marynarz kocha okręt; czasem jest to aż wzruszające, bo prostota w okazywaniu tego przywiązania, ma w sobie coś dziwnie dziecięcego; cała dusza dobrego chłopca, całe jego proste serce, zaklęte jest w ten przedmiot nieżywy, a taki dla niego żywy, w ten karabin maszynowy, z którym on jeden umie gadać, a tamten gada z nim, któremu wymyśla czasem ciężkiem słowem, a zasłoniłby go własną piersią. A marynarz zna okręt swój, jak ułan konia, zna jego zalety, przejrzał wszystkie jego narowy; kocha go jako swój dom, w którym mieszka jego ojciec — komendant i jego najmilsi bracia, koledzy, który go karmi, odziewa i przytuli do snu i który mu się czasem stanie trumną, jak tym kilku, co na wiślanych wodach polegli. Więc mu poświęca każdą chwilę, a kiedy wjeżdża do portu, a na brzeg wylegną ludzie, ze zdumieniem patrzący, — wtedy ten dobry chłopak nosa do góry zadziera, straszliwie dumny, jakby chciał rzec: Patrzcie do syta i cieszcie się! To „mój“ okręt!

Tak, to „jego“ okręt, bo w tem żelaznem pudle zamknięta jest jego żołnierska dusza a [ 148 ]jeśli wszyscy marynarze na świecie kochają swoje okręty, to przecież Anglik nie miłuje tak swojego żelaznego olbrzyma, który inżynierowie zbudowali dla niego w dokach, jak polski marynarz kocha swoje lilipucie okręciki, bo on je za to jeszcze z całego serca miłuje, że on je stworzył. On wie, że jego ukochany dowódca, pan kapitan Jarociński pracował do siódmego potu, aby wyprowadzić te statki na Wisłę, że wszyscy oficerowie i wszystkie chłopaki z załogi pracowali bez wytchnienia, by jakieś stare pudło statku, który w najbardziej zwariowanych snach nie marzył o tem, że będzie ostrzeliwany na Wiśle, przystroić, obić pancerną blachą i urządzić po ludzku. Jakżeż ci ludzie nie mają namiętnie kochać swojego statku, kiedy chorągiewka sygnałowa, kiedy najmniejszy drobiazg własnemi ich został uczyniony rękami? Toteż są to ludzie niezwykłego pokroju, ludzie wojny i morza, ludzie, z którymi rozmawiać trzeba inaczej, niż ze wszystkimi, tęskniący do wielkich rzeczy, wielkich mórz i wielkich okrętów, a na tę rzekę, na którą polski wiatr ich zagnał ze wszystkich stron świata, patrzący z miłością. Niejeden z nich, już siwy, po wielu latach włóczęgi po całej ziemi, po przygodach Maine Ryde‘owskich, znalazł się na Wiśle, więc [ 149 ]zapomniał o Liwerpoolu i San Francisko, zapomniał o oceanie i tylko o jednem mówi i o jednem myśli, aby można uregulować tę rzekę, aby jak najlepiej uzbroić statki, aby jak najwięcej ludzi nauczyć w Polsce sztuki żeglarskiej i aby jak najprędzej flota polska stała się mocną. Nie było podczas naszej podróży innego tematu, tak, że wreszcie przekonałem się, że ten zacny naród pływający, ma dość wyraźne pretensje do Pana Boga, że gwiazda polarna świeci na wielu morzach, zamiast uczciwie świecić tylko na Wiśle, do wyłącznego użytku flotylli wiślanej, na której miałem zaszczyt przebywania przez tydzień, co mnie ostatecznie doprowadziło wreszcie do rozumnego używania życia, skakania przez dziesięć schodów, syreniego ryku przy spotkaniu, zjadania, co się da, prócz zbyt twardej skóry, picia, co się da, prócz wody, wstawania o szóstej rano tylko poto, aby znowu zobaczyć tę samą wodę, plucia na odległość, zapalania papierosa na największym wietrze, uważania wieży kościelnej za maszt, a policjanta na ulicy za znak, ostrzegający o mieliźnie. Tydzień ten uważam za jeden z najmilszych, bo spędzony śród zacnych ludzi, dzielnych, twardych i kochanych. Przedstawię ich niebawem, teraz bowiem wołają na [ 150 ]pierwszy obiad. Pierwszy obiad składał się z surowych pomidorów i kotletów siekanych. Drugi obiad składał się z surowych pomidorów i siekanych kotletów. Trzeci składał się z siekanych kotletów i pomidorów surowych. Czwarty z kotletów bardziej surowych i z pomidorów bardziej surowych. Piąty z pomidorów doskonale surowych i kotletów doskonale siekanych. Szósty... nie! nawet wspomnienie jest siekane i wspomnienie jest surowe. A trzeba uczynić uwagę, że ze względu na obecność „znakomitych“ gości, obiady były wystawne, w zwyczajnym czasie zjadają ci kochani ludzie siekane liny okrętowe, co im bynajmniej nie przeszkadza w utrzymywaniu wiecznej pogody ducha i nie chmurzy jasności spojrzenia; widać też z tego, że można nie jadać bażantów i bić się tak, jak ci ludzie bili się pod Płockiem, co też zostanie opowiedziane dokładnie, jak tylko po zastosowaniu środków leczniczych, wyleczę się z manji, że jestem surowym pomidorem, bo wreszcie słońce, krwawo zachodzące za widnokręgiem, wydawało mi się jak krwawy, wielki, surowy pomidor.






[ 151 ]

LUDZIE I OKRĘTY.

 

Kiedy słońce ma zapaść za widnokrąg i już, jak złoty pająk srebrnemi nićmi, ostatniemi promieniami czepia się szczytu masztu, wtedy na jedną chwilę całe życie na statku zamiera, odbywa się bowiem codzienna przepiękna uroczystość, powtarzana rano, ze wschodem słońca. Marynarz przerywa pracę i staje w szyku, czekając na rozkaz, obok zaś wszyscy, znajdujący się na pokładzie. W pewnej chwili rozlega się ostry, krótki gwizd dyżurnego oficera i przejmujacy, uroczysty rozkaz:

— Do bandery! Baczność!

Wszystko stoi nieruchomo wyciągnięte i zdejmuje nakrycie głowy; kapral zaś powoli zwija banderę, jakby ceremonjalnie, poczem chór marynarzy śpiewa „Rotę“. Znów gwizd i uroczystość skończona. Jest ona przepiękna i miła; bandera statku jest to dla marynarza taka świętość, że ile razy, wracając z lądu, stawia nogę na pokładzie, odkrywa głowę, w [ 152 ]banderze tej bowiem łopoce jego duma i jego godność żołnierza, w czerwonym jej kolorze rumieni się zaschła krew jego poległych towarzyszów, w jej bieli jaśni się czystość wody. Patrzy na banderę swoją z zabobonną czcią, w niej kocha wolność swoją i swoją Ojczyznę, w jej cieniu, raczej w jej promieniach jest szczęśliwy i taki wolny, jak morski orzeł, co widzi tylko morze i chmury.

Statek zarzuca kotwicę i układa się na falach na spoczynek opodal fortów Modlina. A wtedy dobry włóczęga księżyc dobywa się z wielkim trudem z pieleszy chmur, powoli wędruje ku nam i świeci, aby stojącemu na straży marynarzowi nie było tęskno w ciemnościach nocy na smutnej wodzie. Rzeka się czyni srebrna i śliczna, a księżyc wysrebrzył przed nami drogę wdół rzeki, srebrny gościniec do Gdańska, potem ciekawie, stary, mądry praktyk, złotemi swojemi oczyma ogląda szczegółowo wszystko na okręcie, widać bowiem jak się zsunął blaskiem przez maszt na pokład, jak opatruje metalowe części, czy czyste, potem gdzieś dźwięknął na łańcuchu kotwicy i usiadł przez chwilę na sterze. Wszystko jasne i czyste, w księżycowym blasku przeczyste, więc zadowolony, jak niebieski admirał, co przez [ 153 ]chmury na złotym płynie okręcie, pogładził ludzkie twarze, pomnożył złote naszywki oficerów, awansując ich w nagrodę na wielkie staranie, potem przystanął i słucha. Oto w wielkiej, księżycowej ciszy młody oficer, na wodę patrząc, jakby mu ona przynosiła wspomnienia, opowiada rzeczy dziwne o tem, co się działo na Pinie, na Prypeci i na Dnieprze. Niemal wszyscy oni tam otrzymali pierwszy polski chrzest bojowy, z jakąś biedną łodzią motorową porwawszy się na pancerne statki bolszewickie. I na statkach tych rozkwitła polska bandera. Odnosili cudowne zwycięstwa i brali ogromne łupy, nie spali tygodniami, śmierć ich goniła po wodzie, albo czyhała na nich na każdym zakręcie rzeki. Jeden z nich wpadł niespodzianie na cztery opancerzone statki bolszewickie, prosto na zgubę; nie było tyle czasu, aby zawrócić, więc się ciska, jak furjat i boskim przypadkiem — rakietą zapala amunicję na jednym ze statków nieprzyjacielskich. Eksplozja, zamieszanie, awantura, z której on korzysta i pokazuje bolszewikom pięty swojego okręciku. Opowiadającemu głos drży na wspomnienie i z żalu, że wszystką zdobycz trzeba było zatopić. Zdaje się, że serce mu się kraje, kiedy mówi o odwrocie z Dniepru, kiedy trzeba było [ 154 ]statki posłać na dno, a samym przedzierać się lądem ku armjom polskim. Nie wystarczyłoby dziesięciu nocy księżycowych do opowiedzenia tych krwawych zmagań na wodzie, pełnych krwi, cudów waleczności, furyj, szaleństw bohaterskich, a czasem rozpaczy. Więc patrzymy z cichym, wielkim podziwem na tę gromadkę ludzi młodych, zawziętych, szczerzących zdrowe zęby do księżyca i wspominających z namiętną lubością walkę i spragnionych jej na nowo. Z owych czasów pochodzi to ich braterstwo, bo się tu wszyscy miłują jak bracia.. Jeden drugiego ratował, jeden drugiemu ofiarował co chwilę życie w ofierze, tak sobie, poprostu, bez namysłu; każdy opowiada o bohaterskich czynach cudzych, nigdy o swoich i ta ich skromność najbardziej jest w nich ujmująca. Więc księżyc, co ich widział przy ciężkiej robocie na Pinie i na Prypeci, uśmiecha się tylko łagodnie, jakby mówił: och, pamiętam, pamiętam, chłopcy moi!

Trzeba jednak iść spać, bo pan kapitan Jarociński, strasznie kochany człowiek, ma jakieś dziwne marynarskie przesądy i uważa, że pokład wojennego statku, to nie jest klub i wskutek tego wcale łatwo znaleźć rano u drzwi kajuty „picadora“, który najuprzejmiej powie, że [ 155 ]z najwyższego rozkazu trzeba wypocząć w samotności przez dwadzieścia cztery godziny. Kładzie się tedy człowiek na ławeczce, przeznaczonej chyba dla bardzo chudego nieboszczyka i czeka na sen. Sen na Wiśle nie jawi się w postaci milczącego krogulca, lecz krzykliwej dzikiej kaczki. Po dniu, pełnym wrażeń trzeba jednakże zasnąć; przytula się głowę do żelaznej ściany statku i zamyka się oczy. Przez chwilę jest cicho, a za chwilę słychać za ścianą jakieś szmery, szepty, bulgotania i jakby cichy śmiech. — Jak się panu śpi na Wiśle? — bulgoce fala, a w tej chwili ma się wrażenie, że się do ucha wlewa woda. Ponieważ woda ma czas i potrafi takie kawały urządzać do białego rana, więc się kładziesz nawznak w wygodnej pozycji nieboszczyka i zamykasz niebieskie oczy, pełne jeszcze księżycowego światła. Wtedy zaczyna ponad głową miarowym krokiem, ciężkim, żelaznym krokiem chodzić tam i zpowrotem wartownik.

— Aha! — myślisz sobie, napoły senny, — to spadkobierca chodzi po wieku mojej trumny.

Kiedy się już zaczyna przywykać do trocheicznych kroków żołnierza, wtedy, aby ci się zbytnio nie nudziło, wpada w ten ustatkowany rytm nagłe, splątane szaleństwo szybkich [ 156 ]kroków kogoś, co się bardzo śpieszy w służbowej sprawie na drugi koniec statku. Wtedy w rozpaczy czekasz, że ten ktoś jeszcze będzie powracał, bo chyba nie poszedł się utopić. Ale, że do wszystkiego można przywyknąć, więc po kilku nocach, kiedy nagle zawyła syrena, jakby ją kto ze smolnej skóry obdzierał, zdaje ci się już, że to słowik śpiewa w gąszczach nadbrzeżnych.

Za to zaś, żeś spać nie mógł, każą ci wstawać o szóstej rano, bo taka marynarska moda, dość rzadko praktykowana w literaturze; człowiek się tylko tem pociesza, że są na statku tacy, którzy musieli wstać o piątej, a kilku nie wolno się było położyć i ci kiwali się przez noc całą w stronę księżyca. Ludzie ci pozmieniali się w zegarki, a ich wieżowy zegar, pan komendant, uważa, że o każdej porze nocy trzeba wsiąść na łódź motorową i objeżdżać wszystko dookoła. Zaczynam mniemać, że te latające Holenderczyki wyśpią się po raz pierwszy w grobie, — daj, Boże, za sto lat, bo skoro świt, już się zaczyna awantura. Na Wiśle jeszcze mgły, gęste, mleczne, leniwe i wilgotne, lezą z trudem na brzeg wody i pasą się sennie w wiklinach, a oni już w ruchu, już pełni życia, sprawni, sprężyści i gotowi. Zaczyna się ruch rzeźki i [ 157 ]żywy; marynarze robią tualetę na pokładzie, niesłychanie wytworną, choć mało wymyślną, chwyta bowiem chłopaczek kubeł wody, zimnej jak angielska miłość i leje ją sobie na łeb, przyczem prycha tak, jakby się nagle z Wisły wynurzyło stado hipopotamów. mocno z czegoś zadowolonych. O, z jaką radością patrzę na te pyszne figury, któremi można rozbijać mury. O, gdybyś cherlaku miejski mógł ujrzeć piersi pana kaprala Langa, zacnego krakowiaka; gdyby runął rondel krakowski, ów szlachetny kapral zastąpićby go mógł własnemi piersiami. I drugi taki sam i dziesiąty, wychowany na wodzie, pracujący, jak koń, jedzący, co Bóg zdarzy, zawsze wesoły i rzeźki. Rośnijcie, chłopaki kochane a każdy armatę zastąpi! Ale przytem są to straszne eleganty; po kąpieli trzeba misternie zaczesać grzywkę, czy ogolić się, zdarza się bowiem, że kochany pan komendant każe wywiesić flagę, która z radości łopoce, krzyczy i wrzeszczy, jak zwariowana, na całą Wisłę: „Wszyscy na ląd do dwudziestej godziny!“ Wtedy to trzeba ujrzeć naszych marynarzy, jak to po nadbrzeżnem mieście chodzi dumne i niebieskie, dumne z szerokiego niebieskiego kołnierza, z czarnych wstążek u czapki i zawraca reflektorem oczu do każdej [ 158 ]panienki, jak do morskiej latarni, steruje ku niej ostrożnie, bo panieńskie serce może mieć mieliznę, potem jej w serce zarzuca zadzierżystą kotwicę, holuje ją potem do kinematografu, a wywiesiwszy płomienną flagę miłości, gwiżdże za chwilę i na nią i na całe miasto portowe i odpływa w przekonaniu, że lżej teraz będzie płynąć, bo Wisła wezbierze od łez panieńskich. Ale chłopak dobry i serdeczny, krzywdy nikomu nie uczyni, nietylko dlatego, że go dowódca flotyli i oficerowie w żelaznych trzymają ryzach, ale i dlatego, że ma serce, czyste, jak woda. Płaci za wszystko na brzegu, bo jest przedewszystkiem ogromnie „honorny“ i to go też mocno zobowiązuje, że go nadbrzeżni ludzie bardzo kochają. Człowiek z nad rzeki strasznie lubi człowieka z rzeki i braterski między nimi panuje stosunek. Z rykiem śmiechu opowiadają jedynie o rozmaitych awanturach nad Prypecią; był wtedy wśród nich jeden taki przemyślny, co umiał z wody chyba zrobić wino i strasznie lubił gęsi. Pędzi raz cztery przerażone gęsiątka i natknął się na dowódcę.

— Gadaj zaraz, czyje to gęsi? — woła zirytowany dowódca.

— Melduję posłusznie, że niczyje, — odpowiada łobuz, — to dzikie, panie kapitanie. [ 159 ]W tej chwili wylegli wszyscy na pokład i patrzą z lubością, jak poza naszym statkiem rozwinęła się w sznur flotylla, nasza, prawdziwa, najdroższa flotylla wiślana, żelazne dzieło żelaznych ludzi, umiłowane dzieło ludzi, których trzeba miłować. W początkach lipca nie było jeszcze nic. Wtedy kapitan Bohdan Jarociński otrzymał rozkaz — stworzenia flotylli wiślanej i wcale się nie zdumiał, bo tak samo przystąpiłby był do wykonania rozkazu, gdyby mu kazano uczynić pancernik z księżyca. Zakasał rękawy, on i jego oficerowie, ci drodzy oficerowie z Prypeci i z Dniepru, porwał, co porwać było można, zarekwirował, co się dało i pracując ponad siły, z tą szlachetną gorączką, którą w sobie pali każdy żołnierz polski, a marynarz szczególnie, jeśli o statek idzie, zaczął szukać, kupować, łatać, stroić, wymyślać, przerabiać, nicować i zbijać, aż zbił z żelaznych blach tę swoją flotyllę, na którą w tej chwili w porannem słońcu patrzy z takiem serdecznem rozrzewnieniem, jak ojciec na synów swoich, dzielnych i groźnych, idących do boju. I wszyscy na „Warneńczyku“ patrzą na nią bogdaj, że przez radosne łzy. Słońce, jak zloty reflektor, cisnęło na nią słup blasku, a oto polskie okręty płyną powoli tuż obok, każdy zaś [ 160 ]salutuje statek sztabowy i swojego dowódcę, co na czele oficerów stoi i patrzy pilnie i serdecznie, nie odejmując ręki od czapki.

Oto idzie dumnie, najwspanialszy „Andrzej Zamojski“ pod podporucznikiem de Waldenem, „Minister“, któremu przewodzi Sadowski Zygmunt, porucznik, zaczem „Sobieski“, którym włada por. Mohuczy, zaczem „Wawel“, którym kieruje inny Sadowski Jan, a jego zastępcą jest Sułkowski, podporucznik bohater, kawaler Virtuti Militari. W porcie modlińskim została „Wisła" i mocno pod Płockiem ranny „Stefan Batory“. W dalszej zaś drodze będzie nas więcej, bo się do nas przyłączą najprawdziwsze statki wojenne, przygotowane do wojny od urodzenia, co zostanie opowiedziane w swoim czasie.

Wtem nagle, jak stado delfinów, na wyzłoconej drodze wiślanej igrających, gna przez wodę, tysiące bryzgów i pian za sobą wlokąc, stado łodzi motorowych. Pędzą, jak oszalałe, a w doskonałym szyku, prują wodę z fantazją, wesołe, szybkie, rozradowane, jak młode psiaki, co się dokoła kręcą. Na rozkaz biegną naprzód, jakby wypatrując drogi, jakby węsząc plamy słoneczne na rzece, wypatrują mielizn, to znów wbok uskoczą, gdzieś w zatoki, aby [ 161 ]wszystko ujrzeć i wiedzieć o wszystkiem. Czasem która nawróci i płynie pod słońce, wtedy rozpryskują się za nią rozradowane fale, a ona, dziób do góry zadarłszy, do połowy tyłem zanurzona w wodzie, płynie ku wielkim statkom po rozkaz, gdyż jest zbyt pełna życia i ustać nie może w miejscu. Każda ma na dziobie malutkę, śmieszną armatkę, na której śmierć siedzi okrakiem, a ztyłu karabin maszynowy, ponurego zrzędę, który wszystkich zagada, zawsze zły i chory na wątrobę. Wszystkie, tak samo jak i okręty, pomalowane na jakiś zwarjowany kolor pstry, ochronny kolor, zwany na flotylli „japońskim“; namalowana gęba starszej damy, z której deszcz zetrze farby, albo uwiędły ogród w jesieni, tak właśnie wygląda.

Patrzymy z podziwem na tę niespokojną czeredę, a marynarze czynią sobie uwagi:

— Trójka za dużo puszcza ztyłu dymu...

— Ale piętnastka dobrze jedzie!

Piętnastka? Ach, to ta, dawny niemiecki „Gerhardt“, zwinna i szybka. Mimowoli uśmiecham się do niej: to ona dokazywała pod Płockiem tak, że ją bolszewiki nazwały „czortowaja podwodnaja łodka“. Gdyby można pić benzynę, wypiłbym beczkę za jej zdrowie.






[ 162 ]

RADOSNE I SMUTNE.

 

Trzeciego dnia podróży, czułem cichy żal do Krzysztofa Kolumba, że się pośpieszył z odkryciem Ameryki, taką bowiem poczułem w sobie miłość wody i straszliwe żądze do odkrywania dalekich krajów; starałem się twarz uczynić „Spaloną wichrami“, ku niesłychanej radości jakiejś starej, wyłysiałej czapli, która stojąc opodal na ławicy piasku, trzęsła się ze śmiechu na mój widok. A jednak czułem się marynarzem wśród prawdziwych marynarzy, których wiatr pospędzał ze wszystkich mórz świata; mimo wszystko, mimo złośliwej karykatury, którą mi potem nadesłał anonimowo, jakiś kochany malarz, wymalowawszy mnie na niej w holenderskim stroju, z parasolem w ręku, wtłoczonego w pas ratunkowy z firmą „Warmeńczyk“. Zaraz znać, że malarz, który rzadko używa wody zewnętrznie, chyba na chrzcie [ 163 ]świętym i to drąc się w niebogłosy, a nigdy wewnętrznie, bo by go zabiła apopleksja, nie ma zrozumienia dostojeństwa wody. Pas natunkowy! Tłumaczyli mi marynarze, że z tem to jest wielkie szachrajstwo, bo, wpadłszy w wodę, lepiej jest utonąć spokojnie, niż wołać o pas; rzucą ci go bowiem, naturalnie z serdeczną gorliwością i pójdziesz na dno z rozbitym łbem, drobiazg ten bowiem waży kilkadziesiąt mocnych funtów. Ale i tak „nie mieliśmy“ burzy i nie widziałem na Wiśle rzeczy groźnych, tylko piękne, prócz syreny, która zdaje się, nie oddala się z Warszawy, ze zdumieniem patrząc bezustannie z wody na kamienicę Or-Ota i śpiewa mu kołysanki. Biedne poety, tłukące się po Wiśle nie widziały wiślanej dziewicy.

Przebywała zato wśród nadzwyczajnych ludzi, dla których ląd stały jest dość śmiesznym wynalazkiem i istniejącym poto, aby woda miała po czem płynąć; każdy ma zapas opowiadań na całą książkę, prędzej jednak Wisła zacznie płynąć w przeciwną stronę, niżby taki wziął w rękę rzecz tak obłąkanie śmieszną, jak pióro, co nie jest podobne ani do kotwicy, ani do wiosła. Więc pan kapitan Przysiecki, opowiada o życiu w łodzi podwodnej, pan porucznik Rosenbaum (Inflantczyk), stary [ 164 ]marynarz z twarzą trytona, opowiada o walkach na Czarnem Morzu, pan porucznik Hordliczka, specjalista od karabinów maszynowych, do niedawna oficer armii... kanadyjskiej, włóczęga po całym świecie ma niewyczerpany zapas wspomnień; i tak każdy, ten z floty rosyjskiej, ten z niemieckiej, ten z austriackiej. Ach, jest jeden — z japońskiej; młody chłopak, podporucznik Seweryn Bukowski, przez dziwne koleje dotarł do floty japońskiej, teraz zaś na wiślanej flotylli urządza na każdym ze statków stację telegrafu bez drutu; zawołany specjalista, pracuje od świtu do nocy i o niczem innem mówić nie chce. Wszelki drut jest dla niego zwyczajnem łajdactwem, więc tak długo kręcił, tak długo zbijał, tak długo sam, własnoręcznie każdą wkręcał śróbkę, tak długo próbował, że wreszcie jakaś poczciwa fala elektryczna przyleciała na „Warneńczyka“ do pana podporucznika, jak Arjel do Prospera i zagadała wyraźnym głosem.

Budka okrętowej stacji jest malutka i ciasna; stoi w niej ten dziwnie mądry aparat, w którym zaklęty jest demon błyskawicy, skowany stalą, oplątany drutami, trzymany na uwięzi, głucho milczący z wściekłości, że stworzenie podłe i powolne, człowiek, schwytał go [ 165 ]podstępem w jakąś sieć, jego, który straszliwym zygzakiem drżał żądzą śmierci w ręku jowiszowym, który przelatywał niebo obłąkaną krwawą drogą, darł chmury tak, że krew z nich tryskała, jego, który ziemię obleci dookoła w cząstce jednego mgnienia, a jeśli mu się podobało, z hukiem miliona armat ciskał się z nieba na ziemię i darł ją okropnym, złotym szponem, jakby z niej pragnął wytargać serce. A teraz karzeł mizerny, któremu on trzaskał w pył kościelne wieże, albo jego samego zabijał jednym błyskiem, schwytał go ohydną siecią rozumu, zamknął w ciasnem stalowem pudle i każe sobie służyć i gna go jednym ruchem ręki przez lądy i morza, oszalałego z trwogi i obłąkanego z rozpaczy, że mu z drogi nigdzie zboczyć nie wolno, lecz nieść poselstwo i nie uronić z niego ani słowa. Śpi teraz, zamknięty i przyczajony, aż oto przyszedł młody człowiek i położył rękę na czemś czarnem. Wściekła się w tej chwili błyskawicowa siła, syczy, jak rozdrażniony wąż i chąc odstraszyć człowieka, błyska jadowitem, zielonkawem błyskaniem, złem, zimnem i niesamowitem; chce stawiać opór i wije się wśród drutów ze straszliwą szybkością, zmienia się w ukrop błysków, w gotujący się wir malutkich piorunów, chce [ 166 ]wyrwać się i uciec pod chmury, skąd ją chwycono na arkan. Ale człowiek jest spokojny i milczący.

— Puść mnie! — syczy siła.

— Nie puszczę! — milczy człowiek.

I chwyta ją mocną ręką za ogniste włosy, patrzy zimnemi oczyma w jej twarz, ze wściekłości zieloną i mówi jej:

— Polecisz, dokąd ja zechcę. Goń, jak pies i szukaj tego, do którego cię poślę. I powiesz mu to, co ja tobie powiem.

Wtedy powoli zaczyna jej mówić, litera po literze, a ona, w przerażeniu wielkiem, wyrasta w nieskończoną wstęgę błyskawicową, w piorun bezgłośny, ciska się w toń powietrza, jak oszalała, wznosi się wgórę ponad okręt, z wysoka rozpatruje okolicę i gna bez tchu pod chmurami, piorun — niewolnik.

Z podziwem patrzę na tego czarnoksiężnika, co piorunami gada, demona trzyma w niewoli w małej, śmiesznej, drewnianej budce i nie daje mu ani chwili spokoju, lecz go, śpiajcego, wciąż budzi i drażni, we dnie i w nocy, albo mu sobie każe coś szeptać do ucha, jakieś tajemnice ze świata, albo próbuje jego posłuszeństwa i każe mu lecieć na monitor, opodal płynący i [ 167 ]zapytać, czy jego brat, demon z monitora, dobrze funkcjonuje na chwałę polskiej ojczyzny?

Pytanie jest retoryczne, gdyż na flotylli wiślanej wszystko funkcjonuje sprawnie, jak w zegarze okrętowym, jedynem nieznośnem indywiduum, gdyż co pół godziny, dzwon, któryby mógł umarłego zbudzić w grobie, ogłasza stan czasu. Do bicia w dzwon wybrano, zdaje się, najsilniejszego marynarza, aby i w nocy człowiek się mógł dowiedzieć, że jest wpół do czwartej, jakby to było niesłychanie ciekawe. Przywykła do tego załoga i nic sobie z tego jęku nie robi, tylko goście mieli z tego rozkosz i pożytek.

Rozgadałem się jednak o telegrafie bez drutu, a tymczasem przybyliśmy do Płocka, który znieruchomiał nad wodą w pysznej, katedralnej pozie, śliczny zdaleka, wyglądający dziś zbliska, trochę, jak rzeszoto, tak bardzo postrzelany, ranny w stu miejscach, bohaterski Płock. Kiedyśmy wpłynęli na płockie wody, na wszystkich statkach wszystko wyległo na pokład, przejeżdżamy bowiem niedawne... pole bitwy, tej pamiętnej bitwy, która flotylli, wiślanej przysporzyła kilku bohaterów, zabrała jej kilku najmężniejszych, ochrzciła flotyllę z krwi i napełniła ją bitewną dumą. Ze wzruszeniem [ 168 ]patrzymy na fale, choć bitwa była „pisana na wodzie“, i prócz jakiejś strzaskanej u brzegu szkuty, nie widać żadnych śladów. Pozostały tylko ślady promieniste na piersiach, krzyżami ozdobionych, żałobne na cmentarzach i dumne na całej flotylli. Dnia ośmnastego sierpnia walczył pod Płockiem „Stefan Batory" — „Wawel“ — „Minister“ i łódź motorowe, oznaczona numerem piętnastym. Zaczęła się bitwa od ostrzeliwania wąwozu z lewej strony Płocka skąd grzmiała bolszewicka bateria, która czyniła straszliwe szkody. Rozkaz ostrzeliwania otrzymał „Minister“, który właśnie ładował węgiel, — jedyny minister polski, który dba o przezorne zaopatrzenie się w węgiel; napełniwszy tedy wnętrze swoje węglem, szlachetny „Minister“ zaczyna grzmieć z armat i karabinów maszynowych, lecz wtedy wszystkie działa bolszewickie, jak groźne interpelacje sejmowe, zwracają się na rzekę i „Minister“ powoli wycofuje się za most, skąd strzela dalej. Wycofał się fukający z armaty wielki odyniec, przed mostem został jednak zły pies, zwinny, obrotny i zacięty. Nie chce ustąpić za żadną cenę. To właśnie ta wściekła motorówka nr. 15. Numer ten powinien pierwszy wygrać milion w ciągnieniu naszej nowej pożyczki, gdyż był [ 169 ]w tej bitwie dziwnie szczęśliwy. Dowodzi nią pan podporucznik Karol Taube, człowiek tak spokojny, że gdyby go byli wtedy zabili, byłby to zauważył dopiero po pewnym czasie, tak bardzo mało dbał o kule, które prażyły w Wisłę, rybom na postrach. Nagle się jednak zachwiał miły pan podporucznik Taube i padł na dno łodzi. Ale, że jest to człowiek spokojny, więc za chwilę wstał, tylko trochę, jak pijany, choć na wodzie; kula ugodziła go — w lornetkę wiszącą na piersi, głupia bolszewicka kula, myśląca, że jeśli trafi w lornetkę, to wpadnie w oko. Widziałem tę lornetkę; teraz przez potargane jej i pokrzywione ścianki widać tylko ogłupiałą i zdumioną śmierć. Goniła ona tę łódź, jak wściekła, zprzodu, ztyłu i z boków, zataczała dokoła niej kręgi, woda wyglądała pod kulami, jakby w nią bił deszcz, a ta śmieszna piętnastka, mądra i chytra jak lis, pluła przed siebie z małej armatki i wiła się wśród kul. Jej sternik, pan kapral Nowakowski, lawirował, jak dyplomata, kluczył, jak zając, świetny sternik, chytry i przytomny.

Mimo tego zaczyna już być z łodzią źle, bolszewicy się na nią uwzięli; wtem motor w niej radośnie zahuczał, bo zdala widać dwa dymki: to na pomoc płynie „Wawel“ i „Batory“. — [ 170 ]„Byle do nich — terkocze motorówka, — a wyjdę cało!“ Więc się znów zaczyna wić i kręcić na wodzie, jak w tańcu świętego Wita i trzykrotnie próbuje dostać się na bezpieczniejszą stronę rzeki, poza most. Nie udaje się jej trzykrotnie, przejść nie można w żaden sposób; więc oba statki idą ku niej; „Wawel“ dociera do mostu „Batory“ zaś otrzymuje ciężkie rany. „Wawel“ łączy się z „Ministrem“ i już im tego wszystkiego zaczyna być za wiele, rozpoczynają tedy ogień z całej mocy, aby dać czas wojskom lądowym na przejście do kontrataku, co się udaje. Z nastaniem mroku statki powoli się cofają, a „piętnastka“, która się nie boi nocy, ani mielizny, napiła się benzyny, krzyknęła hurra! i zaczyna znów pracę, bo trzeba wojska lądowe przewieźć na lewy brzeg. Wtedy się stała najdziwniejsza rzecz w całej wojnie: konnica bolszewicka atakowała łódź motorową. Nie oszalałem, tylko mówię świętą prawdę; wściekłość na tego uprzykrzonego bąka, odebrała rozum bolszewikom i ujrzawszy łódź przy brzegu, rzucili się w jej stronę ku wodzie ze wzgórza, ona zaś, wypuściwszy w ich stronę dość niemiłą woń spalenizny na znak głębokiej pogardy, cisnęła się jak łosoś na wodę. Zaśmiał się tylko szeroko pan Sierżant Musiał, [ 171 ]który walnie dokazywał, za co krzyż Virtuti Militari błyszczy teraz na jego piersi.

Otrzymał go za tę bitwę pan ppor. Sułkowski Henryk, co przy armacie stał przez cały czas bitwy i prażył i zmusił do milczenia baterię bolszewicką. A rozkaz dzienny głosi, że „ppor. Sułkowski przez cały czas bitwy odznaczył się wzorowym spokojem, pogardą śmierci i zapałem bojowym“. Cześć Ci, pp. Sułkowski! Otrzymał krzyż dowódca „Batorego“ pp. Stefan Kwiatkowski, który „po stracie sternika, sam ujął ster..., nie przestając równocześnie kierować ogniem obu dział. Czynem tym ocalił statek od zniszczenia, a załogę od niewoli i śmierci. Umieściwszy okręt na mieliźnie, nie przerywał ognia, przez co skoncentrował na sobie ogień baterii i nie pozwolił jej ostrzeliwać mostu... Po stracie obsługi i rozbiciu jednej z armat, wysadził na ląd pozostałą załogę, sam zaś z ochotnikiem, marynarzem pod silnym ogniem nieprzyjacielskim dwukrotnie powrócił na okręt zdjąć z armat przyrządy optyczne, oraz zamki i karabiny maszynowe, które ustawił na brzegu i z których dalej prowadził ogień...“

A ten „żołnierz ochotnik“ z „Batorego“ to kawaler Virtuti, chłopczyna może osiemnastoletni (wielki mój przyjaciel), wesoły, grzeczny, [ 172 ]rezolutny i śliczny żołnierzyk, Bronisław Michnowicz. Sto razy śmierć była przy nim, on jednak nosząc ze swoim porucznikiem karabiny maszynowe z rozbitego statku, nie miał czasu, aby zauważyć taką drobnostkę, jak śmierć. Najmilszy ten żołnierzyk, powinien mieć dziesięć chrzestnych matek, a fabryki czekolady powinny pracować jeden dzień w tygodniu dla niego.

Strasznego tego dnia, kiedy nad Płockiem śmierć wisiała, jak ciężka chmura, sześciu bohaterów ze „Stefana Batorego" uniosła Wisła, miękko ich i miłośnie niosąc na falach, aby ich pochować w morzu.

A w tem miejscu, gdzie ich śmierć cisnęła z ukochanego ich statku w głębię wody, Wisła jest jakby jaśniejsza.






[ 173 ]

ODBITE W WODZIE.

 

Jest, a raczej był we flotylli wiślanej statek, który się nazywa „Moniuszko“. Zdawałoby się, że statek „Batory“ powinien wieść boje, jak to czynił, statek zaś „Moniuszko“ powinien mieć na pokładzie orkiestrę i rozbrzmiewać, leżąc na kotwicy, smętnemi chórami w, księżycowe noce. Tymczasem statek „Moniuszko“ miał na pokładzie karabiny maszynowe i dokonał czynów najwznioślejszych. Wyrosły na nim dwa krzyże Virtuti Militari i na moment jeden, jak jastrząb, usiadła na jego maszcie śmierć i stało się nieszczęście. Słowa rozkazu o statku tym są żelazne. Oto „nadaje się krzyż marynarzowi Stanisławowi Kalinowskiemu, który dnia czternastego sierpnia pod wsią Bobrowniki wykazał w czasie nieprzyjacielskiego ataku na statek, nieustraszoną odwagę, strzelając z karabinu maszynowego, położył trupem piętnastu [ 174 ]bolszewików, a kiedy karabin zaciął się i nie mógł już być użyty do skutecznego obstrzału, marynarz Kalinowski skoczył do prawego, nieopancerzonego i nieustawionego karabinu maszynowego, przeniósł go na lewą stronę i stojąco przez cały czas odkryty pod gwałtownym ogniem nieprzyjacielskim, ostrzeliwał wroga z karabinu, umożliwiając przez to reszcie załogi wycofanie się na lewy brzeg Wisły. Już po opuszczeniu statku przez załogę, raz jeszcze powrócił na statek pod silnym ogniem bolszewickim i zniósł ze statku resztę przyrządów bojowych...“

Marynarz Kalinowski musiał być mocno niezadowolony, że nie mógł całego statku wziąć na plecy i wynieść go z wody.

Dnia tego patron statku, pewnie dyrygent chórów anielskich, Moniuszko, chyba zapłakał i chórom niebieskim śpiewać rozkazał pieśń najpiękniejszą, pełną dumnych okrzyków śpiżowych i wielkiego zarazem płaczu, albowiem tego dnia na białych mgłach wiślanych, jak na białych skrzydłach łabędzich wleciał w niebo chłopak młody dziewiętnastoletni, cichutki, a bohater, szczęśliwy i rozpromieniony i mówił: „Melduję posłusznie — pporucznik Jerzy Pieszkański — dowódca opancerzonego statku „Moniuszko“, śmiercią krwawą powalony, [ 175 ]staje do raportu i prosi, aby Bóg zachować raczył jego statek, który tonie“.

Na cmentarzu we Włocławku jest tego grób, świeżą darnią pokryty, a cztery żelazne kotwice stoją dookoła. Na grób ten wieźliśmy krzyż Virtuti Militari, aby go przypiąć do piersi grobu, w którym on leży. Był cudowny dzień i Wisła była radosna. Cała załoga wszystkich statków w strojach paradnych wyszła na brzeg, a na lądzie przyłączyła się do niej załoga miejscowa z dowództwem. Statki opuściły flagi do połowy masztu, miasto, które może nie wiedziało, że na cmentarzu swoim ma taki grób promienisty, wyległo na ulice. Idziemy wojskowym pochodem na odległy cmentarz, a orkiestra gra „Śpij kolego, w ciemnym grobie, niech się Polska przyśni tobie...“ Cmentarz cały w słońcu, a już złote drzewa jarzą się, jak gromnice. Dokoła grobu wojsko ustawia się w czworobok, nagle znieruchomiały i tylko po blaskach w oczach żołnierskich widzisz, że się w nich proste dusze modlą wspomnieniem zacnego kolegi i dumne są, że z nich jest ten, którego tak hucznie i z paradą taką czcić będą za chwilę. Oficer komenderujący wygłasza rozkazy dziwnie szorstko i niezwykle głośno, bo się widocznie lęka, że mu się głos załamie. [ 176 ]

— Baczność! Prezentuj broń!

Patrzę na grób, flagą okrętową nakryty, czy nie drgnie, bo pan porucznik Pieszkański wyprostował się w nim pewnie, bo wszak to na jego piersi będą przypinali krzyż.

A komendant flotylli ogłasza grobowi i żywym, słońcu i drzewom i wszystkiemu dokoła:

„Nadaje się krzyż orderu Virtuti Militari pporucznikowi marynarki Jerzemu Pieszkańskiemu, dowódcy statku wojennego „Moniuszko“, który w dniu 14 sierpnia w rejonie Nieszawy w bitwie z przeważającemi siłami nieprzyjacielskiemi, usiłując przzedostać się na lewy brzeg Wisły, po stracie sternika sam zajął jego miejsce, nie przestając kierować ogniem karabinu maszynowego. Widząc, że statek, podziurawiony w wielu miejscach, zaczyna tonąć i mając poważne straty w załodze, przybił do lewego brzegu Wisły i kazał załodze wylądować i statek opuścić, sam zaś z karabinu maszynowego, zdjętego ze statku, ostrzeliwał się, dopóki nie został dwukrotnie ranny. Poczem, nie będąc w stanie zatrzymać, przeprawiającego się przez rzekę nieprzyjaciela, zginął bohaterską śmiercią...“

Na poduszce podają krzyż siwemu, obok grobu stojącemu człowiekowi — niech on go [ 177 ]odda umarłemu,niech ojciec uczci syna. Jest chwila cudownej, wielkiej ciszy, potem odezwał się jakiś mi dziwnie obcy głos... Ach, to mówiłem ja sam. Nie widziałem nigdy takiej wzruszajacej uroczystości, i zdawało mi się, że przez darń grobu widać twarzyczkę młodą i ze szczęścia zachwyconą, całujacego muśnięciem najdroższą swoją okrętową banderę i ten krzyż promienisty, którego jasność jest zawsze z bohaterskiej krwi. Więc mówiłem do tego rozradowanego wielkim honorem dziecka, jak się mówi do serca dziecięcego. Mówiłem mu z wielką czcią: „czy mnie słyszysz, panie poruczniku Piekszkański?“ — ale to był tylko retoryczny zwrot, bo oczu płomienistych od krzyża oderwać nie mogąc, radowało się niebieskiem weselem chłopię młode, pacholę rycerskie, co tylko dlatego nie stanęło na baczność, bo ma nogi obie zgruchotane. Opowiedziałem mu, żeśmy zwyciężyli, bo nie wiedział o tem, i o tem, co się dzieje na ukochanej rzece, o okrętach, które mimo płynąc, zawsze go radosnem graniem syren pozdrowią i powitają łopotem bander, o kolegach jego, którzy mu serca swoje na grobie zasadzą, aby wyrosły w róże i o siwym ojcu jego, co na wieść o śmierci zapytał: „A czy syn mój spełnił obowiązek swój do [ 178 ]końca?...“ Mówiłem z nim długo, z tem dzieckiem bohaterskiem, a właściwie to zamieniałem w słowa milczenie dokoła stojących, albom w słowo dobre i pełne słodyczy zamieniał jakąś męską łzę, co się ważyła na czyichś rzęsach.

Potem z synem swoim rozmawiał ojciec; mówił mu, że gdyby trzeba było, toby go posłał na śmierć po raz drugi, — a to już drugi syn i ostatni, który padł w tej wojnie. A potem się w powietrzu uczynił wielki łopot, jakby orzeł sławy skrzydłami ponad głowy ludzkie bił, bo grano „Jeszcze Polska nie zginęła“, zasalutowali wszyscy raz jeszcze i odeszli, aby się bohaterskie chłopię mogło nacieszyć do syta w samotności najdroższym, promiennym krzyżem swoim...

Płyńmy dalej. Wszystko dziś na statku jest poważne i skupione, jakby wszyscy na coś czekali, gotowi też byli wszyscy w jednem mgnieniu, kiedy ostry gwizd powołał wszystkich na pokład. Wołają „baczność!“ i nagle wszystkie statki salutują — wodę. Wszystkie oczy zwrócone w jedno miejsce i przez chwilę coś widzą, co widziały niedawno: bitwę i śmierć pporucznika Pieszkańskiego, tu właśnie, w tem miejscu, pod wsią Bobrowniki. Tu zapadły [ 179 ]w głębię ostatnie wspomnienia, my zaś płyniemy w zachód słońca, mijamy wsie i miasta, głębie i mielizny, aż się z zorzy ukazało miasto, w którem słońce na wieki zatrzymane zostało nagłym krzykiem z okna kościelnej wieży: Toruń.

Wylegli na brzeg zdumieni ludzie, którzy nie wiedzieli, że w Polsce są jakie okręty, więc się one pysznią mocno, a im więcej ludzi na brzegu, tem gęstsze miny mają nasi marynarze, którzy z nadzwyczajną starannością, podwajając zabiegi nad elegancją, wybierają się do miasta pierników. Z chwilą przybycia naszej flotylli można jednym rzutem oka rozeznać twarze: polskie mają wyraz uradowany, niepolskie wyraz kwaśny i okraszone są miłym kolorem piernikowym. Brać marynarska rozsypała się po mieście, kupuje papierosy i niewiadomo czemu, kwiaty, łazi po kościołach i po muzeum, szuka gazet i książek. Byli także tacy, co szukali wina i łatwo je znaleźli, ale nie byli to marynarze zawodowi, tylko przygodni. Nie mogłem też, mimo usilnych starań, przekonać moich przyjaciół, że piernik toruński jest najlepszy z wodą kryniczną. Od Torunia też wdół rzeki, pogłębiało się w nas lekceważenie dla zwyczajów marynarskich; na podstawie [ 180 ]malarskiego orzeczenia kochanego malarza Mackiewicza, doszliśmy do przekonania, że szkoda najmniejszych zabiegów o kochankę w każdym porcie. Karmione piernikami dziewice tamtych stron, dziwnie przypominają wysokie, chude, wystrzępione miotły; każda żyje przytem na „wielkiej stopie“, dziewicze nogi wybitnie są podobne do wydłużonego dzioba okrętu. Nie dziwię się, że słońce przez tyle wieków uciekało od tego miasta i zatrzymało się wcale niechętnie na rozkaz Kopernika. Miasto to jest jednak poczciwe i tylko na oko przez nieporozumienie, ma minę miasta rozpustnego, bo na każdym drugim domu widnieje napis: tu mieszka taka i taka Dora Nitchman, albo jakoś tak, — „zawodowa stręczarka“. Panią Kwikli za tak brzydki zawód Szekspir zmieszał z błotem, a tu się tem chwalą. Ale to tylko jest źle po polsku, poczciwe te zakalce toruńskie pośredniczą w szukaniu pracy, zresztą w mieście, w którem tyle sprzedają kwiatów i gdzie jest tak poetycznie zwąca się „Gospoda pod modrym fartuszkiem“ mieszka, piernikowym miodem pachnąca niewinność i cnota.

W Toruniu pomnożył się nasz poczet i tak już wcale, wcale pokaźny, gdyż do flottylli przyłączyły się dwa, prawdziwe, śliczne, żelazne [ 181 ]monitory, prosto „z igły“. Tylko dowódca flotylli był dumny z tego widoku, w rzeczywistości bowiem było trochę kwasu i goryczy w marynarskich duszach. Nasze stare gruchoty, opatrzone wprawdzie armatami i pomalowane na „japoński“ kolor, strasznie się dotąd pyszniły i zdumieniem napawały spotykane po drodze opasłe, brzuchate berlinki. Teraz się zabawa skończyła, — bo z naszemi „pancernikami“ wyglądamy teraz, jak stary moździerz wobec ślicznej nowoczesnej armaty. Wybujała już we mnie ambicja marynarska, więc razem z marynarzami patrzyliśmy nieco zawistnem i niechętnem okiem, pocichu się tylko radując, że zdumienie niechętnych obywateli na brzegu zamienia się w żółtaczkę. Kiedy jednak monitory, strasznie pyszne ze swych opancerzonych armat, zaczęły nam wieczorem świecić w oczy z reflektorów, straszne fiui fiu! — było nam trochę tego za wiele. Pana kaprala na „Warneńczyku“ krew zalała i orzekł głośno, że „nasz“ reflektor jest stokroć lepszy, bo słup blasku jest grubszy, ich zaś jak szpikulec. Powiedziałem mu pocichu, że ten nowy reflektor ma trochę zezowate oko, — myślałem, że mnie chłop uściska. Płyniemy jednak w serdecznej zgodzie, my na przodzie, monitory za nami, [ 182 ]a dalej w odległości cztery opancerzone. Monitory płyną jak łabędzie, śliczne cacka i popisują się, jak na wyścigach. Są tak piękne w swojej żelaznej grozie, że powoli zaczynamy do nich nabierać serca, wreszcie przebaczamy im ich piękność, co nas poraziła, a po pewnym czasie monitory już są ogólnie uwielbiane. Jeden zowie się „Warszawa“ pod por. ks. Giedrojciem, drugi zowie się na pamiątkę pierwszej polskiej bitwy wodnej „Horodyszcze“ pod por. Hryniewieckim. Oba monitory są bliźniakami; reszta zaś familji, jeszcze dwa, „Pińsk“ i „Mozyrz“ czekają w Gdańsku i lada dzień przypłyną. Pan Sierżant Jabłoński, strasznie dzielny chłop, bicz na bolszewiki, tłumaczy mi, na czem polegają zalety tych statków, zresztą pozwalają nam je obejrzeć zbliska. Łaził tedy człowiek przez godzinę wgórę i wdół, po żelaznych schodach, po żelaznych drabinach, po żelaznych zakamarkach, przez żelazne drzwi w przedziwnej ciasnocie, gdzie, zdaje się, obliczono każdy metr sześcienny powietrza, gdzie wszystko świeci zupełnie obłąkaną czystością, gładził ze strachem i z rozczuleniem anmaty i karabiny maszynowe. Żelazny ten potworek, monitor, ma coś bardzo groźnego w swojej wytworności i coś urągliwie jadowitego. — [ 183 ]Boże drogi! — wzdychają marynarze, — gdybyśmy byli mieli choć jeden taki na Prypeci!“ Więc patrzą na nie już z coraz większą miłością, na tę swoją siłę i moc żelazną, na zatajoną w czarnem pudle potęgę, która się z dnia na dzień rozrasta, jasnem, przenikliwem, rozbłyśniętem, jak małe słońce okiem reflektoru patrzy w stronę morza i której flagę mocno trzeba przywiązywać do masztu, bo ją wiatr niespokojnie i niecierpliwie nią łopocąc, chce porwać na morskie fale.

Przygasa nieco nasz zapał, kiedy wpływamy w te rejony, gdzie prawy brzeg Wisły należy do nas tylko do granicy nadbrzeżnego wału. Jest tego brzegu czasem dziesięć metrów, jest czasem więcej; w każdym razie, gnieżdżące się w zatoczkach dzikie kaczki, kwacząc nam na powitanie krzykliwe All right! — należą do polskiego, dzikiego inwentarza. Gdyby jednak Lloyd George chciał się, wielki zaszczyt nam czyniąc, wykąpać w srebrnej Wiśle, na jej prawym brzegu, nie mógłby się wygodnie na nim rozebrać, dostojną zaś golizną świeciłby wprost w oczy Grenzschutzu. Widzimy czasem przez lunetę, jak się z za wału wychyli zaniepokojona i zdumiona naszym pancernym widokiem grupka żołnierzy Grenzschutzu; patrzyli za [ 184 ]nami długo i pilnie, jak patrzono na nas dziwnym wzrokiem, im byliśmy bliżej Gdańska; jedno mi się uczyniło wtedy jasne, to mianowicie, że stanowczo żelazny monitor więcej budzi szacunku, niż pięknie wystylizowana nota. Przez tę piękną defiladę naszej flotylli zyskaliśmy wiele: dość bojaźliwy szacunek, lecz szacunek. Siła jednego dnia zjawiła się na wiślanych wodach i już o niej nie zapomną.

Więc nas wszystkich wielka ogarnęła duma i wielka radość, choć nam most w Tczewie zagrodził drogę ku morzu. Przyleciał jednak z morza wiatr i ucałował nam serca. Księżyc, który całą drogę odbył z nami, strasznie poczciwie czyniąc, śmiał się, widząc, jak chłopaki na monitorze, — jako to, że była niedziela, — puściły w ruch zwariowany, ochrypły gramofon i rozpoczęły tańce, choć jedyną panną na pokładzie była armata. Cieszył się księżyc, cieszył się zacny św. Wit, że sztuka jego nie ginie, cieszyliśmy się my, a chłopcy tańczyli na pokładzie, pod którym śpi śmierć, tańczyli, radując się, że są na wodzie, że budzą podziw ludzki i że znów popłyną ku Warszawie, która pewnie wyjdzie na ich spotkanie, bo ogromnie są ludzkiej miłości spragnieni.

Poznaliśmy to, kiedy nas żegnali. „Piocolo“ [ 185 ]okrętowy, Antek Sosnowski, mały berbeć, który dwa razy był u bolszewików w niewoli i dwa razy drapnął, przyniósł nam po raz ostatni siekane kotlety i pomidory z cebulą. Przyprawiliśmy je smętkiem i uścisnąwszy sobie dłonie, wsiedliśmy do motorowej łodzi, aby pojechać na brzeg. Wtedy oszalały ze strachu wiślane ryby i uciekały, zadarłszy ogony, albowiem w bitwie pod Trafalgarem nie było takiego wrzasku, jakim nas żegnali marynarze. poczciwe, dobre chłopaki. Więc im za to najpiękniejszą napiszę piosenkę i pomodlę się za nich do świętej Łucji, aby zawsze mieli dobrą drogę, aby nie siedli na mieliźnie, by się im nigdy nie zaciął maszynowy karabin i by ich najpiękniejsze kochały dziewczęta.







Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1924. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1948 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1924 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1924 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false